Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura polska. Pokaż wszystkie posty

maja 10, 2019

Moje odkrycie: Wydawnictwo Wolno

Moje odkrycie: Wydawnictwo Wolno
Iwona Chmielewska, fot. M. Kutc

Co prawda większość Polek i Polaków wciąż nie jest przekonana do czytania, ale prężnie działający rynek wydawniczy wciąż zadziwia. Duże wydawnictwa wydają coraz więcej książek, a małe wciąż powstają. Także te niszowe. Znać je wszystkie nie sposób, dlatego od czasu do czasu odkrywam nowe perełki. W tamtym roku było to Wydawnictwo w Podwórku, w tym jest Wolno.

Wydawnictwo Wolno powstało w 2017 roku i specjalizuje się w książkach artystycznych – zarówno dla dużych jak i małych czytelników. Książki zaskakują swoją treścią i formą. Kryją niespodzianki. Urzekają pięknymi ilustracjami. Bawią i poruszają. Ich otwieranie i rozkładanie, czytanie i oglądanie, to prawdziwa przygoda.

Moja przygoda z Wolno dopiero się zaczyna, ale już teraz mogę z czystym sumieniem polecić trzy tytułu. Jeden dla dzieci i dwa dla dorosłych.



1. „Kołysanka na cztery” Iwona Chmielewska 
Magiczny picture book, który zabiera nas wprost w objęcia Morfeusza. Iwona Chmielewska zaprasza nas w nim do pewnego pokoiku, który właśnie przygotowuje się do snu. W czterech kątach, wraz z dzieckiem, z dniem żegnają się jego zabawki i pies. „Psie łapy wreszcie odpoczywają – raz, dwa, trzy, cztery”.  Mieszkanie milknie, przedmioty zatrzymują się. Liczymy do czterech i śpimy. Delikatne kolory nikną. Pokój zapada w sen.

2. „Koty. Podręcznik użytkownika” Pola Dwurnik i Tomasz Majeran
Bardzo ciekawa i przewrotna książka! Niektóre literackie pierwowzory, do których w swoich wierszach odnosi się Tomasz Majeran, zdecydowanie zaskakują. A obok poezji świetne rysunki Poli Dwurnik. Całość składa się na intrygujący portret kociego życia. Autorzy serwują nam dziewiętnaście lekcji, więc sporo możemy się od nich nauczyć. I to nie tylko o kotach. Także humoru. Relacje człowieka ze zwierzęciem wymagają w końcu czasem nieco dystansu.

3. „Obie” Justyna Bargielska i Iwona Chmielewska
Kolejny zachwycający picture book, dla tych, którzy zamiast czytać książki wolą je doświadczać. Autorki - poetka i artystka - zabierają nas w głąb lasu i w głąb matczynego serca. Złamanego, uszczkniętego przez dziecko. Ich niezwykła, oszczędna a jednocześnie bogata, pełna symboli opowieść,  to portret emocji matki. Historia lęku, smutku, bólu, oczekiwań i szczęścia. Zaskakująca i poruszająca.

kwietnia 16, 2019

FRAGMENT KSIĄŻKI: „W co wierzą Polacy?”

FRAGMENT KSIĄŻKI: „W co wierzą Polacy?”

Tomasz Kwaśniewski, „W co wierzą Polacy?”, Wydawnictwo Znak 2019


Uwaga!
Achtung!
Attention!
!artsul ęnorts ągurd an zsizdohcezrP
Z notatnika reportera, 16 kwietnia 2017 roku,
Niedziela Wielkanocna

Jestem z rodziną u rodziców, jest też siostra z przyjacielem, brat z żoną i dzieciakami. Stoimy w kręgu, matka podaje kawałki jajka. Wczoraj była z tym jajkiem w kościele, zaniosła je w koszyku, postawiła na stole, mężczyzna w czarnej sutannie, z koloratką, wypowiedział odpowiednie formułki, pochlapał je wodą. I teraz matka je nam podaje, a ojciec mówi o nowym życiu, którego to jajko jest symbolem. A potem wszyscy te jajka zjadamy i zaczynamy się całować, składając sobie życzenia. A potem siadamy do przykrytego białym obrusem stołu. Jemy nóżki w galarecie, boczek, sałatkę warzywną z majonezem, do tego jajka faszerowane, kiełbasę też święconą.
Rodzice wierzą, że w taki dzień jak dziś, prawie dwa tysiące lat temu, człowiek imieniem Jezus pokonał śmierć. Po prostu powstał z grobu, to nazywa się zmartwychwstanie. Wiele milionów ludzi na świecie wierzy, że tak to właśnie było.
Mówię, że podpisałem umowę na książkę.
– O wróżkach, jasnowidzach, egzorcystach i tak dalej – wyjaśniam. I wtedy się okazuje, że wszyscy mają coś do powiedzenia w tej sprawie. Na przykład przyjaciel siostry, lekarz, uosobienie siły i zdrowego rozsądku, oświadcza, że on nie wierzy w te wszystkie wróżby, ale w horoskopach to już coś jest. W sensie psychologicznym. No to mówimy sobie wszyscy, jakimi to jesteśmy znakami, on jest Rak, podobnie jak moja żona.
– No i co ty o tym znaku myślisz? – pyta.
– Bardzo go nie lubię – odpowiada ona.
A ja przecieram ze zdumienia oczy, bo nigdy, ale to przenigdy nie przestanie mnie dziwić: niby rozsądni, racjonalnie myślący ludzie, a tu nagle horoskopy albo splunięcie przez ramię, bo czarny kot przebiegł drogę.
Pamiętam, spotkaliśmy się kiedyś w knajpie ze znajomymi żony, rozmawialiśmy o Kościele, o religii w szkole. Byli oburzeni tym mieszaniem porządków: religijnego i racjonalnego. A potem gdy się już żegnaliśmy, gdy podawaliśmy sobie dłonie, nagle jedno z nich: „Tylko nie na krzyż!”.
Pamiętam też, jak raz, to było jeszcze wtedy, kiedy prowadziłem wieczorne audycje w Radiu TOK FM, była 23.00, zaprosiłem wróżkę. Opowiadała o tym, jak rozmawia z duchami, kontaktuje ich z bliskimi, pomaga im odejść. To było dość zwariowane, nawet ją zapytałem, czy nigdy nie pomyślała, że może mieć urojenia. A wtedy ona rezolutnie, że przecież ludzie z doświadczeniem psychozy mają problem z funkcjonowaniem w rzeczywistości: „A ja, proszę pana, radzę sobie świetnie”.
Dzwonili też ludzie.
Byłem przekonany, że podobnie jak ja będą mieli wrażenie, iż to, co opowiada, jest jednak ciut nierealne, jednak bardzo się zdziwiłem. Bo nikt, dokładnie nikt, nie miał wątpliwości, że ona faktycznie z duchami się kontaktuje. Jedyny zarzut był taki, że nie ma do tego uprawnień, tylko księża je mają.
No, ale wróćmy do stołu, bo moja siostra, która prawdopodobnie wierzy w zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa, mówi, że była kiedyś u wróżki. Bo potrzebowała. A potem jeszcze raz, i jeszcze:
– Przestałam, bo miałam wrażenie, że się uzależniam.
– Uważaj, jak będziesz penetrował te światy, synu – mówi ojciec, a głos ma poważny. – Uważaj, bo zło istnieje, nie tylko w etycznym sensie, ale też realnie. Jak je dopuścisz, to ono w ciebie wejdzie. – I powołuje się na egzorcystów, którzy przecież się na tym znają.
– Będę uważał – mówię równie poważnym tonem, choć chciałbym się roześmiać, powiedzieć: czyście powariowali? Ale też to wszystko, co mówią, we mnie rezonuje, w tym przecież żyję, w tym się wychowałem, wzrastałem.
W tej wierze w Boga, anioły i diabły.
Znam też mnóstwo opowieści, że ktoś coś widział, z czymś tam obcował. I to coś było dziwne, niezrozumiałe. Na przykład miałem dziewczynę, która z koleżankami wywoływała duchy, i raz jej się zdarzyło coś takiego, nigdy nie chciała o tym mówić, co spowodowało, że już nigdy więcej nie chciała się w to bawić. Z inną dziewczyną byłem kiedyś przez kilkanaście miesięcy w Anglii, wynajmowaliśmy małe mieszkanie na poddaszu, w którym kilka tygodni wcześniej zmarła matka właściciela. I którejś nocy, gdy wróciłem, zobaczyłem tę moją dziewczynę bladą i roztrzęsioną. Zapytałem, co się stało, i wtedy ona wskazała na popielniczkę, wielką, masywną pękniętą luksferę. I powiedziała, że poczuła zimno, później ciepło, coś jakby ruch, jakby ją musnęło, a potem trzasnęła ta popielniczka. Opowiadam to wszystko przy stole. A ojciec kiwa głową i mówi:
– Uważaj na siebie, synu.


001
W którym pierwszy raz w życiu wchodzę na stronę
internetową związaną z wróżką i ku mojemu zdumieniu
dowiaduję się, iż „to nie przypadek, że akurat teraz,
w tym momencie życia, wichry chaosu sprowadziły mnie
właśnie do niej”

I oto rozwarła się przede mną czeluść, bezdenna, i to nie tylko w pionie. A stało się to, kiedy chcąc zacząć pracę nad książką, siadłem przy komputerze, wszedłem w wyszukiwarkę i wpisałem słowo „wróżka”.
Dosłownie zawisłem wśród gwiazd. A w zasadzie milionów wyników. Wysyłających mnie w podróż w przestrzeni i w czasie: wszak wróżki, jasnowidze i tak dalej towarzyszą ludzkości od zarania, ewoluując, mutując swoje brzmienie i ton zależnie od miejsca i czasu.
Tysiące ujęć, biografii, wyznań, anonsów, doświadczeń, opracowań, analiz, opowieści – miliony zapisanych stron – i ja mam się przez to przedrzeć, to ogarnąć? Spojrzałem na buzie moich dzieci, na twarz żony. Czy widzę ich już ostatni raz?
Struchlałem. Zwłaszcza że mam kredyt.
A potem przypomniałem sobie zasadę mojego mistrza, która brzmi: możesz próbować ogarnąć wszystko i w rezultacie nie zrobić nic. Albo możesz nic nie ogarniać, tylko zacząć działać, i wtedy prawdopodobnie powstanie coś.
Zdałem się więc na los. Co, paradoksalnie, błyskawicznie zawęziło pole – jako Polak, wpisując w wyszukiwarkę słowo „wróżka”, siłą rzeczy ograniczyłem wyszukiwanie do stron w języku polskim. Nie bez znaczenia był również fakt, że wpisałem to słowo w konkretną wyszukiwarkę. Mam też jakąś swoją historię obecności w sieci, co zapewne uwzględnił obsługujący mnie algorytm. I wreszcie mam swoje konkretne preferencje, na przykład bardziej w kontekście wróżki podoba mi się imię Gildia niż – dajmy na to – Justyna. Można więc powiedzieć, że w ramach zdania się na los kliknąłem pierwszy lepszy link, ale można też powiedzieć, że przypadku było w tym tyle co kot napłakał. W każdym razie kliknąłem i tak znalazłem się pierwszy raz w życiu na stronie związanej z wróżką.
„Witaj, cieszę się, że zawitałeś na mojej stronie – ucieszyła się wróżka Gildia. – Widocznie masz problem albo wypełnia cię pustka, nie wiesz, dokąd idziesz, i niemoc dusi radość Twojego życia. Niezależnie od tego, czy jesteś stałą bywalczynią czy desperatką, która całe życie zarzekała się, że nigdy nie skorzysta z tego typu usługi. [Jestem facetem!] Myślę, że to nie przypadek, że akurat teraz, w tym momencie Twojego życia wichry chaosu sprowadziły Ciebie akurat do mnie.
Jestem wiatrem, który sprowadzi Twój okręt na spokojne wody” – o kurczaki!
„Zawodowo wróżę od dziesięciu lat, wierzę, że wróżką jest się całe życie. Większość ludzi uważa za wartość »sprawdzalność« przepowiedni, mnie to nie wystarczyło. Martwiło mnie, kiedy karty pokazywały »złą« przyszłość, chciałam mieć na to wpływ. Chciałam nauczyć się sterować losem tak, aby klient nawet z najgorszej teraźniejszości umiał odrodzić się jak Feniks z popiołów.
Pamiętasz, kiedy byłaś dzieckiem i szukałaś w lesie chatki czarownicy? GRATULUJĘ, już mnie znalazłaś – po tylu życiach w lesie trochę mi się las znudził, przeprowadziłam się na Saską Kępę. Pomogę Ci przejąć kontrolę nad otchłanią, która Cię pochłania. Przyjdź i daj się zaczarować, trochę się na tym znam… Przyjmuję w Warszawie na Saskiej Kępie. Do zobaczenia!”*
I to tyle tytułem wstępu.
Po lewej stronie strony – zakładki. Idąc od góry, najpierw „Cennik”: „Karty klasyczne + tarot, wizyta 30 minut – 200 zł. Medytacja z oczyszczaniem energetycznym i programowaniem podświadomości – 300 zł. Hipnoza, poprzednie wcielenia – 450 zł”.
Następna jest „Galeria”, w ramach której wróżka Gildia prezentuje siebie jako gościa w przeróżnych programach telewizyjnych, głównie TVN. Potem są „Szkolenia”: „Obudź w sobie czarownicę”, „Kocicę”, od 550 zł, I stopień, do 750 zł, III stopień. A potem jest „O mnie”, gdzie wróżka Gildia opowiada, że pochodzi z rodziny, w której dar dziedziczą kolejne pokolenia. „Od babci uczyłam się pierwszych interpretacji kart, a od prababci – jak prosić duchy o pomoc (…). Kiedy dotarłam do ściany i okazało się, że żadna ze znanych mi metod nie potrafi poradzić sobie z niektórymi, często bardzo trudnymi sytuacjami (…) podjęłam ryzyko i wyjechałam do Bahli, miejscowości w Omanie uważanej za najbardziej nawiedzone miejsce na ziemi (…). Z pomocą miejscowego czarownika-uzdrowiciela nauczyłam się, jak odpędzać obecność złego ducha tak, aby jego działania nie psuły nam już niczego (…). Wreszcie czarownik nauczył mnie, jak robi się wodę księżycową (…). Wodę tę można robić na miłość, pieniądze lub zdrowie i trzeba ją dolać do kąpieli przed kolejną pełnią”.
I w końcu zakładka „Kontakt”. A w niej mail i numer telefonu.
– Słucham? – Wróżka Gildia głos ma niepokojący.
– Piszę książkę o wróżkach, jasnowidzach i tak dalej, właśnie wpadłem na pani stronę, czy moglibyśmy się spotkać? – mówię i słyszę, że głos mi drży z przejęcia.
– Jasne, ale na razie jestem na wakacjach. – Rozłączyła się.
A ja, rozentuzjazmowany pierwszym w życiu kontaktem z wróżką, całą tę przygodę relacjonuję żonie. I wtedy ona: „A zapytałeś gdzie? Bo może na Łysej Górze?”.
Następna wróżka, na którą wpadłem, na imię ma Oriana.
– Słucham? – Jej głos w słuchawce jest, jak by to powiedzieć, lekko chuligański.
Wykładam sprawę. I wtedy ona, że jasne, nie ma problemu, możemy się spotkać.
– A może od razu zaproszę też panu jasnowidza?
– Nie, nie, dziękuję, na pierwszy raz spotkanie z wróżką w zupełności mi wystarczy.
Umawiamy się na za tydzień. A potem już z czystej ciekawości serfuję po necie, wpadając na coraz to lepsze rzeczy. Na przykład: „Rytuał na bogactwo – jeszcze nikt nie zgłaszał żadnych problemów, wszyscy się wzbogacili”.

002
W którym odwiedzam wróżkę Orianę, poznaję podstawy
kartomancji oraz dowiaduję się co nieco na temat
robaków astralnych
Wróżka Oriana urzęduje na warszawskiej Pradze, w samym jej sercu. Tam gdzie „Trójkąt Bermudzki”, miejsce ze strasznych najstraszniejsze.
Jadę.
Świeci mocne złote sierpniowe słońce, jest gorąco, aż drga powietrze.
Parkuję w uliczce, która jest tak mała, że można ją przejść w minutę.
Samochód mam czerwony, nie sposób więc w nią wjechać niezauważenie, a już tym bardziej zaparkować.
Nie podnosząc wzroku, najciszej, jak mogę, zamykam drzwi, a i tak mam wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią.
Przechodzę w cień, wyciągam telefon, jeszcze pięć minut do spotkania. Może nikt mnie nie zaczepi, nie zapyta: ej, co tu robisz? Bo jak zapyta, to co odpowiem? Że czekam na wróżkę?
Ale na razie czekam. Ogromnie przy tym się denerwując. Jakbym robił coś niestosownego.
Próbując się uspokoić, skupiam się na tym, co dookoła. A uliczka naprawdę jest niebywała. Z jednej strony blok, jakby nowszy, z drugiej – stare, zniszczone kamienice. O, akurat przez okno jednej z nich, to na parterze, wychodzi sobie dziecko. A za nim drugie.
Piętro wyżej jakiś chłopak w sportowych spodenkach i z gołym torsem zapala papierosa. W ogóle większość mężczyzn, chłopaków, którzy gdzieś tam stoją, świeci nagim torsem.
O, a teraz środkiem ulicy na rowerach jadą dzieciaki, takie dziesięcioletnie. Już mnie zauważyły, coś do mnie krzyczą, w stylu: „A ty to, kurwa, co?”.
Za minutę piętnasta. Dzwonię więc domofonem. Cisza. No to dzwonię na jej komórkę. Wróżka Oriana przeprasza, ale jest w sklepie, robi zakupy, trochę się zasiedziała, zaraz będzie. Wchodzę więc do sklepiku, kupuję wodę. A potem, dając sobie pretekst do tego stania, zapalam papierosa. I wtedy na drugim końcu uliczki pojawia się para. Słońce, kurz, a oni jak z włoskiego filmu z lat siedemdziesiątych. On w garniturze, ale właśnie takim jak wtedy, potężny i łysy. Ona wysoka, o kobiecych kształtach. W ogromnym kapeluszu, długiej sukni w kwiaty, z wycięciami odsłaniającymi nogi, biodra, i plecy.
Zabłąkani turyści?
– Pan do mnie? – pyta kobieta.
– Wróżka Oriana? – Rozdziawiam usta.
– Tak, a to mój przyjaciel, Włoch, ale mówi po angielsku – przedstawia łysego w marynarce. A potem naciska klamkę, wchodzimy do bloku.
Do windy.
I sytuacja przez chwilę robi się już zupełnie absurdalna, bo ani ja, ani Włoch nie mówimy zbyt dobrze po angielsku, a jednak mówimy. Trochę o pogodzie. Że ciepło. A nawet gorąco. No, a przecież zarówno on, jak i ja wiemy, że zaraz wejdę do mieszkania jego przyjaciółki, która wygląda jak jego kochanka, i ona będzie ze mną rozmawiać o energiach i duchach, bo jest… wróżką.
No właśnie, czy on w ogóle wie, że przyszedłem do niej, bo ona jest wróżką?
A jeśli tak, to co o mnie myśli?
Tymczasem Oriana przekręca klucz w zamku, dwa pokoje, z kuchnią. Do tego drugiego, należącego do jej córki, nie wejdę nigdy. Zatrzymam się w tym pierwszym, połączonym z kuchnią – zaraz go wam opiszę.
Zaraz, bo póki co ląduję na pufie, a Włoch na balkonie – przecież jest gorąco, a wróżka musi porozmawiać ze mną.
Kuchnia jest zwyczajna: szafki, kuchenka, lodówka, jak wszędzie. Tam też chwilowo krząta się wróżka. Bardzo energicznie. Mam więc czas i jej zgodę, żeby rozejrzeć się po pokoju. Jest kanapa, przed nią niski stolik, i puff, na którym siedzę. Pod oknem stół, drewniany, przykryty serwetą w zielone gwiazdki…
– Jesteśmy w miejscu, w którym pani przyjmuje? – pytam.
– Tak, tak, tu pracuję – odpowiada wróżka Oriana, wyjmując z lodówki białe wino. To dla Włocha. – Wcześniej miałam lokal na Ząbkowskiej, ale go zamknęłam. Potężne rachunki, bo tam ogrzewanie elektryczne, po prostu zabiły mnie w zimę.
– A jak przychodzi klient, klientka, to gdzie pani siada?
– Przy tamtym stole. – Wskazuje ten pod oknem. – Mam na nim karty, zapalam świece, kadzidła. Obok sadzam klienta, klientkę
– mówi, zalewając jakiś napar wrzątkiem. To dla mnie. Po prawej stronie stołu, w kącie, krzesło…
– To jest moje miejsce, na nim nikt nie siada. O, a tu pan widzi?
– Podchodzi, wskazuje palcem, wiszący na ścianie tuż za tym jej krzesłem mały rokokowy taborecik. – Jak ktoś mnie pyta, do czego służy, to mówię, że na nim siadam, gdy klientów przyjmuję.
– Wybucha perlistym śmiechem.
– Że niby na ścianie? – upewniam się, czy zrozumiałem.
– Właśnie.
Obok stołu, pod ścianą regał, a na nim książki. Na przykład Elektrotechnika ogólna i samochodowa…
– To po moim eks – rzuca wróżka Oriana. Są też Dzieje sztuki polskiej…
– Te moje książki, specjalistyczne, to niżej. Miłość i wolność poza ciałem, Energia planet, Czego nie powie psycholog, Feng shui, Podróże duszy, Wielki sennik…
Dzwoni telefon.
– Bardzo przepraszam, ale u mnie telefon dzwoni bez przerwy, niestety, nie mogę go wyłączyć… Halo? Beatka? Słuchaj… Wszystko już ogarnięte, więc wróżka może się skupić na mnie. Siada naprzeciwko, na kanapie, związuje czarne włosy w kucyk, zakłada nogę na nogę, zapala cienkiego papierosa.
– Na tym pani wróżebnym stoliku zauważyłem kryształową kulę. To jest ta kula? – pytam.
– Tak, ale ja akurat nie pracuję z kulą, ona jest tutaj jako dekoracja. Praca z kulą jest bardzo niebezpieczna. Są osoby silnie wyczuwające byty wysokie, ja bardzo mocno wyczuwam niskie, a przez pracę z kulą, tak samo jak z wahadłem, łatwo je ściągnąć.
– A co to są te byty niskie?
– Jak by to panu wyjaśnić… Jest coś takiego jak duch, jak demon, jak byt, jak wampir energetyczny. Po prostu są różne poziomy energetyczne, różne światy. No, a byty niskie nie są ani duchami, ani demonami, to jest coś pomiędzy… Kurczę, jak ktoś w tym nie jest, to nie zrozumie.
– To się jakoś widzi? – próbuję zbudować most.
– Nie, nie, to się czuje. Znaczy moja córka, piętnastolatka, na przykład widzi duchy.
– W sensie?
– No, duchy. Na przykład dzwoni do mnie i mówi: „Mamo, coś łazi po mieszkaniu”. I wtedy ja: „Dobra, zapal białą”. Białą świecę, białą szałwię, bo biel jest kolorem oczyszczenia.
– I wtedy to odchodzi?
– Zazwyczaj, bo czasami trzeba zrobić porządne oczyszczenie i to coś po prostu wyrzucić z chałupy. W każdym razie ona je widzi. Przez pół roku przychodził do niej chłopiec, siadał na łóżku, zaczepiał.
– To niedobrze?
– Oczywiście, przecież ona ma piętnaście lat, się rozwija, hormony, wszystko. A duchy bez względu na to, czy pozytywne czy negatywne, jednak w jakiś sposób, no, ciągną tę energię z ludzi. Znaczy do niej nie przychodzą byty złe, demony. Do niej przychodzą duchy. I zazwyczaj są to duchy młodych ludzi. Natomiast ja nie widzę. Ja wyczuwam, że jest coś w domu. I to nie jest duch, tylko byt niski, który chce się przyczepić, przykleić i żreć energię.
– Taka pchła? – próbuję to jakoś zwizualizować.
– O, właśnie – cieszy się wróżka Oriana. – Ja to nazywam robaki astralne, takie energetyczne.
– A te wysokie byty?
– To są anioły, dusze świetliste, przewodnicy duchowi. I je też wyczuwam. Poza tym musi pan wiedzieć, że wbrew temu, co się o wróżkach mówi, jestem bardzo wierząca. Tylko nie w Kościół!
Kościół jest dla mnie instytucją, nie znoszę Kościoła. Ale wierzę głęboko w Boga, w Jezusa, jak zresztą widać. O, tu, proszę, na ścianie jest Matka Boska, a tam Jezus.
– A ta wisząca obok mandala?
– Energetyczna, poprawiająca humor.
– Pani ją namalowała?
– Nie, ja malowałam te dwa anioły, co wiszą na ścianie w kuchni. I tego tu psa-anioła. – Wskazuje na obraz bulteriera ze skrzydłami i w aureoli. Oriana to jej pseudonim.
– W ogóle nie używam imienia z dowodu – mówi. – To imię sobie wyszukałam, jak zaczynałam karierę wróżki. Bo tego swojego, Kasia, to bardzo nie lubiłam. Kojarzyło mi się z taką wiejską Kaśką, z dwoma blond warkoczami. Oriana znaczy złota w sercu i obsypana złotem. Co absolutnie się potwierdza, bo u mnie całe życie jest tak, że zarabiam tylko wtedy, kiedy coś robię z dobroci serca.
– A teraz panu wytłumaczę, czym się różni wróżenie od rozkładania kart. Tylko gdzie są te moje karty klasyczne? Oj, niedobrze, niedobrze… Klasyczne, czyli takie zwyczajne, do gry. O, są. – Oddycha z ulgą. – I teraz jak ma pan karty, to pan je tasuje, tasuje, rozkłada… Ależ sobie wyciągnęłam. Najlepiej, jak można. – Na stole leży dziesiątka karo, siódemka kier, as karo, siódemka karo, dziewiątka karo. – To oznacza kasę. I to dobrą. Wypracowaną, ale dużą.
No więc tak: każda karta ma znaczenie. Dziesiątka karo: duże pieniądze albo majątek nieruchomy. Siódemka kier: szczęście, spełnienie. To jest w ogóle najlepsza karta w talii. Ale jeśli jest odwrócona, a tutaj jest, znaczy, że chwilę na to szczęście trzeba będzie poczekać. As karo: z jednej strony, dokumenty, papiery, ich podpisywanie, a z drugiej, to jest karta komunikacji. Czyli rozmowy, maile, telefony i tak dalej. Siódemka karo: karta hazardu. W pozycji prostej to jakby pan wygrał w totka. Dziewiątka karo: karta pracy, pieniędzy, ale nie takich, co spadają z nieba, tylko wypracowanych. No i teraz zna pan znaczenie kart, ale jeśli pan nie umie wróżyć, to nie potrafi pan połączyć ich w całość. A ja tu widzę po prostu historię.
– Jaką?
– Ale to nie było wypowiadane z intencją wróżby, więc się nie liczy.
 Jeśli chodzi o bezsprzeczne fakty, to one są takie, że Oriana ma lat trzydzieści pięć, z wykształcenia jest technikiem ekonomistą, specjalistką podatkową.
– Ale nigdy nie pracowałam w zawodzie. – Wróżka Oriana aż dławi się od śmiechu. – Miałam dwadzieścia pięć, jak zaczęłam uczyć się na wróżkę. Bo nie wiedziałam, co dalej ze sobą zrobić. Znaczy wróżką się jest od urodzenia – reflektuje się Oriana. – I ja od dziecka się tym interesowałam. Czytałam książki o duchach, oglądałam filmy fantasy. Przeglądałam horoskopy. Ale wtedy to jeszcze nie było na zasadzie wróżenia, po prostu ciągnęło mnie w tę stronę. Zresztą w mojej rodzinie już wcześniej były wróżki. Dosłownie pięć lat temu się dowiedziałam, że prababcia wróżyła. Z kart klasycznych. Babcia mi w końcu opowiedziała tę historię. Jak to ludzie poszli do księdza, powiedzieli mu, ten zaprowadził prababcię do kościoła, kazał uklęknąć, przysięgać przed krzyżem, że nigdy więcej kart do ręki nie weźmie. Przysięgła i już nigdy nie wzięła.
– A pani rodzice to czym się zajmują?
– Ojciec jest stolarzem, mama z wykształcenia magister inżynier prowadzi agencję nieruchomości. I ja też miałam etap, że normalnie pracowałam. Jak każdy biały człowiek, jak to się mówi. Ciężko, po dwanaście godzin. W gastronomii. Zaczynałam jako kelnerka, potem byłam menadżerką w restauracji, a potem w restauracji i w klubie. To był jeden z najpiękniejszych okresów w moim życiu. Tylko ciężko było. A jednocześnie zgłębiałam wiedzę ezoteryczną. Aż przyszedł moment… Wie pan, praca w gastronomii wykańcza. Siada kręgosłup, kolana. Miałam już tego dosyć. To właśnie wtedy postawiłam wszystko na jedną kartę. Miałam wówczas partnera i pięcioletnie dziecko, ale on wiedział, że jestem zmęczona, zrozumiał to, zaakceptował. Najpierw wróżyłam po koleżankach, znajomych, przy okazji się ucząc; każdy tak zaczyna. A potem się zarejestrowałam na jednym z internetowych portali ezoterycznych. I pomału zdobywałam klientelę. Bo się sprawdzały te moje wróżby.
– Rozumiem, że na początku to w ogóle trzeba było zarejestrować działalność gospodarczą?
– Nie, no gdzie, na Boga! Zarejestrowałam się na portalu ezoterycznym, gdzie mi wystawili umowę o dzieło. Tam odbierałam telefony, te siedemsetki, czy esemesy i wróżyłam.
– Ktoś wcześniej jakoś panią sprawdził?
– No, pytali, z czego wróżę, ile czasu wróżę, więc można powiedzieć, że tak.
– A w sumie na czym polega to bycie wróżką? – pytam, biorąc łyk tego naparu, który mi przyrządziła.
– No, jak to na czym?! Człowiek się zaczyna rozwijać duchowo, gałęzi ezoterycznych jest kilkadziesiąt, każdy w końcu musi się określić. Jak zaczynałam, byłam przekonana, że będę kładła tarota, a dziś go nie dotykam. Natomiast jeśli chodzi o karty klasyczne, to jak tylko je wzięłam, powiedziałam: „Fuj”. Ale jak już je rozłożyłam, jak mi weszły w rękę, tak nigdy z niej nie zeszły. Idę więc drogą kartomancji.
– Kartomancji?!
– Wróżenia z kart, po prostu. A są osoby, które idą na przykład w jasnowidzenie. Rozwijanie intuicji. Bo można się urodzić z darem, ale można też go wypracować, otworzyć czakrę trzeciego oka. Absolutnie nie wyobrażam sobie być jasnowidzem. Dla mnie to jest okropne. Bo ja też miewam wizje, ale się poblokowałam, ja tego nie chcę.
– Żeby wróżyć, musi się pani wprowadzić w jakiś specjalny nastrój?
– Muszę być wypoczęta, nie mogę być zdenerwowana i nie mogę być na kacu. Karty po prostu wyciągają energię, więc do wróżenia są potrzebne spokój i naładowane baterie.
– A te wizje, które pani miewa?
– Jak na przykład poznaję kogoś, jakiegoś człowieka, to mi się czasem pojawia napis.
– Nad jego głową?
– Trudno to opisać… W czasie rozmowy taki jakby napis w 3D mi się wyświetla. Znaczy widzę pana, ale też ten napis, jedno, dwa słowa, rozumie pan?
– Nie bardzo.
– Kiedyś na przykład poznałam człowieka, zaczynamy rozmawiać, może z minutę, i nagle taki właśnie napis, pewnie mnie pan wyśmieje…
– Proszę się nie obawiać.
– To się pojawia w myślach, naprawdę trudno to określić, że on jest alkoholikiem. A po kilku minutach on już sam z siebie mi to powiedział.
– Że demony istnieją, to ja wiem – mówi wróżka Oriana w odpowiedzi na pytanie, co tu jest kwestią wiary.
– Spotkała pani?
– Miałam na przykład klientkę, która była opętana. Zresztą demona na własne oczy też widziałam, nie raz, nie dwa.
– Jak wygląda?
– Tego się nie da opisać.
– Przyszła ta klientka i co?
– Od razu wiedziałam, że z nią jest coś nie tak. Bo kładłam jej karty i nie mogłam. Czułam się źle. Aż mi się niedobrze zrobiło. Słabo. Poty jakieś. Mówię: „Dziewczyno, co z tobą?”. A ona, że jest świeżo po egzorcyzmie. „I ty do wróżki przyszłaś? Ty się puknij w głowę!”, strasznie się zdenerwowałam. „Zasuwaj z powrotem, bo tobie ten jeden egzorcyzm nie pomógł”.
– A to nie można po egzorcyzmie do wróżki?
– Osoby, które są opętane, i te, które mają problemy psychiczne, nie powinny sobie kłaść kart. W
każdym razie ja zawsze odmawiam. Bo z tego są kłopoty. Coś sobie ubzdurają, włożą do głowy słowa, których nigdy nie wypowiedziałam, a potem dzwonią, przyjeżdżają. Nie wiem czemu, ale do mnie schizofreników dużo pisze.
– A tego demona naprawdę pani widziała?
– Tak, pojawił się na ścianie jako ciemna plama w kapturze bez twarzy.
– Tutaj?
– Nie, tu jest czysto, ostatnio czyściłam, z koleżanką wiedźmą. W innym mieszkaniu.
– I co pani zrobiła, jak zobaczyła tego demona?
– No co miałam zrobić, przeraziłam się, a potem zaczęłam się modlić. Bo to tylko modlitwą. Ojcze nasz, Zdrowaś, Mario…. Mam też specjalną na to modlitwę, bardzo silną, do archanioła Michaela z Wielkiej księgi aniołów. Zaraz panu pokażę. – Bierze leżącą na półce białą kopertę, wyciąga z niej kartkę. – Proszę zobaczyć.
– „Święty, Święty, Święty. Pan Bóg Zastępów. Pełne są niebiosa i ziemia chwały Twojej. Hosanna na wysokości. Błogosławiony, który idzie w imię Pańskie…”, to jest to? – pytam, wróżka potakuje, więc czytam dalej. – „Niech będzie pozdrowiony wielki książę niebiańskiego wojska archanioł Michael, ustanowiony przez Boga na wodza armii, któremu jest dana siła, by walczyć ze złem i złu się sprzeciwiać…” – Wróżka zamyka oczy. – „Poprzez święte imię El Szaddaj, wzywam Cię, broń mnie…”, a ja to w ogóle tak mogę czytać czy to też zaraz jakoś zadziała?
– Jak jest tu jakiś demon, to zadziała.
– „Poprzez święte imię Adonai, wzywam cię, osłoń mnie. Poprzez święte imię Pana Zastępów, wzywam cię, walcz o mnie. Bo ty jesteś ten, któremu zaufałem, w tobie położyłem wszelkie nadzieje…”. No dobrze, a teraz…
– Co?! Niech pan czyta do końca!
– Ale…
– Nie ma: „Ale!”. Zaczął, trzeba skończyć!
– „Wielkie i święte jest imię Pana, ten, kto w jego imieniu prosi, dostanie, i dla jego imienia prośba będzie wysłuchana. Amen”. A dlaczego to trzeba skończyć?
– Bo często jest tak, że jak jest jakiś, nie mówię od razu demon, bo demony to są naprawdę potężne sprawy, ale takie właśnie ścierwo energetyczne, to klienci nie są w stanie tego doczytać do końca.
– Oczy im się wywracają, zaczynają rzęzić…
– Nie, no po prostu przerywają i nie mogą. Robi im się niedobrze. Słabo. Zaczynają się trząść. A co pan myślał! – Wróżka Oriana się śmieje. – Wszystkim się zdaje, że wróżka to ma high life. Przyjdzie, popieprzy, weźmie dwie stówy i już. My naprawdę ciężko pracujemy. My musimy wejść w energię życia klienta, poczuć wszystko to, co on czuje. Przyjmuję jednego, dwóch klientów dziennie, niech pan pomyśli, ile to historii. Ile problemów. Bo do nas nie przychodzą szczęśliwi ludzie; mam jedną klientkę, na tyle lat, która przychodzi ze mną pogadać, bo mnie po prostu lubi. A tak to są sprawy związane z dramatami życiowymi: ze śmiercią, z rozwodem…
– A konkretniej?
– Czy wygram sprawę? Czy mi zostawi mieszkanie? Co z pieniędzmi? Czy mi się uda? Czy matka wyzdrowieje? W jaki sposób naprawdę zmarła jakaś tam osoba? Czy zostanie znaleziony winny?
Stówa za pół godziny, dwieście za godzinę, takie stawki ma wróżka Oriana. I to bez względu na to, czy spotkanie odbywa się osobiście czy przez telefon. Wróży też przez Facebooka oraz maila. Tam stawki są ruchome.
– Wszystko zależy od pytania. Jak proste, to za jeden rozkład kart mogę wziąć trzydzieści złotych. Ale są też kwestie złożone, za które biorę dwieście pięćdziesiąt. Na przykład za pełną analizę partnerską plus rozkład na każdy miesiąc do końca roku.
– A co to jest ta pełna analiza partnerska?
– Na przykład pani poznała pana i chciałaby wiedzieć, czy w ogóle jest sens w to wchodzić. Bo kobiety, wiadomo, są poranione. Związki się zaczynają, a potem są rozwody, dramaty, dzielenie majątku. Z ludzi, jak się rozstają, wychodzą najobrzydliwsze rzeczy, proszę pana. Powstaje więc pytanie, czy jest sens znowu się angażować, czy to jest ten i tak dalej.
– I wtedy?
– Biorę datę urodzenia tej pani oraz tego pana, sprawdzam ich numerologicznie. Jak się do siebie mają. A potem zodiakalnie. I wreszcie rozkładam karty, sprawdzam, jakie są ich uczucia głębokie, prawdziwe z duszy. A potem patrzę, jaka jest prognoza. Bo ja zawsze mówię, że karty nie są wyrocznią. Nie są Bogiem. Tylko Bóg wie, co będzie. Karty są prognozą. I jeżeli pokazują jakieś trudne rzeczy, to nie po to, żeby człowiek je przeżył. Jak człowiek idzie i widzi kałużę, to może ją obejść. A jak nie widzi, to w nią wejdzie: karty otwierają oczy. Oczywiście pewne rzeczy są zapisane, muszą się wydarzyć, bo taki jest plan konkretnej duszy. Ale to, w jaki sposób człowiek do nich dojdzie, to już zależy od niego.
– Ludzie myślą, że jak przyjdą do wróżki, to dostaną błękitną pigułkę na całe zło tego świata – mówi wróżka Oriana. – Że im powiem, co mają robić. I jest zaskoczenie, bo ja nie każę, tylko rozmawiam. Sprawdzam prognozy i co najwyżej wskazuję kierunek. Ja widzę ból tego człowieka. Co robi źle, co dobrze, i mu tłumaczę jak krowie na rowie. Mam na przykład klientkę, która się pyta, dlaczego cały czas ściąga nie takich facetów. No to mówię: „Dziewczyno, a w jakim środowisku się obracasz? Kogo ty szukasz?” – absolutnie jej nie oceniam i nie generalizuję, ale jeżeli ona szuka chłopaka na dziwacznych forach, w internecie, na Facebooku i wybiera samych wielkich, wytatuowanych mięśniaków z łysymi głowami, co jeżdżą superfurami, a sama jest plastikową bananową blondyneczką, no to hola, hola, dziewczyno, przecież to gołym okiem widać, w którą ty zmierzasz stronę. Tu nie trzeba kart, żeby przewidzieć finał! Tak z nimi rozmawiam.
– A jak ktoś chciałby wiedzieć, czy będzie bogaty?
– To rozkładam karty i przede wszystkim patrzę, czy musi wypracować te pieniądze, czy coś mu z nieba spadnie, czy w ogóle będzie bieda do końca życia.
– Ale przecież jak pani mu powie, że spadną z nieba, to on się może tym zasugerować, zostawić pracę i już nic, tylko czekać.
– Nie, nie, to w ogóle tak nie działa. Ja, wbrew pozorom, jestem wróżką bardzo twardo stąpającą po ziemi. Jeżeli więc ktoś pyta, kiedy znajdzie nową pracę, i mi wychodzi w kartach, że na przykład za trzy miesiące, to mówię: „Tylko ty nie czekaj, Ziutek. Nie myśl, że przyjdzie pan prezes, zapuka do drzwi. Ty masz od dziś aktywnie zacząć szukać pracy! Wysyłać CV!”. I jeszcze w kartach sprawdzam, czy on ma tej pracy szukać raczej po znajomości czy przez ogłoszenia. I tu nie ma przebacz. Że będziesz siedział przez trzy miesiące na dupie i ostatniego dnia ci ta praca spadnie. Nie! Masz wysyłać, szukać, szkolić się i wtedy za trzy miesiące będziesz miał fantastyczną pracę.
– A jak on tego nie zrobi?
– To nie będzie! A co spada z nieba?
– Spadki.
– Mam taką historię. Pracowałam wówczas w telewizji, zadzwoniła kobieta, mówi: „Pani Oriano, rok temu pani mi powiedziała, że pieniądze mi z nieba spadną, że dostanę spadek”. Tak na antenie do mnie mówiła. „Odłożyłam słuchawkę, myślę: co za debilka, jaki spadek, nie mam od kogo. No i dwa miesiące temu dostałam”. Tak że wie pan, czasem się zdarza.
– Co rodzice na to, że pani jest wróżką?
– Akceptują, bo to fajni ludzie.
– A inni?
– Ale ja się tym nie chwalę, bo to jest bardzo intrygujący zawód. Znaczy zazwyczaj są trzy opcje. Pierwsza: wyciągają rękę, dosłownie podstawiają mi ją pod twarz i mówią: „Powróż!”. Druga: „Łał, opowiadaj”. I potem cały wieczór muszę gadać o swojej pracy, co dla mnie, jak pan rozumie, wcale nie jest fajne. No i trzecia: to są PiS-owcy i katole, którzy chcieliby mnie spalić na stosie. Nawet nie ma pan pojęcia, ile razy już usłyszałam, że jestem opętana przez szatana. No, ale to oni nie mają pojęcia, że na przykład wszystkie święta katolickie to są zaadoptowane przez Kościół święta pogańskie. Bo Kościół nie mógł ich wyplenić, więc przerobił na swoje. Matki Boskiej Zielnej, to co to jest za święto?! Albo Boże Narodzenie?! Wielkanoc?! No, troszeczkę mózgu!
– Psychologowie są dla was konkurencją? – pytam.
– Jest takie powiedzenie u nas w branży: „Co ma zrobić człowiek z dramatem? Jak psycholog nie pomoże, psychiatra, ksiądz, to zostaje wróżka”.
– Ale u nas chyba najpierw idzie się do wróżki?
– Nie, no bardzo dużo ludzi chodzi do psychologów. Ja to wiem. Bo ci, co do mnie przychodzą, albo mają terapię za sobą, albo są w trakcie. I ja też często sugeruję, żeby jednak pójść na terapię, bo nie jestem przecież terapeutką. Ja pomagam słowem, kartami, natomiast jeśli są jakieś naprawdę głębokie zaburzenia, poważne problemy typu alkoholizm, narkomania, uzależnienie od partnera, przemoc domowa, syndrom Dorosłych Dzieci Alkoholików, to zawsze wysyłam na terapię. Jest sporo wróżek, które uzależniają od siebie klientów, ja tego nie robię; jak widzę, że jest problem, to mówię: „Koniec! Dość!”.
Ciekawe jest to, że ludzie przychodzący do nas bardzo często już znają odpowiedź na te pytania, które nam zadają. Bo jak im mówię, że w kartach widzę to i to, to oni wtedy: „Dokładnie tak myślałam, ale chciałam, żeby mi to ktoś potwierdził z zewnątrz”.
– Co więc ta wróżka robi, czego nie robi psycholog?
– Jak panu powiem i pan to napisze, to psycholodzy mnie zeżrą. Nie mam nic przeciwko psychologom, ale większość z nich… To zresztą tak jak z wróżkami. Są dobre, ale są też kiepskie. No więc gros psychologów rozdłubie problem, rozbabrze, a potem zostawia człowieka z tym rozpieprzonym, rozgrzebanym życiem. I to nie jest mój wymysł, tylko słowa klientów. No, a my to potem zamykamy, kończymy.
– Jak?
– Wskazując konkretnie, co trzeba zrobić.
– A miała pani kiedyś tak, że pomyślała: „Zwariowałam, jestem wróżką”?
– Owszem. Jak widziałam te demony, te różne pierdoły, wtedy się zastanawiałam, czy nie powinnam pójść do psychiatry. Ale zwołałam moje czarownice, żeby sprawdziły, czy coś jest ze mną nie tak, czy nie jestem opętana, czy coś się do mnie nie przykleiło, czy przypadkiem nie czas iść na terapię; mam grono zaufanych czarownic i my się tak pilnujemy. Jak któraś za bardzo odjeżdża, to po prostu jej mówimy. Inna sprawa, że jesteśmy w branży ewenementem. Bo tu się ludzie nie trzymają razem.
– Konkurencja?
– Ale też ego. Wróżka to taki zawód, że każdy uważa się za guru. Oczywiście nie wszyscy są tacy, ale w większości. No, a ja uważam, że w kupie siła.
– A zły urok, klątwę też potrafiłaby pani rzucić? – pytam na koniec.
– Potrafiłabym, ale tego nie robię. Nie wolno tego robić!
– Bo?
– To zależy od klątwy, ale na przykład zacząłby pan chorować. Albo straciłby pan pracę.
– Zrobiła pani kiedyś coś takiego?
– Nigdy!
– To skąd pani wie, że to działa?
– Bo działa! Naprawdę nie trzeba mieć wielkich umiejętności, żeby rzucić klątwę. To jest po prostu rzucone złe słowo.
– „Ażeby cię posrało!”?
– Tak, to wystarczy. Energia słowa jest bardzo silna, ludzie nie zdają sobie z tego sprawy. Nie dalej jak tydzień temu jedna z moich klientek powiedziała mi o klątwie rzuconej w taki sposób, że kobieta tak nienawidziła drugiej, że jej pożyczyła: „Żeby umarło ci wszystko, co kochasz najbardziej”. W efekcie jakiś czas później zmarło jej dziecko.
– No, ale przecież Kaczyńskiemu tyle osób źle życzy i nic.
– Przyjdzie karma i do niego. Jak wybrali prezydenta Dudę, udzieliłam wywiadu dla TVP Info. Tutaj, w tym mieszkaniu. Pytali o przyszłość, co się będzie działo, jakie nastąpią zmiany. Bo ja się nie boję tematu polityki. Siedzieli chyba ze dwie godziny, powiedziałam, że będzie jakaś ustawa dotycząca kobiet i dzieci. Teraz już wiem, że antyaborcyjna. Powiedziałam, że ludzie będą wychodzić na ulice, że krew się poleje.
– Wciąż na szczęście się nie polała.
– Ale się poleje, wspomni pan moje słowa. Wie pan, ile z tego wyemitowali? Pół minuty. I nie pokazali nic z tych złych, ciężkich rzeczy, które im opowiedziałam. Pytali mnie też o Dudę i wtedy ja, że go nie widzę. „On jest, ale go nie ma. Jak duch. Jak ryba, która pływa w wodzie”. Wtedy nie rozumiałam, dlaczego tak to w kartach widzę, no i się okazało: marionetka!
Umówiłem się z wróżką Orianą, że jeszcze raz do niej przyjdę, ale już jako klient, na karty.
Gdy wychodziłem, sama z siebie zaproponowała, że jak będzie organizować sabat, a robi to regularnie, to mnie zaprosi. Dostałem też numer telefonu do jasnowidza Pawła oraz do wróżki Barbary, która jest ponoć wróżką szczególną.
– Dlaczego?
– To już pan sam odkryje.

Z notatnika reportera, 6 sierpnia 2017 roku

Wróżka Barbara, jak każda porządna wróżka, w niedzielę nie wróży. Co nie znaczy, że nie można do niej dzwonić, żeby się umówić.
– Tylko nie na rano – mówi, gdy dzwonię. – Bo wróżki rano śpią. I nie wieczorem, bo akurat jutro wieczorem mam gości. „Rano” jest do dwunastej, „wieczór” od osiemnastej, umawiamy się na szesnastą. A jeśli chodzi o gości, to jest to grupa pań, z którymi wróżka Barbara przeprowadzi rytuał oczyszczania.
– To jest impreza komercyjna, ale zapytam i jak się zgodzą, to będzie pan mógł wpaść. Wysłałem też esemesa do jasnowidza Pawła, umówiliśmy się na spotkanie.


września 24, 2018

Wydarzenie: Spotkanie autorskie z Wiesławem Myśliwskim w Warszawie

Wydarzenie: Spotkanie autorskie z Wiesławem Myśliwskim w Warszawie


W poniedziałek 1 października o godzinie 18.00 w Teatrze Powszechnym w Warszawie odbędzie się spotkanie autorskie z Wiesławem Myśliwskim. Podczas spotkania słowo wstępne wygłosi prof. Tomasz Bocheński a fragmenty książki „Ucho Igielne” przeczyta Robert Więckiewicz.
Spotkanie poprowadzą Justyna Sobolewska i Michał Nogaś.

O książce: Ucho Igielne to poruszająca medytacja nad ludzkim losem, pamięcią i historią, zagadkowością intymnych relacji, a przede wszystkim nad tajemnicą spotkania młodości i starości. W powieści Myśliwskiego jak w lustrze odbija się kawał polskiej historii ze wszystkim, co w niej dramatyczne, bolesne, przemilczane i niewypowiedziane. Przede wszystkim jednak jest to rzecz o tym, jak upływający czas odciska piętno na ludzkim doświadczaniu siebie i świata. Piękna, głęboka literatura, w której przenikliwość obserwacji i swoista czułość wobec człowieka splatają się z wymiarem symbolicznym.

września 07, 2018

News: nowy program literacki w TVP Kultura niemal bez kobiet

News: nowy program literacki w TVP Kultura niemal bez kobiet


Z okazji setnej rocznicy odzyskania niepodległości telewizja TVP Kultura stworzyła nowy program literacki „Pojedynki stulecia”. Idea programu opiera się na starciu życiorysów, dzieł, postaw oraz pomysłów na Polskę i świat bardziej i mniej wybitnych polskich autorów XX wieku. W każdym odcinku skonfrontowanych zostaje dwóch twórców. Na ich temat wypowiadają się zaproszeni do studia goście - historycy, kulturoznawcy, pisarze, reżyserzy, aktorzy i socjolodzy. Specjalnie nie używam żeńskich końcówek, bowiem kobiety zostały z programu praktycznie wykluczone.

Pierwszy odcinek miał przybliżyć Henryka Sienkiewicza i Stefana Żeromskiego. O pisarzach wypowiadali się: reżyser i scenarzysta Krzysztof Zanussi, dr Łukasz Jasina – historyk i filmoznawca, Jakub Majmurek – filmoznawca i publicysta związany z „Krytyką Polityczną”, dr hab. Marcin Napiórkowski – semiotyk kultury, Michał Szułdrzyński – redaktor „Rzeczpospolitej Plus Minus”, L.U.C. – muzyk, tekściarz i producent, Tomasz Grzywaczewski – reporter, pisarz i podróżnik, dr Adam Ostolski – socjolog i publicysta, dr Mikołaj Mirowski – historyk i publicysta związany z Muzeum Historii Polski, Marcel Woźniak – pisarz, autor biografii Leopolda Tyrmanda oraz jedna kobieta: Jadwiga Staniszkis – socjolożka (która zresztą sama nie użyłaby żeńskie końcówki). 

Jedna kobieta i dziesięciu mężczyzn. Wyglądało to bardzo źle i mam nadzieję, że w następnych odcinkach wśród gości proporcje płci się zmienią, bo oczywiście nie wynikają one z braku ekspertek.
Poza właściwie całkowitym brakiem kobiet w programie nie do końca przekonuje mnie idea pojedynku. Miałam też wrażenie, że ciekawe i pogłębione komentarze gości są ucinane na rzecz tych bardziej efektownych (czy też efekciarskich). Naprawdę chciałabym wiedzieć więcej o tym, co myśli na temat twórców Jakub Majmurek, któremu nie pozwolono dokończyć ani jednej wypowiedzi.

Pierwszy odcinek można zobaczyć na VOD pod linkiem >>


Kolejny odcinek zostanie wyemitowany w TVP Kultura 13 września o godz. 23:05. Bohaterami będą wówczas Tadeusz Dołęga-Mostowicz i Witold Gombrowicz.

W kolejnych odcinkach również będzie „po męsku”. Bohater(k)ami „Pojedynków stulecia” będą: Marek Hłasko i Leopold Tyrmand, Karol Wojtyła i Leszek Kołakowski, Władysław Reymont i Antoni Słonimski, Władysław Broniewski i Julian Tuwim, Tadeusz Konwicki i Jarosław Iwaszkiewicz, Gustaw Herling–Grudziński i Leon Kruczkowski, Marek Nowakowski i Roman Bratny, Melchior Wańkowicz i Miron Białoszewski, Zbigniew Herbert i Czesław Miłosz, Agnieszka Osiecka i Jacek Kaczmarski, Krzysztof Kamil Baczyński i Zuzanna Ginczanka, Tadeusz Borowski i Zofia Kossak–Szczucka, Stefan Kisielewski i Ryszard Kapuściński, Aleksander Wat i Stanisław Cat–Mackiewicz, Maria Janion i Jarosław Marek Rymkiewicz. 

Podsumowując, jest Karol Wojtyła, ale nie ma Wisławy Szymborskiej. Brawo TVP Kultura!


lipca 08, 2018

Powieść: Rdza

Powieść: Rdza

„Rdza” to powieść wciągająca, poruszająca, ciekawa i napisana z pomysłem. Krytycy stawiają wobec niej zarzut czułostkowości oraz oferowania zbyt łatwych wzruszeń. Zgadzam się, że nagromadzenie nieszczęść jest naprawdę duże, ale mimo to, dla mnie ta książka jest po prostu bardzo dobra.

W „Rdzy” Jakub Małecki przeplata ze sobą dwie opowieści  - współczesną i historyczną. Poznajemy losy dwóch bohaterów. Gdy słyszymy o nich po raz pierwszy, oboje są dziećmi. Szymek ma siedem lat  kiedy jego rodzice giną w drodze z koncertu. Tośka, jako kilkuletnia dziewczynka, poznaje czym jest wojna. Oboje zostają naznaczeni przez tragedie a śmierć i nieszczęście stają się nieodłącznym elementem ich życia.

Dużo w tej książce fatalizmu, ludzkiego cierpienia i tęsknoty ale jeszcze więcej prób poradzenia sobie z własnym życiem. Bohaterowie Małeckiego wciąż muszą mierzyć się z kolejnymi stratami. Prędzej czy później życie staje się dla nich nie do wytrzymania. Pragną więc uciec. Czasem porzucając swoje miasto. Czasem cały kraj. Czasem życie.

Choć los wszystkich bohaterów Małeckiego jest tragiczny, każdy z nich jest inny i poruszający. Żaden z bohaterów nie jest przypadkowy, czy zbędny. A łączy ich ze sobą znacznie więcej, niż moglibyśmy początkowo przypuszczać. Odkrywanie ich relacji, historii i tajemnic sprawia, że od książki naprawdę trudno się oderwać. A później trudno o niej zapomnieć.


„Rdza”, Jakub Małecki, Sine Qua Non 2017

czerwca 25, 2018

5 pytań do reporterki: Małgorzata Purzyńska

5 pytań do reporterki:  Małgorzata Purzyńska

 Fot. Włodek Pawłow

Pamiętasz książkę, przy której lekturze po raz pierwszy w życiu zawaliłaś noc?
Może to była „Wyspa złoczyńców”, którą mi przyniósł tata, gdy leżałam chora w łóżku? A może „Siódme wtajemniczenie”? Przeczytałam je niezliczoną ilość razy. Najprawdopodobniej była to jednak książka, którą znalazłam w starej, ogromnej żeliwnej miednicy. Któregoś lata pojechaliśmy całą rodziną na wczasy do Kołobrzegu. W naszym ciemnym i ciasnym pokoju (kwatery prywatne nastawione na wyzysk człowieka pracy) stały cztery tapczany i szafa, a na niej miska. Zajrzałam do środka. Leżała tam książka o pożółkłych kartkach. Brakowało okładki, początku i końca. To były baśnie. Główna bohaterka jeździła na wrotkach, owijała się w sieć rybacką i rozwiązywała zagadki. Jak mantrę powtarzała następujące zdanie: ranek jest mądrzejszy od wieczora. Mam ten blok kartek w szpargałach. Nigdy nie próbowałam ustalić, kto jest jej autorem. I niech pozostanie to dla mnie tajemnicą.

Więcej czytasz zawodowo czy hobbystycznie?
Zaczęłam czytać bardzo dużo, gdy miałam dziesięć lat. Moja wypożyczalnia mieściła się w starej synagodze, więc spacer do biblioteki, to była podróż w kilku wymiarach – do dziwnego budynku i do świata opowieści. Czytałam książki przygodowe, popularno-naukowe i biografie. Któregoś roku przeczytałam dwieście książek. Przez ostatnich kilkanaście lat czytałam głównie książki reporterskie. Ciekawiło mnie, jak ludzie opisują świat. Czasem tylko ściągnęłam z półki tomik wierszy.
Myślę, że poszukiwania formalne w reportażu, eksperymenty, przekraczanie granic gatunkowych, to ciekawy trop i kibicuję wszystkim kolegom, którzy to robią. Z zainteresowaniem czytam dysputy wokół prawdy w reportażu. Myślę, że fakty są ważne, najważniejsze, ale to, co wydobędziemy z czeluści, jakie światło skierujemy na te fakty, rozłożymy akcenty, które szczegóły wydobędziemy, ma zasadniczy wpływ na odbiór tekstu. Ważne jest to, by temat był ważny społecznie, rezonował, ale ja nie mam odpowiedniego temperamentu do takiej pracy. Uważam, że nie należy robić niczego wbrew sobie. Czułam, że reportaż to dla mnie za mało, że coś mnie uwiera. Zapisałam się na studia podyplomowe na polonistyce. Dostałam długą listę lektur i tak się przymusiłam, całkiem świadomie do czytania. Aby pisać dobrze, trzeba też czytać inne rzeczy, poezję, prozę, nawet te książki, z którymi nie jest nam po drodze, których nie lubimy, nie rozumiemy. Dlatego uważam, że przymusy czy snobizmy nie są złe. Kupujemy i czytamy (lub staramy się czytać) Ulissesa czy encyklopedię gadów – i wtedy jakieś zdanie, słowo, okładka, rozmowa o książce – otwierają nas.

Czy praca w wydawnictwie wpłynęła na sposób, w jaki myślisz o swoich książkach – zarówno tych już napisanych jak i tych, dopiero w sferze pomysłów?
Wiem, że książka jest zarówno wytworem myśli, serca, jak i produktem. A czy to ma wpływ na to, jak podchodzę do pisania? Nie. Piszę, tak, by czytelnicy nie męczyli się, biorąc moją książkę do ręki. Buduję sceny, a nie ględzę. W zdaniu ważny jest dla mnie rytm, melodia języka. Redagując tekst, zadaję sobie pytanie: o czym to jest – to zdanie, ten akapit, ten rozdział, ta książka? Jak uważam, że coś jest niepotrzebne – kosz! (nauczyłam się tego od Maćka Dyrygasa, świetnego filmowca i dokumentalisty). Ale zbieram tak dużo materiałów, że z katalogu „śmieci” wysypują mi się na biurko.
Uważam, że pisząc (również reportaż, czy w ogóle literaturę faktu), trzeba być szczerym wobec siebie, iść za głosem wewnętrznym i dbać o niego. Nie pisać zdań, które ładnie brzmią, ale są fałszywe dla nas. Piszę o tym, co mnie dotyczy lub interesuje. Gdy chciałam dowiedzieć się czegoś o rozmawianiu z ludźmi, poszłam do Teresy Torańskej, mistrzyni wywiadu. Tadeusza Rolke, prekursora polskiej fotografii reportażowej, emablowałam o to, jak fotografować, ale i o to, jak żyć. Pokazałam jego długie, barwne życie na szerokim tle XX-wiecznej historii Polski. Z tych rozmów powstały książki. Pierwsza cieniutka, ale bardzo pożyteczna dla dziennikarzy, druga cegła, ale szybko się ją czyta (pewnej pani zajęło to dobę) i przydatna dla osób myślących obrazem.
Teraz pracuję nad biografią Henryka Wujca, legendarnego opozycjonisty z czasów PRL oraz nad tomikiem poetyckim. Mam kilka tematów rozgrzebanych, które mnie męczą.

Jak w ogóle zaczęła się Twoja przygoda z reportażem?
Szłam Nowym Światem i zobaczyłam ogłoszenie Laboratorium Reportażu w 2004 roku. Wiele lat później zrobiłam roczny kurs w Polskiej Szkole Reportażu. Ale tak naprawdę moja przygoda z reportażem zaczęła się w dzieciństwie – od przyglądania się światu, który mnie otaczał, zabaw na podwórku z dziećmi, z których każde miało inną historię, od mojej ciekawości i pytań, które można sprowadzać do jednego: co się stało?
Czytam ogłoszenia na ścianach, napisy na murze, bilety, ścinki… Jeśli na chodniku zobaczę kartkę, podniosę ją, by zobaczyć, co jest na niej nabazgrane. Gdy Mariusz Szczygieł przyniósł na zajęcia swoje notatki (a używał kartek z odzysku, z jednej strony zadrukowanych), przeczytałam na rewersie: podatki wiosna, kanapa, jakieś imię żeńskie (chyba Jola), a przy każdej pozycji była kwota. Wiem, ile kosztowała kanapa Szczygła kupiona około roku 2013.

O czym Twoim zdaniem reporterzy i reporterki wciąż piszą za mało?
O szczęściu. To w ogóle nie jest temat na czasie.

Małgorzata Purzyńska – archeolog, dziennikarka, piarowiec, wydawca. Absolwentka Laboratorium reportażu (UW), Polskiej Szkoły Reportażu (Instytut Reportażu) oraz Szkoły mistrzów. Studium technik pisarskich (UW). Od kilkunastu lat zawodowo związana z mediami i branżą wydawniczą. Była m.in. redaktorem naczelnym magazynu „Przyjaciel Pies”, szefową Działu Marketingu w Wydawnictwie Lekarskim PZWL (grupa PWN), obecnie szefuje Działowi Publikacji w Domu Spotkań z Historią. Autorka książek „Ja, My, Oni. Teresa Torańska w rozmowie z Małgorzatą Purzyńską”, „Tadeusz Rolke. Moja namiętność”.

….

„5 pytań do reportera/reporterki” to cykl krótkich ankiet, w których reporterzy i reporterki odpowiadają na pytania, dla których punktem wyjścia są książki. Teksty ukazują się w każdy wtorek.

czerwca 11, 2018

5 pytań do reportera: Kamil Bałuk

5 pytań do reportera: Kamil Bałuk


W jakich językach czytasz książki?
Po polsku, angielsku i niderlandzku. W tych dwóch obcych językach podobnie często, zależy, jak wypadnie. Jeśli książka jest dostępna we wszystkich trzech, to raczej w oryginalnym. Oprócz tego jakieś dziesięć lat temu przeczytałem jedną książkę po szwedzku, po półrocznej intensywnej nauce w Uppsali. Dzisiaj już bym nie dał rady i nie widzę też potrzeby, szwedzki etap zakończony i dzięki temu, że średnio mi się podobał, zaczął się ten holenderski. Co do języków, to kiedyś wydawało mi się, że ich znajomość jest kluczem do wszystkiego. Wydaje mi się, że uczyłem się trochę snobistycznie. Teraz przychylam się bardziej do zdania, że to umiejętność, jak każda inna.
Najbardziej lubię czytać po polsku, bo w literaturze i w pisaniu najciekawszy jest dla mnie styl, a w swoim własnym języku wyczuwasz go najlepiej.

Czy to, w jakim języku mówisz, ma wpływ na to, o czym mówisz lub jak się zachowujesz?
Oczywiście! Historyjka: kiedy byłem młodszy, miałem idiotyczną ambicję opanowania akcentu po angielsku na poziomie native speakera i nauczenia się nowych języków do perfekcji. Chyba była w tym potrzeba wyróżniania się na tle innych, bardzo głupia i niedojrzała. Szczęśliwie, już na początku studiów pojechałem na semestr do Szwecji i poznałem ludzi ze wszystkich anglojęzycznych krajów, na czele z Australijczykami, których w tamtym czasie ledwie byłem w stanie zrozumieć. Spokorniałem. W moim akademiku pokój obok miała pewna Węgierka na Erasmusie, która od kilkunastu lat mieszkała w Anglii i nawet nie używała swojego prawdziwego imienia, zmieniła na brytyjskie. Ja po akcencie nie byłem w stanie poznać, że nie jest Brytyjką, moim zdaniem mówiła idealnie, ale wszyscy Brytyjczycy czy Amerykanie to rozpoznawali. Bardzo ją to złościło. Nauczyłem się wtedy, że nie ma sensu męczyć się przesadnie z akcentem. Lepiej pogodzić się z tym, skąd jesteśmy, znaleźć jakieś zalety. Widziałem kilkukrotnie, jak Holendrzy z Amsterdamu rozmawiając z Flamandami i rozpoznając ich akcent, przechodzili złośliwie na angielski. A przecież i ci, i ci są nejtiwami i doskonale się nawzajem mogą porozumieć, chodziło o durny manifest. To tak, jakbyśmy my przechodzili na angielski z Poznaniakami, bo mówią „tej”. To wszystko takie umowne.
Wracając do meritum, to język polski jest moim żywiołem, jedynie w nim jestem w pełni sobą. Po angielsku jestem sobą już tylko na 90%, czuję się obcięty o parę gier słownych i żartów, mniej bystro odpowiadam. Z drugiej strony bywam mniej radykalny i dłużej zastanawiam się nad tym, co mówię, co nie jest złe. Jest to jednak na dłuższą metę męczące. Mam też tak, że trudno mi naraz mówić w obcym języku i prowadzić samochód, dlatego staram się nie łączyć tych czynności. Mój mózg się wtedy przegrzewa.
Z kolei kiedy mówię po niderlandzku, jestem czasem jak małe dziecko, w dodatku sztywne i spięte. No, chyba że mój pobyt w Holandii trwa w danym momencie kilka tygodni, to przestawiam się. Na filologii byłem bardzo słabym studentem, więc dzisiaj zamiast snobować się na wyśmienitego filologa, zadowalam się tym, że jestem jednym z niewielu reporterów piszących po polsku, którzy znają w ogóle niderlandzki – to wystarczy. Na szczęście w reportażu najważniejsze, to zadawać dobre pytania, słuchać, rozumieć, dużo czytać i wyciągać wnioski, a nie paplać godzinami. Poza tym w tym byciu dzieckiem jest pewna tajna broń.


Myślisz, że gdybyś z bohaterami „Wszystkich dzieci Louisa” musiał rozmawiać po angielsku lub przez tłumacza, książka byłaby przez to inna?
Lubię cytować długie wypowiedzi. Cały rozdział z Louisem czy doktorem Karbaatem to monologi. Nie byłoby to możliwe, jeśli rozmawialibyśmy przez tłumacza. Taki rodzaj rozmowy z definicji osłabia materiał i mam nadzieję, że nie będę musiał korzystać z pomocy tłumaczy.
Choć nie musiałem, to z niektórymi bohaterami książki rozmawiałem po angielsku. Wybór języka zostawiałem rozmówcy, bo czasami o czymś trudnym łatwiej porozmawiać z obcym niż z bliskim i łatwiej w obcym języku, niż we własnym. Taka magia. Nie przesadzałbym z rolą języka – kiedyś uważałem, że reporterska rozmowa po angielsku z kimś, dla kogo nie jest to pierwszy język to coś z automatu gorszego, niż rozmawianie w języku tej osoby. Teraz tak nie uważam. I lepszy, i gorszy poziom języka może być atutem, jeśli użyjemy tego faktu na swoją korzyść i o ile nie sprawia to, że wypaczamy sens tego, co ktoś mowi. Przykładowo, doktor Karbaat nigdy by ze mną nie porozmawiał, gdybym miał idealny niderlandzki akcent, bo z holenderskimi dziennikarzami już rozmawiać nie chciał. Chciał porozmawiać z Polakiem z daleka. Inni bohaterowie tłumaczyli mi pewne rzeczy bardzo prosto i mówili wprost, żeby mieć pewność, że zrozumiem. Wierzę, że dzięki temu były to odpowiedzi bardziej szczere i nieowinięte w bawełnę.

Powiedz coś proszę o książce, nad którą teraz pracujesz
„Louis” wyszedł dopiero co w Holandii. To było wiele tygodni konsultacji z tłumaczką i redaktorem, który powiedział, że jeszcze nie miał okazji redagować tłumaczenia książki wraz z jej autorem, który by trzymał rękę na pulsie. Mieliśmy z Charlotte Pothuizen parę zagwozdek – przykładowo, w niderlandzkim nie ma słowa „kilkanaście”. Ciekawe doświadczenie, chociaż dużo dodatkowej roboty, dopisałem nawet jeden rozdział.
Wciąż pracuję nad zbiorem reportaży o współczesnej Holandii, który powstaje od dłuższego czasu, ale zanim wyjdzie, jesienią 2018 ukaże się jeszcze jedna książka, której jestem współautorem. Z Polski, a temat mi bliski, chyba bliższy niż Holandia, już się nim trochę wcześniej zajmowałem. Szczegóły niedługo.

Co planujesz przeczytać w najbliższym czasie?
Swoją umowę z wydawnictwem. Bo mam dziwne przeczucie, że jestem po dedlajnie.

Kamil Bałuk - absolwent socjologii, filologii niderlandzkiej i dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Urodzony w Hannoverze, jest z Wrocławia, mieszka w Warszawie. Reportaże publikował w „Dużym Formacie”, „Przekroju”, „Wysokich Obcasach” oraz w zbiorach książkowych „Grzech jest kobietą” i „Tutaj drzwi trzeba otwierać powoli”. Jego teksty były kilkukrotnie nominowane do Nagrody Newsweeka im. T. Torańskiej w kategorii Młody Talent. Autor książki „Wszystkie dzieci Louisa” (Dowody na Istnienie, 2017). Laureat piątej edycji Konkursu Stypendialnego im. R. Kapuścińskiego za projekt zbioru reportaży o współczesnej Holandii, nad którym obecnie pracuje. www.kamilbaluk.pl.

…..

„5 pytań do reportera/reporterki” to cykl krótkich tekstów, w których reporterzy i reporterki odpowiadają na pytania, dla których punktem wyjścia są książki. Plan jest taki, że teksty będą ukazywać się w każdy wtorek, ale zobaczymy jeszcze jak to się uda ;)

Zdjęcie Kamila: Filip Skrońc

czerwca 10, 2018

A ja żem jej powiedziała

A ja żem jej powiedziała


Pozornie wszystko zaczęło się śmiechu. Od śmiesznych filmików, które Katarzyna Nosowska zaczęła wrzucać na Instagrama. O celebrytach, nadwadze, związkach. Tak naprawdę zaczęło się jednak od rzeczy trudnych i od potrzeby rozweselenia samej siebie. Później okazało się, że Nosowska rozwesela także innych. Przynajmniej na Instagramie.

Krótkie teksty, które znamy ze wspomnianych filmików, w książce „A ja żem jej powiedziała” są jedynie punktem wyjścia do większych historii, refleksji, a często także porad. Niestety, Nosowska postanowiła wczuć się w mentorkę. Do tego opowiedziała o sobie znacznie więcej, niż wielbiciele i wielbicielki śmiesznych anegdot mogliby się spodziewać. I pokazała znacznie więcej, niż fani i fanki mogą udźwignąć. Całość, niestety, wcale nie jest powodem do śmiechu.

W książce znajdziemy informacje o tym, jak w ogóle doszło do tego, że Nosowska zaczęła śpiewać. I tu jest nawet dość ironicznie i kpiarsko.  Ale są też historie bardzo osobiste i dotyczące rzeczy naprawdę ważnych. Nosowska porusza temat zaniżonej samooceny i braku poczucia własnej wartości. Wpływu, jaki miał na ten stan jej tata. Pisze o przemocy fizycznej ze strony partnera. O lęku przed zdradą i o zdradzie. O braku zaufania i miłości do samej siebie. To ważne kwestie, ale postawa Nosowskiej i jej poglądy są w wielu miejscach zwyczajnie nie do zaakceptowania. Wystarczy chyba przywołać powtarzające się stwierdzenie "Jak suka nie da to pies nie weźmie". Trudno po czymś takim ponownie spojrzeć na Nosowską przychylnym okiem. A szkoda.







Pisząc o tej akurat książce trudno chociaż nie wspomnieć jej trony wizualnej. „A ja żem jej powiedziała” wręcz kipi od rozmaitych ilustracji. Trudno oprzeć się wrażeniu, że z maleńkiej książeczki została w ten sposób po prostu sztucznie nadmuchana do rozmiaru pełnoprawnej książki.

Katarzyna Nosowska, „A ja żem jej powiedziała”, Wydawnictwo Wielka Litera 2018

czerwca 05, 2018

5 pytań do reporterki: Karolina Bednarz

5 pytań do reporterki: Karolina Bednarz

Ostatnio przeczytana książka, która uświadomiła Ci coś naprawdę ważnego?
Ostatnio czytam głównie literaturę piękną, bo potrzebuję odpoczynku od reportażu, chwili na oddech. Staram się jednak na bieżąco czytać reportaże, zwłaszcza na temat dyskryminacji kobiet. Dzięki nim zdaję sobie coraz bardziej sprawę, że to, o czym pisałam przez poprzednie lata, nie ma miejsca tylko w Japonii, lecz jest obecne wszędzie. Bez względu na to czy to kolekcja esejów, tak jak „Mężczyźni tłumaczą mi świat” Rebecii Solnit czy „Bad Feminist” Roxane Gay czy też reportaż-potęga o gwałtach w miasteczku uniwersyteckim (Jon Krakauer – „Missoula”), siedzę wtedy z ołówkiem w ręku i zaznaczam czasami całe strony. I dociera do mnie, że albo będziemy o tym mówić i pisać i rozmawiać – z czytelnikami, ale także ze swoimi bliskimi (choć to czasami bywa najtrudniejsze) – albo nic się nie zmieni: w Japonii, w Stanach i w Polsce.

Czego nauczyło Cię pisanie własnej książki?
Przede wszystkim tego, że byłam naiwna. Wydawało mi się, że pisanie książki to sama przyjemność. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo cały proces wysysa z człowieka energię. Że wkręcę się w to tak, że albo będę rozmawiać po kilka godzin po japońsku, a potem spędzać kolejne kilkanaście na spisywaniu notatek, albo będę siedzieć całymi dniami przy biurku, już z powrotem w Polsce, czytając dziesiątki, nie, setki książek. A potem poprawki: merytoryczne, językowe, stylistyczne, sczytywanie kolejnych wersji po korekcie, jednej, drugiej, trzeciej…
Nikt mi nie powiedział, że pisanie książki to najcięższa praca, jaką przyjdzie mi kiedykolwiek wykonać. Wydawało mi się, że moje studia były ciężkie, ale porównując to z pisaniem książki, to był momentami pikuś.
Pisanie książki nauczyło mnie bardzo wiele. Przede wszystkim pokory. Nauczyłam się walczyć ze swoim perfekcjonizmem, choć trochę, bo najchętniej pisałabym i rozszerzała wątki bez końca, aż książka nie miała by trzystu stron, tylko parę tysięcy. Wiem, że to tylko jedno spojrzenie na Japonię, moje, i że nikt nie może mi tego odebrać, nawet jeśli się to spojrzenie komuś nie podoba. I pogodziłam się z faktem, że na pewno popełniłam jakieś błędy – mimo setek godzin, które spędziłam, sprawdzając swoje notatki, bibliografię, przypisy i fakty, a po mnie zrobiła to dwójka redaktorów. Pogodziłam się z tym, że nie da się niczego zrobić w 100% idealnie, nawet jeśli mam wewnątrz siebie głos, który krzyczy: „Sprawdź jeszcze raz! Na pewno da się to zrobić lepiej!”.


Czym jest dla Ciebie Japonia?
Moim drugim domem. Albo jednym z wielu, bo nie przywiązuję się specjalnie do miejsca. Za każdym razem, kiedy wysiadam z samolotu, mówię głośno – „Tadaima!” – tak jak Japończycy, gdy wchodzą do swojego domu – „Wróciłam! Jestem!”. Momentami jej nienawidzę, a czasami jej wycinki fascynują mnie tak, że spędzam miesiące, czytając o jakichś niszowych festiwalach, rękodziele czy wycinkach z lokalnej historii.
Ale Japonia jest moją ogromną miłością. Trudną, bolesną, ale jednak miłością. Byłam nią zmęczona po pisaniu książki, po wyciąganiu na światło dzienne kolejnych bolesnych historii, po słuchaniu ich z ust bohaterek i trawieniu ich potem po swojemu. I choć nie mam w sobie na razie siły, żeby zacząć kolejny tak ogromny projekt, mimochodem w rozmowach podczas podróży pojawiają się tematy, do których chcę za jakiś czas wrócić. A z wakacji w innych krajach przywożę całe walizki książek… o Japonii. Im więcej o niej czytam, tym mniej rozumiem. Ale może to o to właśnie chodzi?

Nad czym teraz pracujesz?
Czerwiec to dla mnie mini-maraton spotkań autorskich: Łódź, Lublin, Wrocław, Poznań i Szczecin. Dlatego, choć w mojej głowie pojawiają się czasami pomysły na inne teksty, trudno mi się na razie oderwać od tematyki „Kwiatów w pudełku”. W wolnych chwilach zachęcam czytelników bloga do dyskusji o japońskiej literaturze pięknej w ramach Tajfunowego Klubu Książkowego – to moja ulubiona odskocznia od ciężkich reporterskich tematów (choć większość książek wcale do lekkich nie należy!). I powoli planuję swój sierpniowy pobyt w Japonii – obiecałam sobie i bliskim, że będę odpoczywać, ale znając mnie, to wyląduję gdzieś z notesem i dyktafonem i dam się porwać kolejnemu tematowi.

Poleć proszę lekturę na wakacje
Bardzo trudno przychodzi mi polecanie książek, bo najczęściej czytam literaturę azjatycką i to po angielsku. Największe prozatorskie zachwyty ostatnich miesięcy to nostalgiczna i epicka powieść „The Gift of Rain” malajskiego pisarza, Tan Twan Enga, szokujące opowiadania z Singapuru „Ministry of Moral Panic” Amandy Lee Koe i melancholijny zbiorek opowiadań o życiu samotnej matki w wielkiej metropolii – „The Territory of Light” Tsushimy Yūko.
Ale z plażą i piaskiem na zawsze będzie mi się kojarzyć głównie „Kobieta z wydm” Kōbō Abe. Przeczytałam ją w liceum i pamiętam, że przez długi czas śniło mi się, że tonę w piasku. Wróciłam do niej kilka lat później i spodobała mi się jeszcze bardziej. Chciałabym przeczytać ją ponownie w niedalekiej przyszłości – może uda się w te wakacje?

Karolina Bednarz (ur. 1991) – autorka książki „Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet”. Absolwentka wydziału japonistyki na Uniwersytecie Oksfordzkim, autorka bloga W krainie tajfunów, gdzie pisze głównie o Azji Wschodniej. Ukończyła Polską Szkołę Reportażu. Publikowała między innymi w „Dużym Formacie”. Finalistka konkursu o stypendium im. Ryszarda Kapuścińskiego w 2016 roku. Mieszkała i uczyła się w Japonii (m.in. na Uniwersytecie Waseda w Tokio) oraz Korei Południowej (na Uniwersytecie Sogang w Seulu).

…..

„5 pytań do reportera/reporterki” to nowy cykl krótkich tekstów, w których reporterzy i reporterki odpowiadają na pytania, dla których punktem wyjścia są książki. Plan jest taki, że teksty będą ukazywać się w każdy wtorek, ale zobaczymy jeszcze jak to się uda ;)

maja 31, 2018

2 mądre i pomysłowe książki dla dzieci, nie tylko na Dzień Dziecka

2 mądre i pomysłowe książki dla dzieci, nie tylko na Dzień Dziecka


Wydawnictwo Znak emotikon wydaje rozmaite książki, wśród których znajdziemy także te, przekazujące najmłodszym idee demokracji, otwartości, równości i tolerancji. Wyjątkowo ciekawe i mądre są dwie najnowsze pozycje, które warto zakupić nie tylko z okazji Dnia Dziecka.


„Damy, Dziewuchy i Dziewczyny. Podróże w spódnicy” Anny Dziewit-Meller, z rysunkami Joanny Rusinek
Świetna książka! Zwłaszcza przed wakacjami temat podróżujących kobiet wydaje się być szczególnie trafiony. Przyznaję, że jestem niemal bezkrytyczną wielbicielką książek, które najmłodszym czytelni(cz)kom przedstawiają sylwetki wielkich (acz zwykle zapomnianych) kobiet. Książka Dziewit-Meller robi to dodatkowo w sposób ciekawy. Pomyślana została bowiem jako magazyn podróżniczy.
W odróżnieniu więc do takich pozycji jak „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek”, gdzie historie kobiet zostały napisane w trzeciej osobie w formie bajki, tu bohaterki często same mówią o sobie. Jak przystało na magazyn, mamy bowiem felieton redaktor naczelnej, czyli Nellie Bly, która pobiła rekord „W 80 dni dookoła świata” i wspomina swoją historię. Mamy list do redakcji, który przysłała Gudridur Thorbjarnardottir - podróżniczka i odkrywczyni z X w., która pokonała Atlantyk. Do przeczytania są także m.in. wywiad Marią Czaplicką - badaczką Syberii oraz porady, których przyszłym podróżniczkom udziela Junko Tabei – pierwsza zdobywczyni Mount Everestu. Dodatkowo, dziennikarki magazynu relacjonują dla nas wydarzenia, które choć już historyczne, na nowo ożywają.  Całość uatrakcyjniają horoskopy, moda, fotoreportaż, ogłoszenia a nawet reklamy. Gdyby jeszcze było w kolorze…


„Włącz demokrację” Roberta Biedronia, z ilustracjami Marka Szymczaka
Ta książka to demo demokracji. Coś w rodzaju zwiastuna, demonstracji, pierwszej próby. Robert Biedroń wpadł bowiem na świetny pomysł, by młodym odbiorcom, zanim jeszcze staną się pełnoletni i współodpowiedzialni za kraj, trochę o tym kraju i polityce opowiedzieć. Zaproponował im prawdopodobnie najlepszy możliwy sposób, czyli grę. Tak oto czytelnicy mogą sprawdzić, na czym ta demokracja tak naprawdę polega.
Jak przystało na dobrą książkę dla młodych odbiorców, „Włącz demokrację” łączy w sobie zabawę z edukacją. Gra jest fajna, ale jej największa wartość polega na przekazywanej przed każdym z etapów wiedzy. Zanim padnie pytanie, Robert Biedroń opowiada więc o tym czym jest państwo, jakie są formy rządów, czym jest władza w ogóle, czy czym są media i kompromisy. A wszystko to w sposób przystępny, angażujący i bardzo atrakcyjny wizualnie.
Copyright © 2016 Projekt: książki , Blogger