Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty

marca 25, 2018

Recenzja: Krótka wymiana Ognia

Recenzja: Krótka wymiana Ognia

„Pewnego dnia podszedł do mnie mężczyzna z papierosem: ma pani ogień? Odpowiedź zajęła mi kilka lat, ale pytanie było jak iskra. Moja wyobraźnia zajęła się i stanęła w płomieniach”. 

„Krótka wymiana Ognia” Zyty Rudzkiej, to poruszająca, ciekawa językowo i zaskakująca opowieść o dojrzałej poetce, w której budzi się ogień. Roma znów zaczyna pożądać. Nie tylko mężczyzn i miłości, ale także, a może przede wszystkim, młodości. Zaczyna pożądać życia.


„Spakowałam się już na drogę do grobu, może się rozpakuję, chociaż na trochę. (…) Spałam w trumnie, żeby się przyzwyczaić, ale może trzeba będzie wrócić na łóżko, położyć się na wznak i jeszcze rozłożyć nogi”.

Przypadkowe spotkanie z młodym mężczyzną otwiera przed Romą drzwi do starej piwnicy wspomnień. Od momentu zajrzenia do niej kobieta rozpoczyna bilans swojego życia, a my poznajemy jej historię. Zabiera nas do czasów studenckich, pierwszych miłosnych doświadczeń i zawodów.

„Kiedyś oddałam mu serce, a on zwrócił mi je tak niechlujnym gestem, jakby wydawał resztę”.

Roma wspomina także swoją rodzinę. Męża i córkę, która ją opuściła. Wspomina także matkę, którą opuściła ona.

Matka Romy, mieszkająca na wsi Niemka, widziała kobiety, które ze strachu przed Armią Czerwoną popełniały samobójstwa. Teraz kobieta całymi dniami rozmawia ze studnią. Nie rozmawia z córką. Roma ze wsi uciekła do miasta. Córka Romy uciekła od wielkomiejskiego życia i koncertów. Niestety od przeszłości uciec się nie da.

Przeszłość przeplata się z teraźniejszością. Toruje bieg, którym toczy się życie bohaterek. Odciska piętno.

Opowieść Romy nie płynie linearnie. Poetka zabiera nas w podróż „hop on, hop off”, a my nigdy nie wiemy, na jakim przystanku wysiądziemy – tu i teraz czy w przeszłości.

W tu i teraz dominuje starość. Roma obserwuje swoje zmienione ciało a w jego opisie jest bezlitosna.

„Człapię do lustra. Dyszę. Rozbieram się. Jak przed plutonem. Pokancerowana. W plamach. Liszajach. Wyżłobieniach. Koroduję. Kwilę w strupkach szarych. Sflaczała i obrzmiała. Spocona, obśliniona od myśli. Przyglądam się sobie. Nawet jednej duszy w promieniu całego ciała”.

Przez najbardziej nawet ostre zdania, przebija poezja. Niezwykle ciekawy jest język tej krótkiej powieści. Błyskotliwy i przepełniony ironią. W swojej celności i bezkompromisowości jest też po prostu poruszający.

Zyta Rudzka, „Krótka wymiana ognia”, W.A.B., Warszawa 2018

września 21, 2017

Rejwach

Rejwach

Czy można jeszcze napisać o Zagładzie coś nowego? Przywołać pamięć cierpienia inaczej, niż robiono to do tej pory? Można. Mikołaj Grynberg dla najtrudniejszych doświadczeń znajduje nową formę. Balansując na granicy faktów i literatury opowiada historie tych, którzy wciąż boją się ujawnić swoją żydowską tożsamość. W trzydziestu jeden prozatorskich miniaturach o Żydach, żyjących we współczesnej Polsce, autor opowiada też o sobie. Opowiada zwięźle, rzeczowo, mocno. Pomija zbędne szczegóły i opisy. Czytelnikom serwuje samą esencję. Strach.

Strach i kłamstwo stanowią solidny fundament, na którym piętrzy się „Rejwach”. Historia po historii, nowela po nowelce. Boi się kobieta, która nie chce pokazać córce grobu dziadków, bo wymagałoby to od niej wycieczki na cmentarz żydowski. Boi się też ta gwałcona w czasie wojny, za schronienie. I ta, która dopiero umierając znajduje w sobie odwagę by wyjawić najbliższym swoje, a więc i ich, pochodzenie. Boją się jej dzieci. Boi się mężczyzna, który na spotkania z rodziną w Izraelu lata wyłącznie z kościelnymi pielgrzymkami. I ten, którego firmie grozi upadłość, bo po mieście rozniosła się plotka, że wraz z bratem są Żydami. Boją się polscy Żydzi i Żydówki a ich strach wiele mówi o Polsce. Kraju, w którym żydowskie pochodzenie oznacza "niepotrzebne kłopoty".

„Rejwach” to cieniutka, ale niezwykle mocna książka. Krótkie relacje drugiego i trzeciego pokolenia Ocalonych poruszają, budzą niepokój, a często też szokują. Okazuje się bowiem, że pewnych demonów niemal nie sposób wypędzić. Po pewnych doświadczeniach życie już nie wraca do normy. Że przeszłość babć i dziadków jest też naszą przeszłością, z którą wcale nie tak łatwo sobie poradzić.


Mikołaj Grynberg, „Rejwach”, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2017

września 19, 2017

Stambuł, Stambuł

Stambuł, Stambuł

Ece Temelkuran napisała o tej książce, że jest głęboko poruszającą powieścią o przeobrażającej roli słów w czasach rozpaczy. I mnie, przyznaję,  zachwycił pomysł autora, by pokazać, jak w najczarniejszych momentach życia ocalenie można znaleźć w opowieściach.

Burhan Sönmez, podobnie jak wcześniej Tahar Ben Jelloun w książce „To oślepiające, nieobecne światło”, zabiera nas do więzienia. Tam właśnie, umieszczeni w ciasnych celach mężczyźni, przeciwstawiają własną wyobraźnię okrucieństwu.  Podobnie jak chroniących się przed dżumą florentyńczyków z „Dekameronu”, tak też bohaterów Sönmeza, obserwujemy przez 10 dni. W przerwach między torturami, w betonowej celi, zmarznięci i głodni przywołują Stambuł, który znają z przeszłości. Stambuł spoza celi. Z historii.

Mamy więc w opowieści Sönmeza dwa miasta. Podziemne i to na powierzchni. Mroczne i barwne. Szeptane i to głośne. Mamy dziś i bliżej nieokreślone kiedyś. Mamy ból i nadzieję. Piekło i raj. Stambuł i Stambuł.

Poprzez swoje opowieści umieszczeni w celi mężczyźni uciekają przed bólem. Podejmują próbę zachowania człowieczeństwa. Wybronienia się przed szaleństwem. Student, fryzjer, Dayו Küheylan i doktor muszą jednak ważyć słowa. Zasada jest prosta: nie zdradzić zbyt wiele o sobie. Oszczędzi to torturowanej reszcie pokusy zdradzenia czegokolwiek, co mogłoby okazać się istotne. A więc, żeby przetrwać należy mówić tak, by zachować tajemnice. Niezależnie od narastającej potrzeby bliskości. Niezależnie od poczucia solidarności.

Mimo barbarzyństwa, jakiego w książce nie brakuje, w opowieści Sönmeza zadziwia czułość wobec miasta. Widać, że autor kocha swoją ziemię. Zdaje sobie jednak sprawę z krzywd, jakie miały na niej miejsce. Zdaje się też dostrzegać kierunek, w jakim podążamy jako ludzie. Czy znaki na naszej drodze wskazują już samozagładę?


Burhan Sönmez, „Stambuł, Stambuł”, Książkowe Klimaty, Wrocław 2017

maja 10, 2017

Fak maj lajf

Fak maj lajf

Do tej pory Marcina Kąckiego mogliśmy poznać przede wszystkim dzięki świetnym reportażom, zarówno prasowym jak i książkowym, społecznym i historycznym. W 2007 roku Kącki otrzymał nagrodę Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze. W 2016, za książkę „Białystok. Biała siła, czarna pamięć” był nominowany do Nagrody Literackiej „Nike”. W tym roku postanowił wydać swoją pierwszą powieść.

„Fak maj lajf” to literacka fikcja, z pomocą której, Kącki opisuje zjawiska jak najbardziej rzeczywiste. Przede wszystkim bezwzględny świat mediów pokroju „Faktu” czy „Super expresu”, które dla lepszej sprzedaży i zysków są w stanie zniszczyć człowieka. To świat paparazzi i wymyślających „historie z życia wzięte” dziennikarzy. To także świat ludzi, którzy wchodzą z mediami w różnego rodzaju układy. - Ty nie wydrukujesz mojego zdjęcia toples, ja dam ci się sfotografować gdy wstrzykują mi botoks - tak mogłaby zabrzmieć  propozycja jakiejś celebrytki. Bo z jednej strony media potrafią zniszczyć życie, ale z drugiej strony śmierć medialna też przeraża.

Mamy więc powieść o tabloidach, celebrytach i politykach. Opowieść o  hipokryzji i fasadowości. O wielkim kłamstwie, w którym wszyscy bierzemy udział. Nie tylko chodzący na „ustawki” aktorzy seriali, czy gospodarze teleturniejów, ale także wszyscy ci, którzy udają, że są kimś innym, niż są w rzeczywistości. A udają, bo wstydzą się swojego pochodzenia, zbyt małego biustu, czy braku pieniędzy. Co ciekawe, nikt nie wstydzi się dorobienia majątku na cudzej krzywdzie.


W powieści Kąckiego spotykają się pracownicy mediów, celebryci, czytelnicy kolorowych pisemek, aspirujący do bycia kim „lepszym”, przestępcy, kombinatorzy, politycy i ofiary wszystkich tych grup. Momentami niemal trudno nie pogubić się w wątkach. A co wątek, to ciekawsza historia. Jeszcze większy przekręt. Jeszcze większy dramat. Widać, że lata pracy w reportażu pozwoliły Kąckiemu poznać ten kraj naprawdę dobrze.

Nieco poboczny, ale ważny wątek książki Kąckiego dotyczy rodziny. Co ciekawe, inny reporter, który również zdecydował się wydać w tym roku powieść, na marginesie narracji o współczesnych mediach i ciągłej pogoni za sensacją, również pokazał rodzinę. Zarówno Kącki w „Fak maj lajf”, jak i Olszewski w książce „#upał”, sportretowali nowoczesne rodziny, w których realizujący się zawodowo rodzice nie potrafią znaleźć spokoju w domu. Szukają więc bodźców poza nim. Zdradzają, kłamią, tworzą fasadę. Myślę, że obaj reporterzy mówią nam poprzez swoje powieści o czymś, co być może nie jest tematem na reportaż. O rozpadzie prawdziwych relacji.


Marcin Kącki „Fak maj lajf”, Znak, Kraków 2017

maja 09, 2017

kwietnia 29, 2017

Paw królowej

Paw królowej

„Paw królowej” to książka-piosenka. Masłowska rapuje w niej o hipokryzji popkultury, o Warszawie i o Polsce w ogóle. A rapując wyszydza. Kpina nie omija niczego. Kariery i ambicji bohaterów, funduszy europejskich, polskich kompleksów, a nawet narracji samej Masłowskiej. Jako MC Doris autorka zmienia swój fristajl w pastisz. Zamiast o super samochodach, bogatych facetach i seksownych kobietach rapuje bowiem o gotowaniu butelek, świadkach Jehowy i ekspedientkach sprzedających nieświeże pieczywo w praskim sklepiku.

Rozbieżność między zamkniętą w hiphopowych rytmach i rymach formą książki a jej treścią, obrazuje rozbieżność między popkulturą i światem realnym. Rozbieżność między kolorowym, błyszczącym opakowaniem i jego szarą zawartością.

Bohaterowie popkultury wiodą coś na kształt podwójnego życia. Życie to dominuje zmyślona doskonałość, wizerunek, fikcja na sprzedaż. Gdzieś pod tą kreacją, niczym pod patchworkową kołdrą, rozgrywa się codzienność - to, co autentyczne - domowość i wspomniane gotowanie butelek.
Jednym z bohaterów książki, co najmniej tak samo ważnym jak marzący o byciu Szwedem Stanisława Retro, jest miasto. Warszawa. Podzielona na centrum i Pragę, którą Masłowska nazwała kiedyś wsią w wielkim mieście. Wsią modną, przez co pełną kontrastów. Miejscem, w którym bogaci odgradzają się od biednych. Gdzie strzeżone osiedla strzegą kontaktu z prawdziwym życiem, które nie wygląda jak reklama i nie wszystkie drzwi otwiera pilot.

Dużo w tej książce kontrastów. Masłowska - niezwykle uważna obserwatorka i bezkompromisowa krytyczka, opisuje rzeczywistość pełną podziałów. Punktuje podziały architektoniczne, rozwarstwienie społeczne i hipokryzję dnia codziennego.  A od zakłamania aż zbiera się autorce na mdłości. Stąd tytułowy paw, który bynajmniej nie jest pięknym kolorowym ptakiem, z królewskiego ogrodu.

„Paw królowej” to książka mocna i celna. Słowa, rytm i rym składają się jednak na koktajl, który z pewnością nie jest łatwo przełknąć. Ale warto. Ma on moc ożywczą.


 Dorota Masłowska, „Paw królowej”, Noir Sur Blanc, Warszawa 2017

kwietnia 13, 2017

Dla Isabel. Mandala

Dla Isabel. Mandala

Mandala jest motywem artystycznym. Wywodzi się z tradycji hinduskiej a popularnością cieszy się zwłaszcza w buddyzmie tantrycznym. Jest harmonijnym połączeniem koła i kwadratu. Połączeniem symbolu nieba, doskonałości, transcendencji i nieskończoności z symbolem ziemi i tego co związane z człowiekiem. Nazwa mandala oznacza koło życia, cały świat, święty krąg. Dla mnichów buddyjskich tworzenie a następnie niszczenie mandali stanowi drogę transformacji i jest rodzajem medytacji. Słynny psychoanalityk Carl Gustav Jung dostrzegł terapeutyczne działanie mandali, która pomaga w odzyskaniu równowagi i harmonii wewnętrznej. Tak pojmowany cel mandali – jako odzyskanie wewnętrznego spokoju – może być kluczem do zrozumienia zachowania głównego bohatera książki Tabucchiego.

Bohater, Tadeus Slowacki, zatacza kręgi. Tworzy mandalę. Zbliża się do centrum.

Tadeus jest portugalskim pisarzem polskiego pochodzenia. Poszukuje dawno nie widzianej przyjaciółki, o której słyszał, że popełniła samobójstwo. Rozmawiając z ludźmi, których znała, podążając jej śladami – przez Lizbonę Salazara, Alpy Szwajcarskie, włoską Ligurię i chińskie Makau, Tadeus chce poznać prawdę. Nie tylko o Isabel. Tadeus poszukuje „Prawdy”  - przez wielkie „P”.

Obok bohatera także sam autor tworzy mandalę. Jego rozpisana na kręgi powieść obfituje w spotkania tego co ziemskie i skończone, z tym co transcendentne.

Niezwykły jest klimat powieści. Nietuzinkowi bohaterowie, niesamowite wydarzenia, tajemnica…

„Dla Isabel. Mandala” jest ostatnią powieścią Antonio Tabucchiego. Pierwszą wydaną pośmiertnie. Uważany za jednego z najwybitniejszych włoskich pisarzy współczesnych autor pisał ją w szkolnych zeszytach z czarną, impregnowaną okładką. Nazwał ją „osobliwą powieścią, dziwnym stworzeniem niczym jakiś nieznany chrząszcz w postaci skamieliny”. W istocie, jest to powieść osobliwa.

Antonio Tabucchi, „Dla Isabel. Mandala”, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2017

marca 28, 2017

Bura i szał

Bura i szał

Aleksandra Zielińska pisze o tym, co może się stać, gdy zaszufladkujemy człowieka. Gdy jeszcze w dzieciństwie przyszyjemy do niego metkę osoby nienormalnej. Gdy odmówimy mu wsparcia i pozbawimy go poczucia bezpieczeństwa oraz prawa do decydowania o sobie. To książka pokazująca jak okrutni mogą być najbliżsi. I jakie mogą być konsekwencje tego okrucieństwa. Konsekwencje, których dałoby się uniknąć.

marca 22, 2017

Zespół ojca

Zespół ojca

Po świetnej książce „Jak pokochać centra handlowe”, której główną bohaterką a zarazem narratorką jest matka, wydawnictwo Wielka Litera w ręce czytelników i czytelniczek oddało opowieść ojca. Jak wyszło?

„Zespół ojca” to historia Konrada - mieszkającego w Irlandii Polaka, taty ukochanego Filutka. Dość przewrotny jest tytuł książki. O ile jego drugi człon w oczywisty sposób wskazuje na ojcostwo, o tyle słowo „zespół” można interpretować przynajmniej na dwa sposoby. Pierwszy odsyła nas w stronę muzyki. Konrad kocha muzykę, która obok bycia rodzicem wydaje się dawać mu najwięcej radości. W końcu tytułowemu ojcu udaje się nawet stworzyć zespół. Szczęście nie trwa jednak długo. I tak dochodzimy do drugiego znaczenia, wiążącego się z chorobą. W kontekście książki, za chory można uznać system, w którym ojciec, nie będąc w związku małżeńskim z matką swojego dziecka, nie ma do tego dziecka żadnych praw. Ponieważ Konrad nie jest żonaty, w momencie rozpadu relacji z Belle jego sytuacja ojcowska zmienia się diametralnie.

lutego 23, 2017

Jak pokochać centra handlowe

Jak pokochać centra handlowe

Dużo już nachwalono debiut literacki Fiedorczuk, za który, przypomnę, pisarka dostała Paszport Polityki. Nie będę więc super odkrywcza w swoich zachwytach, ale jednak choć trochę zachwycić się muszę. Przede wszystkim dlatego, że to książka budząca emocje, a to w literaturze ogromnie cenię.

Jest kilka takich obrazów, którymi „Jak pokochać centra handlowe” pochłonęły mnie absolutnie bez reszty. Na przykład obraz kłótni „niekłótni” między małżonkami. Kłótni niby hipotetycznej. Wyzwisk, których niby nikt głośno nie wypowiada. Przemocy, do której w rzeczywistości wcale przecież nie dochodzi. Wszystko jakby tylko w głowie. Złe rzeczy w dobrych domach się przecież nie dzieją. A jednak. Fiedorczuk pokazuje, że w dobrych domach, u dobrych ludzi i u dobrych matek różne sytuacje mogą mieć miejsce. Może być na przykład tak, że matka po pięciu godzinach płaczu swojego dziecka pomyśli, że miałaby ochotę wyrzucić je przez okno. Może tak być. I to wcale nie znaczy, że jest to zła matka. Choć zwykle tak właśnie zostałaby oceniona. Dlatego matki nie dzielą się swoimi myślami. Czasem ich myśli zawstydzają nawet je same. Odcinają się więc od ludzi. Zaszywają w centrach handlowych. Są same. Wyobcowane. Nawet jeśli wśród tłumu i obok innych mam, tak jak one pochylonych nad kubkiem kawy.

Wbrew pozorom macierzyństwo wcale nie jest najważniejszym tematem tej książki. Jest jedynie środkiem do opowiedzenia o izolacji.

Fiedorczuk mocno portretuje w swojej książce hejt, jaki ma miejsce w internecie. Choć opowiada o  nienawiści z jaką jedne matki wyżywają się na innych, tak naprawdę portretuje pewien mechanizm. Pokazuje jak ukryci pod pseudonimami ludzie, zezłoszczeni na własne niedoskonałości i własne problemy, wyżywają się na innych, którzy o bardzo podobnych problemach mają odwagę powiedzieć głośno. Którzy śmieli na jakimś forum internetowym zgłosić się po poradę. Zamiast porady otrzymują nokaut. O pewnych rzeczach nie mówi się przecież głośno. Bohaterka odbiera kolejną lekcję z izolacji. Niemal przestaje mówić. I czasem udaje jej się nawet zapomnieć brzmienie własnego głosu.

Najbardziej przejmujące są dla mnie te fragmenty książki, w których Fiedorczuk pokazuje kobietę tracącą kontrolę nad własnym ciałem, nastrojami i w pewnym sensie nad całym życiem. Która czuje, że traci siebie, że jej ciało przestaje już należeć do niej, że jakoś się w tym wszystkim gubi. Generalnie, im mocniej Fiedorczuk dotyka kwestii depresji, tym mocniej ta książka na mnie działa. Im jednak dalej narratorka posuwa się w swoich retrospekcjach, tym dalej ja odsuwam się od historii, którą próbuje mi opowiedzieć.

Historie z dzieciństwa, obrazki z podróży samochodem z rodzicami, siła dziewczyńskości, czy kwestie związane z pierwszymi miłościami, czytało się naprawdę dobrze. Nie pozostawiły mnie jednak pod takim wrażeniem jak reszta. Choć rozumiem ich miejsce. Ważny dla całości książki jest bowiem motyw transformacji. Czy jest to zmiana z czasów dziewczęcości, bo koleżanki się zakochują i oddalają, czy też dorosłości, np. zmiany stanu rodzinnego.


Natialia Fiedorczuk, „Jak pokochać centra handlowe”, Wielka Litera, Warszawa 2016

lutego 20, 2017

#Upał

#Upał

Głównym bohaterem a zarazem narratorem książki Michała Olszewskiego jest Fej - specjalista od mediów społecznościowych pracujący w redakcji portalu  internetowego. Jego tatuaż na bicepsie świetnie oddaje podejście do pracy – „24/7”. Fej pracuje non stop - czuwa, sprawdza, ogarnia, udostępnia, śledzi, donosi, szkoli… Ważne jest dla niego tylko to, co dotyczy pracy. I pamięta właściwie tylko to, co miało coś z pracą wspólnego. Inne wspomnienia znikają. Nie ma na nie miejsca w jego przeładowanej głowie. W życiu też nie ma miejsca na wiele. Na pewno nie na relaks. Ewentualnie można znaleźć chwilę na kochankę. Nieustannego biegu Feja nie jest w stanie zatrzymać nawet śmierć przyjaciela. Wirtualny znicz wystarczy. Nie ma czasu na refleksję.

lutego 09, 2017

Ból

Ból

Uwielbiam Zeruyę Shalev! Przeczytałam wszystkie jej książki, a po skończeniu każdej z nich nie mogłam doczekać się następnej. Nie znaczy to jednak, że ich lektura była łatwa, bo nie była. Emocje im towarzyszące zwykle były trudne. Przede wszystkim smutek. Ale i ból, niemal fizyczny. Dlatego tytuł jej najnowszej książki wydał mi się wręcz oczywisty. Tak cudownie pasujący do jej pisarstwa.

Pod hasłem „ból” Iris – główna bohaterka najnowszej książki Shalev, zapisuje w swoim telefonie numer dawnej miłości. Przypadkowe spotkanie po trzydziestu latach jest dla niej niczym trzęsienie ziemi – wszystko wywraca. Czy spotkanie Ejtana to cud? Druga i ostatnia szansa od życia, której nie może zmarnować? A może to jakaś próba? Może właśnie teraz musi wybrać, co tak naprawdę jest dla niej ważne – jej dzieci, córka Alma, czy dawna miłość? Jeśli będzie musiała wybierać, jakiego wybory dokona?

Uwielbiam, gdy Shalev pisze o relacjach! Tyle w tych relacjach konfliktów! Tyle rozterek, dramatów, wzniesień i upadków. Jej bohaterki zwykle są zagubione. Chcą ale boją się, uciekają od podejmowania decyzji lub rzucają się na głęboką wodę mimo obaw, niczym w jakimś szale lub transie. Czasem, czytając o nich, myślałam sobie: nie, nie zrobi tego… Ale one „to” robiły. Tak jak Iris.

Iris oprócz dawnej miłości i dzieci ma w swoim życiu jeszcze męża - Mikiego. Tak bliskiego i tak odległego zarazem. Śpiącego w tym samym mieszkaniu, ale na innym łóżku. Będącego tuż obok, a jednak nieobecnego - pochłoniętego rozgrywanymi w wirtualnej rzeczywistości szachami. Czy jest szansa by ci dwoje znów stali się sobie bliscy? By komórka rodzinna założona z mężem okazała się ważniejsza od tej, która nigdy nie powstała?

Uwielbiam towarzystwo bohaterek Shalev, ale nigdy z żadną z nich się nie utożsamiłam. Nie utożsamiłam się też z Iris. Trudno jest mi uznać jej czyny za słuszne. Przede wszystkim w kontekście jej relacji z córką. Iris jest super dyrektorką szkoły i opracowała super program nauczania. Mimo, że ucierpiała w wyniku ataku terrorystycznego nie boi się Innych. Nie zamyka się w swoich własnych lękach. Wychodzi do ludzi, uczy dzieci otwartości i tolerancji. A jednak w relacji z własną córką już nie jest tak super. Chce dobrze, ale jej umiejętności zdecydowanie zawodzą. Przegrywa, ale walczy dalej. Stara się. Wszystkie główne bohaterki Shalev się starają. Chcą dobrze. I na końcu zawsze jakoś się zmieniają.

Najbardziej interesujący wydaje mi się w książce Shalev motyw przeszłości. To, jak bardzo wszystko to, co się kiedyś wydarzyło, ale także to co się nie wydarzyło, wpływa na nas teraz. Jak nieprzepracowane dawne pragnienia, zmieniają się w obecne tęsknoty. Jak ważne jest, by przed rozpoczęciem nowego, kończyć stare. Żegnać się i przeżywać żałobę. Nie warto uciekać, przeszłość może dogonić. Odezwać się w najmniej oczekiwanym momencie. I wtedy już nie da się jej zamieść pod dywan, przydeptać i powiedzieć, że to już nie ma znaczenia. Bo ma ogromne.

Uwielbiam Zeruyę Shalev i polecam wszystkie jej książki. Także „Ból”, który jednak wydaje mi się nieco wtórny wobec jej wcześniejszych dokonań. Dla mnie osobiście jest to chyba najsłabsza z jej książek. Słyszałam jednak, że niektórym właśnie „Ból” podobał się najbardziej. Warto więc sprawdzać. W końcu to Shalev!


Zeruya Shalev, „Ból”, W.A.B. 2016
Copyright © 2016 Projekt: książki , Blogger