Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty

listopada 12, 2018

Powieść: Nasz chłopak

Powieść: Nasz chłopak

„Nasz chłopak” to historia walk, do których dochodzi w pewnej rodzinie. Walki między rodzicami, która kończy się rozwodem. Walki o prawo do opieki nad dziećmi, której elementem jest porzucenie domu w Kansas. Walki o nowe życie, którą ojciec i dwóch synów zaczynają od podróży do Nowego Meksyku. I w końcu walki o normalność, której największym wrogiem jest uzależnienie.

Ta niewielkich rozmiarów powieść to także historia dziecięcej bezbronności i niemocy. Opowieść o naiwności, krzywdzie i strachu przed tymi, którzy powinni nas chronić. O samotności i przetrwaniu. O braterstwie. I raz jeszcze o walce.

„Nasz chłopak” to mocny debiut, który dotyka spraw najwyższej wagi. Jest to także po prostu dobrze napisana książka. Jej bohaterowie są tak pełnokrwiści, że w momentach strachu niemal słyszymy przyspieszone bicie ich serc. Przebywając w domu wraz braćmi, obserwując dziwne zachowania ich ojca, my też jesteśmy zagubieni. Znalezienie dobrego rozwiązania wydaje się niemal niemożliwe. 

Autor, Daniel Magariel, zaprasza nas w sam środek rodzinnego piekła i nie pozwala na złapanie dystansu. Gdy rodzina tonie, toniemy wraz z nią. Do końca wierząc w cud. Bo czy naprawdę nie ma nikogo, kto będzie wiedział, jak zareagować? Co powinno się zrobić w podobnej sytuacji?

Pytania, które pojawiają się w trakcie lektury, pozostają z nami na długo po jej zakończeniu. Trudno też pogodzić się z nieszczęściem dzieci, dla których rodzice, zamiast być wsparciem, stają się źródłem krzywdy. Może ta książka jest „tylko” powieścią. A jednak ma w sobie prawdę, która niczym wielka i gorzka tabletka uwiera w gardle i nie daje się niczym popić.   

 Daniel Magariel „Nasz chłopak”, Pauza 2018

sierpnia 30, 2018

FRAGMENT KSIĄŻKI: "Manhattan Beach" Jennifer Egan

FRAGMENT KSIĄŻKI: "Manhattan Beach" Jennifer Egan


Premiera książki: 17.09.2018r

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Zanim Anna zdała sobie sprawę, że ojciec się denerwuje, zdą- żyli dojechać do domu pana Stylesa. Jej uwagę pochłaniała, po pierwsze, sama podróż, żeglowanie po Ocean Parkway, jak- by zmierzali na Coney Island, choć od Bożego Narodzenia minęły już cztery dni i na plaży było nieznośnie zimno. Po drugie, pochłaniał ją sam dom: trzypiętrowy pałac ze złotej cegły, z oknami ze wszystkich stron, głośne łopotanie markiz w zielono-żółte pasy. Był to ostatni dom przy ulicy kończącej się ślepo nad brzegiem morza.
Ojciec z wprawą zaparkował duesenberga model j przy krawężniku i wyłączył silnik.
Skarbie – powiedział – nie gap się na dom pana Stylesa.
Oczywiście, że nie będę się gapiła na jego dom.
Właśnie to robisz.
Nie – odparła. – Ja tylko na niego patrzę.
Czyli się gapisz – stwierdził. – Właśnie to nazywają gapieniem się.
Wcale nie.
Odwrócił się do niej gwałtownie.
Nie gap się.
Właśnie wtedy to zauważyła. Usłyszała, jak ojciec głoś- no przełyka ślinę, i poczuła w żołądku świergot niepokoju. Nie przywykła do widoku zdenerwowanego ojca. Rozkoja- rzonego – a i owszem. Zatroskanego – tym bardziej.
Dlaczego pan Styles nie lubi, kiedy ktoś się gapi? – spytała.
Nikt tego nie lubi.
Nigdy wcześniej mi o tym nie mówiłeś.
Chciałabyś wrócić do domu?
Nie, dziękuję.
Mogę cię odwieźć.
Jeśli zacznę się gapić?
Jeśli przyprawisz mnie o ból głowy, który właśnie za- czyna mi dokuczać.
Jeśli odwieziesz mnie do domu – powiedziała Anna – okropnie się spóźnisz.
Myślała, że ją uderzy. Raz to zrobił – gdy puściła wiązan- kę przekleństw zasłyszanych w dokach, jego dłoń odnalazła jej twarz niepostrzeżenie niczym bat. Widmo tego policzka nadal prześladowało Annę, przynosząc dziwny skutek w po- staci jeszcze większej zuchwałości na znak sprzeciwu.
Ojciec potarł ręką czoło, a następnie znów spojrzał na cór- kę. Jego zdenerwowanie minęło. Wyleczyła go.
Anno – zwrócił się do córki – wiesz, czego teraz od cie- bie oczekuję.
Oczywiście.
Kiedy będę rozmawiał z panem Stylesem, bądź czaru- jąca dla jego dzieci.
Wiedziałam, tato.
Jasne, że wiedziałaś.
Wysiadła z duesenberga, otwierając szeroko załzawione od słońca oczy. Samochód należał do nich, dopóki nie na- stąpił krach na giełdzie. Teraz był własnością związku, który wypożyczał go jej ojcu, gdy ten załatwiał związkowe sprawy. Anna lubiła towarzyszyć tacie w dni wolne od szkoły – jeź- dzili na tory wyścigowe, na śniadania komunijne i kościelne imprezy, do biurowców, w których windy unosiły ich na naj- wyższe piętra, czasami nawet do jakiejś restauracji. Ale jesz- cze nigdy nie byli w takim domu jak ten.
Drzwi otworzyła pani Styles. Miała wyregulowane brwi gwiazdy filmowej i szerokie usta umalowane lśniącą, czer- woną szminką. Ewidentna uroda gospodyni rozbroiła Annę, przyzwyczajoną do uznawania swojej matki za ładniejszą od wszystkich spotykanych kobiet.
Miałam nadzieję, że poznam panią Kerrigan – powie- działa pani Styles chropawym głosem, ujmując rękę ojca Anny w obie dłonie. Odpowiedział jej, że rano rozchorowała się jego młodsza córka i żona została w domu, żeby się nią opiekować.
Nigdzie nie było widać pana Stylesa.
Anna uprzejmie, ale (miała nadzieję) bez widocznego onie- śmielenia, przyjęła szklankę lemoniady ze srebrnej tacy przy- niesionej przez czarną służącą w błękitnym uniformie. W wy- polerowanej na wysoki połysk drewnianej podłodze w holu zauważyła odbicie swojej czerwonej sukienki uszytej przez matkę. Za oknami sąsiadującego z holem salonu morze po- łyskiwało w słabym zimowym słońcu.
Córka pana Stylesa, Tabatha, miała zaledwie osiem lat – o trzy mniej niż Anna. Mimo to Anna pozwoliła młodszej dziewczynce zaprowadzić się za rękę do znajdującego się piętro niżej „pokoju dziecięcego” przeznaczonego wyłącznie do zabawy, wypełnionego porażającą rozmaitością zabawek. Szybki przegląd zaowocował odkryciem lalki Flossie Flirt, kilku olbrzymich misiów i konika na biegunach. W poko- ju dziecięcym była także „niania” – piegowata, zachrypnięta kobieta w wełnianej, powściągającej masywny biust sukien- ce napiętej jak przeładowany regał. Widząc jej szeroką twarz i wesoło rozbiegane oczy, Anna domyśliła się, że niania jest Irlandką, i poczuła strach, że kobieta ją przejrzy. Postanowi- ła zachować dystans.
Dwaj mali chłopcy – bliźniacy albo przynajmniej uderza- jąco do siebie podobni – biedzili się nad torem kolejki elek- trycznej. Częściowo po to, by uniknąć niani, która odrzuci- ła prośby podopiecznych o pomoc, Anna przykucnęła obok niepołączonych jeszcze elementów i zaoferowała swoje usługi. Pod opuszkami czuła logikę mechanizmu. Przychodziło jej to tak naturalnie, że mogła jedynie wysnuć wniosek, iż inni lu- dzie po prostu za słabo się starają. Zawsze patrzyli, a podczas składania czegoś z części patrzenie było równie bezużyteczne jak studiowanie obrazu dotykiem. Anna przymocowała ele- ment, który sprawiał chłopcom kłopot, i z otwartego niedawno pudła wyjęła kolejne. Był to pociąg firmy Lionel, jakość toru wyczuwało się w stanowczości, z jaką łączyły się poszczegól- ne elementy. Składając je w całość, Anna spoglądała co jakiś czas na lalkę Flossie Flirt wepchniętą na koniec półki. Dwa lata temu tak strasznie takiej pragnęła, że najwyraźniej pozo- stały w niej resztki tamtej desperacji. Dziwnie i nieprzyjemnie było odkryć to dawne pragnienie właśnie teraz, w tym miejscu. Tabatha kołysała swoją nową bożonarodzeniową lalkę, Shirley Temple w futrze z lisów. Jak urzeczona patrzyła na
Annę, która budowała tor kolejowy dla jej braci.
Gdzie mieszkasz? – spytała.
Niedaleko.
Przy plaży?
Blisko plaży.
Mogę do ciebie przyjść?
Oczywiście – odpowiedziała Anna, łącząc części rów- nie szybko, jak chłopcy je podawali. Ósemka była już pra- wie gotowa.
Masz braci? – spytała Tabatha.
Mam siostrę – odparła Anna. – Ma osiem lat, tak jak ty, ale jest podła. Dlatego że jest bardzo ładna.
Tabatha wyglądała na zaniepokojoną.
Jak bardzo?
Niesamowicie ładna – mruknęła ponuro Anna, a na- stępnie dodała: – Wygląda jak nasza matka, która tańczy-  ła w Follies. – Po  chwili uświadomiła sobie błąd związany  z tą przechwałką. „Nigdy nie podawaj faktów, chyba że nie masz innego wyjścia”. Głos ojca w jej uszach.
Ta sama czarna służąca co wcześniej podała lunch na sto- le w pokoju zabaw. Siedzieli na małych krzesłach jak dorośli, rozłożywszy na kolanach materiałowe serwetki. Anna spoj- rzała kilka razy na lalkę Flossie Flirt. Szukała pretekstu, by ją potrzymać, a jednocześnie nie zdradzić, że jest nią zainte- resowana. Wystarczyłoby, gdyby mogła ją po prostu poczuć w ramionach.
Po lunchu, w nagrodę za dobre sprawowanie, niania po- zwoliła dzieciom włożyć płaszcze i czapki, wybiec tylnymi drzwiami i popędzić ścieżką, która wiodła za domem pana Stylesa, ku prywatnej plaży. Długi łuk przyprószonego śnie- giem piasku chylił się ku morzu. Anna bywała zimą w dokach, wiele razy, ale nigdy nie była na plaży. Maleńkie fale wznosiły się pod skorupką lodu, która pękała pod jej stopami. Mewy krzyczały i nurkowały w porywistym wietrze; miały śnież- nobiałe brzuchy. Bliźniacy zabrali ze sobą pistolety lasero- we w stylu Bucka Rogersa, lecz wiatr zmienił ich strzelaninę i przedśmiertne drgawki w pantomimę.
Anna wpatrywała się w morze. Stojąc nad jego brze- giem, czuła coś dziwnego: elektryzującą mieszaninę fascynacji i strachu. Co by się ukazało, gdyby cała ta woda nagle znik- nęła? Krajobraz zgubionych przedmiotów: zatopione statki, ukryty skarb, złoto, drogie kamienie i bransoletka z zawiesz- kami, która zsunęła jej się z nadgarstka i wpadła do kana-  łu burzowego. Zwłoki, dodawał zawsze ojciec ze śmiechem. Według niego ocean był pustkowiem.
Anna spojrzała na Tabby (bo tak ją nazywano), która drża- ła z zimna, stojąc obok niej, i zapragnęła jej powiedzieć, co czuje. Często łatwiej mówi się różne rzeczy obcym. Zamiast tego powtórzyła jednak zdanie, które zawsze wypowiadał jej ojciec, patrząc na pusty horyzont:
Jak okiem sięgnąć ani jednego statku.
Chłopcy ciągnęli pistolety po piasku, kierując się w stro- nę fal uderzających o brzeg, a za nimi szła zasapana niania.
Phillipie, Johnie-Martinie, nie wolno się zbliżać do wody – wychrypiała zdumiewająco donośnym głosem. – Czy wyrażam się jasno? – Rzuciła surowe spojrzenie Annie, któ- ra ich tam zaprowadziła, po czym zagoniła bliźniaków do domu.
Masz coraz bardziej mokre buty – powiedziała Tabby, szczękając zębami.
Zdejmiemy je? – spytała Anna. – Żeby poczuć zimno?
Ale ja nie chcę czuć zimna!
A ja chcę.
Tabby patrzyła, jak Anna odpina sprzączki czarnych la- kierków, którymi dzieliła się z Zarą Klein z dołu. Anna zsu- nęła wełniane pończochy i włożyła białe, kościste, długie jak na jej wiek stopy do lodowatej wody. Każda z nich przekazała sercu rozdzierające doznanie, składające się po części z pło- mienia bólu, który okazał się niespodziewanie przyjemny.
I jak? – pisnęła Tabby.
Zimno – powiedziała Anna. – Okropnie, okropnie zim- no. – Musiała zebrać wszystkie siły, żeby się nie wzdrygnąć, a ten opór tylko spotęgował dziwną ekscytację. Spojrzała    w stronę domu i daleko od piasku zobaczyła dwóch męż- czyzn w ciemnych płaszczach idących utwardzoną ścieżką. Przytrzymywali kapelusze na wietrze i wyglądali jak aktorzy w niemym filmie.
To nasi tatusiowie?
Tata lubi rozmawiać o interesach poza domem – powie- działa Tabby. – Z dala od wścibskich uszu.
Anna poczuła dobrotliwe współczucie dla małej Tabathy, wykluczonej z interesów ojca, podczas gdy Annie wolno było się przysłuchiwać, gdy tylko miała ochotę. To, co słyszała, było niezbyt interesujące. Praca jej ojca polegała na przekazy- waniu pozdrowień i życzeń między ludźmi ze związku a ich przyjaciółmi. W skład tych pozdrowień wchodziły koperty, czasami jakaś paczka, którą jej ojciec dostarczał albo odbie- rał jak gdyby nigdy nic – umknęłoby to każdemu, kto nie zwracał na takie rzeczy uwagi. Przez te wszystkie lata często mówił do Anny, nie wiedząc, że mówi, a ona słuchała, nie wiedząc, co słyszy.
Zaskoczył ją znajomy, ożywiony ton ojca rozmawiającego z panem Stylesem. Najwyraźniej byli przyjaciółmi. Pomimo tego wszystkiego.
Mężczyźni zmienili kurs i ruszyli po piasku w stronę Anny i Tabby. Anna pospiesznie wyszła z wody, ale buty zostawi- ła zbyt daleko, by na czas włożyć je z powrotem. Pan Styles był barczystym, imponującym mężczyzną z czarnymi, po- ciągniętymi brylantyną włosami, które wymykały się spod ronda kapelusza.
To pana córka? – spytał. – Wytrzymuje arktyczne tem- peratury i to nawet bez pończoch?
Anna wyczuła niezadowolenie ojca.
Na to wygląda – powiedział. – Anno, przywitaj się z pa- nem Stylesem.
Bardzo mi miło pana poznać. – Mocno ścisnęła męż- czyźnie dłoń, tak jak ją nauczył ojciec. Pamiętała o tym, żeby się na niego nie gapić, a jedynie spoglądać, zadzierając głowę. Pan Styles wydawał się młodszy od jej ojca, nie miał na twarzy cieni ani zmarszczek. Dostrzegła jego czujność, skwierczące napięcie, które przenikało nawet przez wydymający się na wie- trze płaszcz. Sprawiał wrażenie kogoś, kto tylko czeka, aż coś go zmusi do reakcji albo rozbawi. Teraz tym czymś była Anna.
Pan Styles przykucnął obok niej na piasku i spojrzał jej prosto w oczy.
Dlaczego zdjęłaś buty? – spytał. – Nie czujesz zimna czy się popisujesz?
Nie miała gotowej  odpowiedzi. Nie  chodziło  o  żadną z tych rzeczy, był to raczej impuls nakazujący jej podtrzymywać fascynację i niepewność Tabby. Nawet tego nie potrafiła jednak wyartykułować.
Po co miałabym się popisywać? – odparła. – Mam pra- wie dwanaście lat.
Więc jakie to uczucie?
Mimo wiatru wyczuła w jego oddechu miętę i alkohol. Nagle uświadomiła sobie, że ojciec nie słyszy ich rozmowy.
Boli tylko na początku – powiedziała. – Po chwili nic się nie czuje.
Pan Styles uśmiechnął się, jakby jej odpowiedź była piłką, której złapanie sprawiło mu wyraźną przyjemność.
Słowa, według których warto żyć – odrzekł, po czym wstał, znów prezentując swą olbrzymią sylwetkę. – Silna    z niej dziewczyna – zwrócił się do ojca Anny.
Na to wygląda. – Ojciec unikał jej wzroku.
Pan Styles strzepnął piasek ze spodni i odwrócił się, jak- by zamierzał odejść. Wyczerpał możliwości, jakie oferowała ta chwila, i już szukał następnej.
Są silniejsze od nas – powiedział do ojca Anny. – Mamy szczęście, że o tym nie wiedzą.
Myślała, że się odwróci, żeby na nią spojrzeć, ale widocz- nie zapomniał.
Dexter Styles czuł piasek wdzierający się do jego oksfor- dów, gdy mozolnie wracał na ścieżkę. Tak jak się spodzie- wał, uśpiona twardość, którą wyczuwał w Edzie Kerriganie, wspaniale rozkwitła w jego ciemnookiej córce. Dowód na to, w co zawsze wierzył: mężczyzn zdradzają ich dzieci. To dlatego Dexter rzadko robił z kimś interesy, zanim poznał jego rodzinę. Żałował, że jego Tabby także nie zdjęła butów. Kerrigan jeździł modelem j duesenberga z dwudziestego ósmego roku w kolorze Niagara blue, co świadczyło zarówno o dobrym guście, jak i o świetlanych perspektywach przed krachem. Miał znakomitego krawca. Było w nim jednak coś mrocznego, niepasującego do tych ubrań, samochodu, a nawet do szczerej, potoczystej mowy. Jakiś cień, jakiś smutek. Choć z drugiej strony kto ich nie miał? Albo i kilku?
Nim dotarli do ścieżki, Dexter postanowił zatrudnić Ker- rigana, pod warunkiem że uda im się uzgodnić korzystne warunki.
Ma pan czas, żeby pojechać na spotkanie z moim sta- rym przyjacielem? – spytał.
Oczywiście – powiedział Kerrigan.
Żona na pana nie czeka?
Dopiero w porze kolacji.
A córka? Będzie się niepokoiła? Kerrigan się roześmiał.
Anna? Jej główne zajęcie to niepokojenie mnie.
Anna myślała, że ojciec lada chwila ją zawoła i będzie musiała zejść z plaży, ale ostatecznie przyszła po nie niania i psiocząc z oburzeniem, kazała im wracać do ciepłego domu. Światło się zmieniło, pokój zabaw wydawał się teraz ciężki i mroczny. Ogrzewał go osobny piecyk na drewno. Jedli ciastka z orze- chami włoskimi i patrzyli, jak kolejka elektryczna pędzi po zbudowanym przez Annę torze w kształcie ósemki, a z minia- turowego komina bucha prawdziwa para. Dziewczyna nigdy nie widziała takiej zabawki, nie wyobrażała sobie, ile to mogło kosztować. Miała już dość tej przygody. Trwała o wiele dłużej niż ich zwykłe wizyty towarzyskie i odgrywanie roli przed resz- tą dzieci zdążyło wyczerpać Annę. Miała wrażenie, że upłynęły całe godziny, odkąd widziała ojca. W końcu chłopcy zostawili jeżdżącą kolejkę i poszli przeglądać książki z obrazkami. Nia- nia zasnęła w fotelu na biegunach. Tabby leżała na plecionym dywanie, kierując swój nowy kalejdoskop w stronę lampy.
Mogę potrzymać twoją Flossie Flirt? – spytała Anna jak gdyby nigdy nic.
Tabby mruknęła przyzwalająco i Anna ostrożnie zdjęła lalkę z półki. Flossie Flirts występowały w czterech rozmia- rach, ta była prawie najmniejsza – nie noworodek, lecz trochę większe niemowlę o zdumionych błękitnych oczach. Anna przewróciła lalkę na bok. I rzeczywiście, tak jak obiecywa- ły reklamy w gazetach, błękitne tęczówki przesunęły się ku kącikom, jakby lalka nie chciała spuścić Anny z oczu. Anna poczuła przypływ czystej radości i o mało się nie roześmiała. Usta lalki były ściągnięte w idealne „O”. Pod górną wargą zauważyła dwa namalowane białe ząbki.
Tabby zerwała się na równe nogi, jakby zwabiła ją woń zachwytu Anny.
Możesz ją sobie wziąć – zawołała. – Już się nią nie bawię. Anna chłonęła moc tej propozycji. W Boże Narodzenie dwa lata temu, gdy tak bardzo pragnęła mieć Flossie Flirt, nie odważyła się o nią poprosić – statki przestały przypływać i nie mieli pieniędzy. Przemożne fizyczne pragnienie posia- dania tej lalki, które wtedy czuła, przedarło się teraz przez nią i osłabiło głęboko zakorzenioną świadomość, że oczywi-
ście musi odmówić.
Nie, dziękuję – powiedziała w końcu. – W domu mam większą. Chciałam tylko sprawdzić, jaka jest ta mała. – Nad- ludzkim wysiłkiem zmusiła się do odłożenia Flossie Flirt na półkę, lecz nadal trzymała ją za gumową nóżkę, dopóki nie po- czuła na sobie wzroku niani. Odwróciła się, udając obojętność.

Za późno. Niania zobaczyła – i już wiedziała. Gdy Tabby wyszła z pokoju, zawołana przez matkę, niania wzięła Flos- sie Flirt i niemal rzuciła ją Annie.
Weź ją, kochanie – szepnęła z przejęciem. – Dla niej to bez znaczenia. Ma więcej zabawek, niż jej potrzeba. Jak oni wszyscy.
Anna się zawahała, już prawie wierząc, że istnieje spo- sób, by niepostrzeżenie zabrać lalkę do domu. Na samą myśl o reakcji ojca utwierdziła się jednak w przekonaniu, że to niemożliwe.
Nie, dziękuję – odrzekła chłodno. – Zresztą jestem za duża na lalki.
Nie oglądając się za siebie, wyszła z pokoju zabaw. Ale współczucie niani ją osłabiło i gdy wspinała się po schodach, drżały jej kolana.
Gdy zobaczyła ojca czekającego w holu, z trudem po- wstrzymała się od tego, by jak dawniej podbiec i objąć go za nogi. Miał na sobie płaszcz. Pani Styles przyszła się pożegnać.
Następnym razem musisz przyprowadzić siostrę – po- wiedziała do Anny, całując ją w policzek i muskając piżmo- wym zapachem perfum. Anna obiecała, że przyprowadzi. Na zewnątrz model j pobłyskiwał słabo w słońcu późnego po- południa. Kiedy należał do nich, lśnił bardziej. Chłopcy ze związku rzadziej go polerowali.
Gdy wracali od pana Stylesa, Anna szukała odpowiedniej błyskotliwej uwagi, żeby rozbroić ojca – takiej, jakie rzucała bez zastanowienia, kiedy była młodsza, a jego zdumiony śmiech jako pierwszy uświadamiał jej, że jest zabawna. Ostatnio czę- sto przyłapywała się na tym, że próbuje odtworzyć jakiś wcześ- niejszy stan, jakby utraciła pewną świeżość lub niewinność.
Zdaje się, że pan Styles nie inwestował w akcje – po- wiedziała wreszcie.
Zaśmiał się i ją przytulił.
Pan Styles nie potrzebuje akcji. Ma nocne kluby. I inne rzeczy.
Jest w związku?
O, nie. Nie ma ze związkiem nic wspólnego.
To ją zaskoczyło. Z grubsza biorąc, związkowcy nosili ka- pelusze, a dokerzy czapki. Niektórzy, na przykład jej ojciec, mogli nosić jedne i drugie, w zależności od dnia. Anna nie wy- obrażała sobie ojca z dokerskim hakiem, gdy był ładnie ubra- ny, na przykład teraz. Jej matka zachowała egzotyczne pióra z występów i ozdabiała nimi jego kapelusze. Przerabiała gar- nitury, by nie wychodziły z mody i pasowały do jego żylastej sylwetki – schudł, odkąd przestały przypływać statki, i rzadziej ćwiczył.
Ojciec prowadził jedną ręką, z papierosem wetkniętym między dwa palce spoczywające na kierownicy, a drugą obej- mował Annę. Przytuliła się do niego. W końcu zawsze byli tylko we dwoje, w ruchu; Anna unosiła się na fali sennego zadowolenia. Oprócz papierosowego dymu wyczuła w samo- chodzie coś nowego, jakiś ilasty, znajomy zapach, którego nie mogła do końca skojarzyć.
Dlaczego zdjęłaś buty, skarbie? – spytał tak, jak wie- działa, że spyta.
Żeby poczuć wodę.
Tak robią tylko małe dziewczynki.
Tabatha ma osiem lat, a nie zrobiła.
Ma więcej rozumu.
Panu Stylesowi się podobało.
Nie masz pojęcia, co myśli pan Styles.
Mam. Rozmawiał ze mną, kiedy nie słyszałeś.
Zauważyłem – powiedział, zerkając na nią. – Co mówił? Jej umysł wrócił do piasku, zimna, bólu stóp i kucającego obok, zaciekawionego mężczyzny – to wszystko połączyło
się z jej tęsknotą za Flossie Flirt.
Powiedział, że jestem silna – odrzekła, czując, jak gula w gardle zniekształca jej głos. Rozmazał jej się obraz przed oczami.
Bo jesteś, skarbie – powiedział, całując ją w czoło. – Każdy to widzi.
Na światłach wytrząsnął następnego papierosa z paczki raleighów. Anna zajrzała do środka, ale kupon zabrała już wcześniej. Żałowała, że ojciec nie pali więcej. Zebrała siedem- dziesiąt osiem kuponów, lecz kuszące przedmioty w katalogu zaczynały się dopiero od stu dwudziestu pięciu. Za osiemset można było zdobyć srebrną zastawę dla sześciu osób w spe- cjalnej skrzyneczce, a za siedemset automatyczny toster. Te liczby wydawały się jednak nieosiągalne. Katalog B&W Pre- miums zawierał niewiele zabawek: jedynie pluszową pandę Frank Buck albo lalkę Betsy Wetsy z kompletną wyprawką za dwieście pięćdziesiąt, lecz te przedmioty jej nie intereso- wały. Marzyła o tarczy do gry w rzutki „dla starszych dzie- ci i dorosłych”, ale nie wyobrażała sobie rzucania ostrymi strzałkami w ich małym mieszkaniu. Co by było, gdyby któ- raś trafiła w Lydię?
Nad obozowiskami w Prospect Parku unosił się dym. Byli już prawie w domu.
Byłbym zapomniał – powiedział ojciec. – Spójrz, co tu mam. – Wyjął zza poły płaszcza papierową torbę i podał ją Annie. W środku czerwieniły się pomidory. To właśnie ich świeży, ziemisty zapach wcześniej wyczuła.
Jak to? – zdziwiła się. – Zimą?
Pan Styles ma przyjaciela, który uprawia je w domku ze szkła. Pokazał mi ten domek. Zrobimy mamie niespo- dziankę, dobrze?
Pojechaliście gdzieś? Kiedy ja byłam w domu pana Style- sa? – Poczuła urazę zmieszaną ze zdumieniem. Przez te wszystkie lata, kiedy towarzyszyła ojcu podczas załatwiania spraw, nigdy jej nigdzie nie zostawiał. Zawsze był w zasię- gu wzroku.
Tylko na chwilę, skarbie. Nawet nie zdążyłaś za mną zatęsknić.
Daleko?
Niedaleko.
Tęskniłam za tobą. – Wydało jej się teraz, że zauważyła jego zniknięcie, że czuła pustkę wywołaną jego nieobecnością.
Bzdury – odrzekł, jeszcze raz ją całując. – W życiu się lepiej nie bawiłaś.

czerwca 13, 2018

Audiobook: Kolekcja nietypowych zdarzeń

Audiobook: Kolekcja nietypowych zdarzeń


Opowiadania nie są najłatwiejszą formą literacką. Ilość słów i wątków jakie możemy w nich zmieścić jest mocno ograniczona. Krótko opowiedzieć historię, która będzie ciekawa/poruszająca/zabawna/mądra… i która zostanie z nami na dłużej, to prawdziwa sztuka.

Lubię opowiadania refleksyjne i takie właśnie są te Toma Hanksa. Akcja płynie w nich dość niespiesznie. Może miejscami rzeczywiście są nieco przegadane, ale przez to przypominają mi teatr (a teatr uwielbiam). Mamy scenę, bohaterów i historię, o której bohaterowie bardziej mówią niż w niej uczestniczą (choć są oczywiście wyjątki).

Opowiadania Hanksa są też tęskne. A tęsknota ta odnosi się do dawnych czasów. Dawną Amerykę symbolizuje w nich maszyna do pisania – element pojawiający się w kilku historiach. Maszyna do pisania jest przeciwieństwem nowoczesności z jej smartfonami, mediami społecznościowymi i chwilowością. Maszyna do pisania symbolizuje stałość.

Poziom opowiadań Hanksa nie jest jednak stały.  Teksty są po prostu nierówne. Kilka historii naprawdę mi się spodobało, ale o większości z nich zapomniałam na drugi dzień po lekturze.
Nie zapomniałam historii nastolatka, który spędza dzień surfując z ojcem, a ich wspólny czas odsłania pewne fakty dotyczące ich życia i rzuca nowe światło na wspólną relację. Podobała mi się opowieść o matce kilkuletniego chłopca, która po rozwodzie układa sobie życie z nowym mężczyzną. I na koniec, podobało się mi się opowiadanie pierwsze – o superaktywnej Annie, organizatorce życia nie zważającej na potrzeby i ograniczenia partnera. Choć to opowiadanie czytałam z dystansem i wierzę, że zostało napisane z przymrużeniem oka, jako wyostrzone i humorystyczne. Inaczej, za sposób w jaki Hanks przedstawił Annę, chyba przestałabym czytać dalej.

Generalnie, Hanks ma problem z kobietami. I o ile całą książkę uważam za ciekawą i doceniam różne zabiegi, np. powracanie na jej łamach niektórych bohaterów (powraca m.in. właśnie Anna, ale też Hank Fiset ze swoimi „Felietonami”), o tyle nieciekawe, płytkie i konwencjonalne przedstawienia kobiecych bohaterek, były dla mnie zaskoczeniem i moim największym rozczarowaniem zbiorem. Pewnie łatwiej wyrobić sobie warsztat literacki niż pozbyć się stereotypowego spojrzenia na płeć.

Tom Hanks, „Kolekcja nietypowych zdarzeń”,  czyta Jacek Rozenek, Wielka Litera 2017

czerwca 03, 2018

Powieść: Moja najdroższa

Powieść: Moja najdroższa


„Moja najdroższa”, „kruszynko” – tak zwraca się do swojej córki Martin, ojciec, który rano smaży jej naleśniki i odprowadza na autobus do szkoły. Ten sam, który ją gwałci.

Wątek przemocy seksualnej sprawił, że o debiutanckiej powieści Gabriela Tallenta mówiło się wiele, w wielu miejscach. W samej „wyborczej” ukazało się kilka materiałów, w tym wywiad z autorem przeprowadzony przez Sylwię Chutnik. Zwłaszcza detaliczne opisy poszczególnych aktów przemocy wywołały sporo kontrowersji. Bo ta książka jest kontrowersyjna. Mężczyzna szczegółowo opisuje w niej okrucieństwo wyrządzane młodej dziewczynie przez innego mężczyznę. Jakby czerpał z tego przyjemność. Po rozmowie Chutnik mamy pewność, że nie o przyjemność autora w tym wszystkim chodziło.

„Literatura pełna jest trupów kobiet, bo nasza kultura lepiej toleruje martwe dziewczyny niż te, które przeżyły przemoc czy traumę. Dlatego maltretowałem Turtle z premedytacją. (…) Owszem, cierpienia w literaturze jest dość, ale za to w życiu codziennym chętnie o nim zapominamy. Dlatego kiedy zerwiesz kurtynę niedomówień, zaczynasz czuć ból. Chciałem, żeby moi czytelnicy go poczuli. Poczuli, że młoda dziewczyna, której ciało i umysł poddawane są torturom, przeżywa coś, co jest na krawędzi wytrzymałości, nie do zniesienia. Jeśli poświęcimy moment na to, aby się zastanowić nad jej przeżyciem, zaczniemy jej współczuć. To pierwszy krok. Potem, mam nadzieję, zrobimy wszystko, aby nikt nigdy nie czuł tego co Turtle. Dlatego włożyłem palec w ranę. W naszą wspólną ranę” – mówił Tallent.

Autor książki rzeczywiście zrobił coś więcej niż tylko opisał cierpienia jednej osoby. Swoją bohaterkę, czternastoletnią Turtle Alveston, z rozmysłem umiejscowił w północnej Kalifornii. Tam, gdzie ludzie pilnują własnych interesów. „Moja najdroższa” jest bowiem nie tylko drastycznym opisem toksycznej relacji panującej w jednym domu, ale rozprawieniem się z pewnym rodzajem mentalności ludzi niewierzących w pomoc instytucjonalną, lamentujących na to co, dzieje się w około nich i głęboko przekonanych, że jedynym normalnym miejscem na tym świecie jest już tylko ich własny dom.

Wiele w tej książce dwuznaczności, czy wręcz sprzeczności. Już sama Turtle jest bohaterką, którą nie sposób jednoznacznie określić. Z jednej strony wydaje się być niezwykle silna i samodzielna. Niezależnie czy pośrodku lasu czy wyrzucona przez fale na wyspę, będzie w stanie przetrwać. Wie jak oprawić królika i jak używać broni. Nie wie jednak co zrobić ze swoją relacją z ojcem, któremu jest totalnie podległa. Kocha go i nienawidzi. Boi się i pożąda.

Poza ojcem w życiu Turtle ważne miejsce zajmuje dziadek. Kochany przez nią i znienawidzony przez jej ojca. Dobry dla niej, ale dawniej przemocowy wobec własnego dziecka.

Na szczęście trzeci, najmłodszy mężczyzna, który pojawi się w życiu Turtle, zapoczątkuje powolny proces przemiany dziewczyny. Co prawda pełnej wahań, zwątpień i rezygnacji, ale jednak przemiany postępującej.

Choć opowieść Tallenta jest kontrowersyjna i ze względu na opisy przemocy często trudna w lekturze, jest też bardzo ciekawa ze względu na swoją wielopoziomowość. Wspomnianą już krytykę społeczeństwa amerykańskiego, ale także warstwę czysto językową. Pozbawioną zbędnych słownych ozdobników, a jednocześnie szokującą i poprzez skonstruowane postacie wręcz fascynującą.


„Moja najdroższa”, Gabriel Tallent, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2018

kwietnia 09, 2018

Recenzja: Mężczyźni objaśniają mi świat

Recenzja: Mężczyźni objaśniają mi świat


„Mężczyźni objaśniają mi świat” to zbiór esejów, w których Rebecca Solnit pisze o męskiej przemocy wobec kobiet. O mężczyznach pragnących kontrolować kobiety, oraz o kobietach, którym odbiera się głos. O genezie tego stanu rzeczy, ale także o zmianach, jakie dokonały się dzięki feminizmowi.

Mimo ważnego i poważnego tematu, który niektórym może wydać się wręcz nudny (choć takim nie jest!), książkę Solnit czyta się jednym tchem. Cięte, ironiczne, humorystyczne, gorzkie i pełne konkretów teksty Solnit, nie pozwalają oderwać się od lektury ani na chwilę.

Uwielbiam pierwszy, tytułowy esej „Mężczyźni objaśniają mi świat”. Myślę, że absolutnie każdy powinien go przeczytać. Kobietom może dodać odwagi, a mężczyznom przedstawić kawałek świata, którego na co dzień nie chcą zobaczyć, bo zamiast patrzeć i słuchać wolą pokazywać i mówić. Niesamowite są scenki z życia Solnit, które przywołuje autorka.  Jak ta:

„Gospodarz przerwał mi, gdy tylko wymieniłam nazwisko Muybridge’a. „Czy słyszała pani o bardzo ważnej książce na temat Muybridge’a, która ukazała się w tym roku?”. Tak dalece weszłam w narzuconą mi rolę debiutantki, że byłam gotowa wziąć pod uwagę ewentualność, że równocześnie z moją ukazała się inna publikacja na ten sam temat, a ja jakimś cudem ją przegapiłam. Gospodarz właśnie zaczął mi opowiadać o tej ważnej książce – przybierając doskonale mi znaną pełną samozadowolenia pozę perorującego mężczyzny: zapatrzony w odległy horyzont, na którym niewyraźnie majaczy odblask jego własnego autorytetu. (…) Tak więc Pan Bardzo Ważny perorował pouczającym tonem o książce, którą powinnam znać, aż wreszcie Sally przerwała mu i powiedziała: „To jej książka”. No, w każdym razie próbowała mu przerwać.”

Takich scenek jest więcej! Jak wspomniałam, nie tylko tytułowy esej traktuje o odbieraniu kobietom głosu. Problem ten jest wspólny dla całego zbioru, podejmującego temat kultury patriarchatu i przemocy. Nie chodzi przy tym oczywiście jedynie o przemoc mającą miejsce w domowym zaciszu, ale o przemoc w sferze publicznej, w tym przemoc słowną. Solnit świetnie pokazuje opresyjność języka, i to, w jaki sposób samymi słowami można marginalizować cierpienie ofiar.

W zbiorze pojawiają się dwie bardzo ważne i znane kobiety – jest to Virginia Woolf i Susan Sontag. Solnit czerpie z ich myśli, nieraz z nimi polemizując. Z jednej strony pokazuje, jak trudne jest polepszenie sytuacji kobiet, ale z drugiej strony przywołuje jednak pewne sukcesy.

Bardzo podoba mi się to, że Solnit identyfikuje się z ruchem feministycznym i jest dumna z jego osiągnięć. Nie udaje stojącej z boku badaczki, która na chłodno relacjonuje nam pewne fakty obiektywne. Właśnie dlatego jej książka, jest tak ciekawa. To książka buntowniczki, a kto nie lubi czytać historii buntowników?


lutego 05, 2018

Recenzja: Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki

Recenzja: Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki

W swojej książce Colson Whitehead materializuje dość umowny szlak, którym uciekali niewolnicy. Sieć dróg, domów i społeczności staje się najprawdziwszą koleją, pomagającą tym, którym pomóc chce niewielu. Z jej usług korzysta Cora – główna bohaterka powieści.

Po ucieczce z plantacji w Georgii, Cora zbiega jeszcze kilkakrotnie. Z różnych miejsc, od rozmaitych wydarzeń i przed konkretnymi ludźmi. Przemierza Amerykę, której kolejne stany przypominają nieco różne stany świadomości. Fakty i fikcja są w nich nieodłącznymi składnikami koktajli, które w różnych częściach książki występują w różnych wariantach i proporcjach. Smutnym zwieńczeniem faktycznych opisów jest niekończący się motyw ucieczki. Niekończący, bo przed białą, nieznoszącą inności Ameryką nie da się uciec.

Podoba mi się szary świat z książki i jego realizm. Wiarygodne postacie, które nie są czarno-białe. Podobają mi się dobrzy biali i niewolnicy, którzy kolaborują z tymi złymi. Podobają mi się aluzje do współczesności i sam temat.

„Kolej podziemna” to książka o kwestiach fundamentalnych. O nierównościach, przemocy, dyskryminacji, rasizmie. To książka ważna, potrzebna... 

Nie jest to jednak lektura porywająca. Nie zatonęłam w słowach Whiteheada. Nie popłynęły mi łzy. Nie zalała mnie złość. Czas czytania był czasem suszy. Oczywiście, ta książka daje do myślenia, ale jeśli chodzi o emocje, mi zdecydowanie czegoś zabrakło.


Colson Whitehead, „Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki”, Wydawnictwo Albatros

października 15, 2017

Na pokuszenie

Na pokuszenie

Wojna secesyjna. Wirginia, pierwszy tydzień maja. Amelia Dabney, młoda uczennica żeńskiej szkoły z internatem, spędza popołudnie na zbieraniu grzybów. Nie ma ich zbyt wiele. Znajduje jednak coś ciekawszego. Rannego żołnierza. Historia niecodziennego znaleziska otwiera powieść „Na pokuszenie”. Rozpisana na głosy kobiet i dziewcząt książka, to duszna i pełna napięć relacja z pobytu młodego kaprala w zamieszkanej wyłącznie przez kobiety posiadłości Marthy Farnsworth.

Kapral John McBurney, irlandzki najemnik walczący po stronie Unii, burzy spokój mieszkanek internatu. Kiedy właścicielka położonej w pobliżu pola bitwy posiadłości postanawia mu pomóc i umieścić w jednym z pokoi, sytuacja zaczyna gęstnieć. Do głosu dochodzą tłumione dotąd potrzeby i frustracje. Skrywane namiętności ożywają z nową siłą. Jedyny w domu mężczyzna budzi emocje, które z każdym dniem jego pobytu rosną. Dawna harmonia okazuje się być jedynie iluzją. Marną powłoczką, która pęka w szwach przy pierwszym impulsie.

Różnorodne spojrzenia bohaterek-narratorek, ich indywidualny język oraz historie i motywy postępowania sprawiają, że książkę czyta się naprawdę świetnie. Zazdrość i zawiść, manipulacje, rosnące napięcie seksualne - to wszystko wciąga i nie pozwala się od tej historii oderwać. Gra o względy przeistacza się w grę o życie. Trwa walka, której ofiara do ostatniej chwili pozostaje nieznana.

Ta historia to świetny materiał na scenariusz filmowy. Trudno się dziwić, że ekranizacja Sofii Copolli, to już drugie przeniesienie na ekran powieści Cullinana. Co ciekawe, swoista wojna płci, toczona przez bohaterów książki, ma miejsce także w przypadku reżyserów. Copolla proponuje nam bowiem polemiczną wobec ekranizacji z 1969 roku wersję opowieści. Po „Oszukanym”, w którym dominował męski punkt widzenia i nie brakowało mizoginii, Coppola znów oddaje głos kobietom. Ale nie wszystkim. W jej ekranizacji nie pojawia się bowiem czarnoskóra służąca. Jak więc to zwykle bywa, książka pozostaje najlepsza.

Thomas Cullinan, "Na pokuszenie", Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2017

maja 01, 2017

Listy do młodego kontestatora

Listy do młodego kontestatora

Christopher Hitchens – brytyjsko-amerykański pisarz, dziennikarz i krytyk literacki, znany był ze sprzeciwu wobec amerykańskiego imperializmu i wojny w Wietnamie, krytyki matki Teresy (za jej poparcie dla reżimu Duvaliera na Haiti), niechęci do Billa Clintona, Henry’ego Kissingera i brytyjskiej rodziny królewskiej, oraz z krytyki religii. W swoich poglądach bywał radykalny a w postawach nieugięty.  W książce „Listy do młodego kontestatora”, niczym Rainer Maria Rilke w „Listach do młodego poety”, wykłada swoje credo. Credo wolnomyśliciela.

Credo to ma być inspiracją, radą i wsparciem dla młodego człowieka, któremu w formie listów Hitchens opowiada o własnych wyborach a także stanowiskach tych, których cenił. Wśród przywoływanych pojawią się m.in. George Orwell, Emil Zola, Vaclaw Havel, jego przyjaciele z redakcji „New Statesman” - Martin Amis i Ian McEwan, a także Czesław Miłosz oraz Adam Michnik. Swoje listy Hitchens adresuje do jednej osoby, która jednak reprezentuje całą grupę.

Pisząc o tym, co jest niezbędne do ukształtowania osoby niezależnej i wątpiącej, Hitchens pisze m.in. o odrzuceniu religii. Faktem jest, że w mentalności religijnej tkwi pewien fundamentalny element służalczości i masochizmu - twierdzi. Postawa krytyczna i opozycyjna opiera się zasadniczo na przekonaniu, że jednostka posiada kompetencje i godność, podczas gdy religia zwykle rozpuszcza te wartości i zamienia je w jakąś mdłą formę kolektywizmu (wspomnijmy „trzodę”).

Zatrzymując się przy kolektywizmie warto wspomnieć, że Hitchens nie uważał solidarności powstającej z przynależności do grupy za coś szczególnie cennego. Zgadzał się Rilkem gdy pisał, że samotności należy raczej wypatrywać niż się jej obawiać.

W związku z solidarnością z daną grupą, za jedną z najtrudniejszych rzeczy, z jakimi może przyjść człowiekowi się mierzyć, uważał odkrycie, że „jego” strona nie ma racji w toczącej się wojnie. Presję, by milczeć i „trzymać ze swoimi”, wzmacniają oskarżenia o tchórzostwo i zdradę, które natychmiast padają przeciwko myślącym inaczej – pisze wspominając swojego przyjaciela Ronalda Ridenhoura, który służąc w Wietnamie zebrał i ujawnił dowody masakry wietnamskich cywilów, mieszkańców wioski My Lau.

W kwestii sporów Hitchens uważał, że wyłącznie otwarty konflikt idei i zasad może doprowadzić do wyjaśnienia jakiejkolwiek sprawy. W jednym z listów przywołuje on m.in. Johna Stuarta Milla, który pisał, że nawet jeśli wszyscy zgodzimy się w jakiejś sprawie, należy wysłuchać tego, który się sprzeciwił, ponieważ inaczej, ludzie zapomną jak argumentowali na rzecz zgody. Przypomina także słowa Róży Luksemburg, według której wolność jest przede wszystkim swobodą dla tych, którzy myślą inaczej, oraz Johna Miltona, który napisał, że wszystko co człowiek uznaje za prawdziwe należy konfrontować z twierdzeniami strony przeciwnej, ponieważ tylko w uczciwym i otwartym sporze słuszne poglądy znajdują potwierdzenie.

Co ważne, według Hitchensa kontestacja jest częścią natury, nie zawodem. Jak pisał, nie istnieją żadne uczciwe sposoby, którymi można zarabiać na sprzeciwie.


Pragnąc wesprzeć młodych kontestatorów, Hitchens przygotował szereg porad, np. na sytuacje pokusy, by w danej sytuacji zostać biernym lub uległym. Jak pisze, może się zdarzyć, że pojawi się w nas myśli: kim właściwie jestem, żeby oceniać? Czy ktoś w ogóle pytał mnie o zdanie? Może to nie jest dobry moment, żeby protestować? Może trzeba to przeczekać? A może – acha! – pisze Hitchens – w ten sposób dozbrajamy wrogów?

Hitchens gorąco radzi nam z całych sił zwalczyć rutynę i odrętwienie. Kwestionowanie Oczywistości i tego, co dane z góry, jest najważniejszym elementem maksymy „de omnibus dubitandum” [o wszystkim należy wątpić].

Jak zwalczać rutynę? Rozwiązanie Hitchensa wiedzie przez irytację. Jest pewne ćwiczenie, które wykonuje on każdego dnia (ty możesz znaleźć dla siebie inne). Codziennie sprawdza, czy na pierwszej stronie dziennika „The New York Times” tkwi w ramce zdanie „Wszystkie wiadomości nadające się do druku”, które gazeta ta publikuje niezmiennie od kilkudziesięciu lat. Po przeczytaniu tego zdania Hitchens upewnia się, czy nadal go to irytuje. Jak pisze, jeżeli wciąż mam ochotę wykrzyknąć: „Dlaczego oni mnie obrażają, za kogo mnie mają, a w ogóle co to ma znaczyć, poza tym, że te słowa napisał chyba jakiś zadowolony z siebie, napuszony cenzor?!” – wówczas wiem, że wciąż jeszcze krąży we mnie krew.

Dużo dalej pisze z kolei, że uważa, iż należy pielęgnować w sobie najwyższą niecierpliwość w połączeniu z najwyższym sceptycyzmem oraz najwyższą nienawiść do niesprawiedliwości i wszystkiego, co irracjonalne, w połączeniu z jak najwyższym stopniem ironicznego samokrytycyzmu.

Na koniec jedna z najprostszych, ale i najpiękniejszych moim zdaniem rad Hitchensa: Na co dzień możesz stanąć wobec różnych odmian przemocy albo hipokryzji, bałamutnego powoływania się na wolę ogółu albo małostkowych nadużyć władzy. Jeśli należysz do jakiejś organizacji politycznej, ktoś może cię poprosić o mówienie kłamstw albo półprawd służących jakiemuś krótkoterminowemu celowi. (…) Staraj się zachowywać, „jak gdyby” nie trzeba było ich tolerować i jakby nie było w nich nic oczywistego.



Christopher Hitchens „Listy do młodego kontestatora”, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2017

marca 27, 2017

Ofiara

Ofiara

Akcja książki „Ofiara” rozpoczyna się 6 października 1987 roku w Pascayne w New Jersey. Czarnoskóra Ednetta Frye, chodząc po ubogiej dzielnicy Red Rock, poszukuje informacji o swojej zaginionej córce. Pokazuje jej zdjęcia, opowiada o zaginięciu i prosi o pomoc w odnalezieniu.

7 października Sybilla zostaje znaleziona na kawałku brezentu. Jej nadgarstki i kostki u nóg są związane za plecami. Głowa owinięta jakimś materiałem. Włosy wysmarowane kałem. Twarz opuchnięta i posiniaczona, oczy podbite. Nos pokrywa zakrzepła krew. Ubranie podarte i zakrwawione. Na ciele napisy: czarna kurwa ku kux klann.

Na oddziale ratunkowym, na który zostaje przewieziona, dziewczyna niechętnie rozmawia z policją. Z trudem przychodzi jej opowiedzenie o tym, co się wydarzyło. Twarz chowa w ramionach matki. Ale wyznaje: że została wielokrotnie zgwałcona przez 5,6 lub 7 mężczyzn, że wszyscy mężczyźni byli biali i przynajmniej jeden z nich był policjantem. Jej wyznania rozpętują prawdziwą burzę.

Białe gliny wielokrotnie zgwałciły czternastoletnią dziewczynkę, po czym zostawiły ją na pewną śmierć – powtarzają ludzie. Białe media milczą. Rodzą się pytania. Kobieta która znalazła Sybillę cierpi z powodu braku zainteresowania jej osobą. Przecież ją uratowała! Jest bohaterką! Dlaczego nie piszą o tym gazety? Policjantów zastanawia fakt, że napis został wykonany do góry nogami. Sama go sobie zrobiła? Obrońcy praw czarnoskórych włączają się do akcji. Dla Sybilli, dla czarnoskórych czy dla własnej chwały? Sybilla wskazuje policjanta gwałciciela. Kto w tym wszystkim jest tytułową ofiarą?

Na pierwszy rzut oka głównym tematem książki Joyce Carol Oates jest rasizm. Oates w świetny sposób pokazuje problemy czarnej społeczności zamieszkującej Stany Zjednoczone lat osiemdziesiątych. Społeczności nie chronionej przez prawo. Czarnych obywateli, których biali policjanci potrafią zabić z uśmiechem na ustach. Problem, który pokazuje jest jednak szerszy. Przede wszystkim chodzi o władzę. Nie tylko o władzę białych nad czarnymi, ale także władzę mężczyzn nad kobietami, zamożnych nad biednymi, żywych nad umarłymi. A wszystko to zostaje pokazane z różnych perspektyw. Oates oddaje głos swoim bohaterom i pozwala im opowiedzieć własną prawdę. I pokazać własne słabości.


Recenzja ukazała się w najnowszym numerze kwartalnika ZADRA
Copyright © 2016 Projekt: książki , Blogger