Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Herstory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Herstory. Pokaż wszystkie posty

października 26, 2018

Rozdanie: do zgarnięcia egzemplarze książki "Księżniczka popiołu"

Rozdanie: do zgarnięcia egzemplarze książki "Księżniczka popiołu"


Wraz z wydawnictwem Zysk i S-ka mam dla Was 3 egzemplarze książki „Księżniczka popiołu” Laury Sebastian.

Oto, co trzeba zrobić, aby zdobyć jeden z nich:

1. Polubić fanpage bloga „Projekt: książki” na Facebooku: LINK >>
2. Skomentować post z recenzją książki: LINK >>

Wśród osób, które wykonają te dwa proste kroki do 31 października do północy, wybiorę trzy, których komentarze będą najciekawsze [tak, wybór jest bardzo subiektywny :-) ].

października 25, 2018

Matronat: Księżniczka popiołu

Matronat: Księżniczka popiołu


Księżniczka popiołu, Theodosia, Thora, Królowa… Wiele jest imion i tytułów, które nosi tytułowa bohaterka książki Laury Sebastian. Wiele ma też obliczy. Przy pierwszym spotkaniu wydaje się być po prostu ofiarą. Po tym, jak jej kraj został najechany, a matka zamordowana, Theo staje się trofeum okrutnego Kaisera. Przez dziesięć lat znosi nie tylko rozmaite upokorzenia, ale też bolesne chłosty. Żeby przetrwać, zamyka się w sobie, gra. Nie jest to jednak opowieść o świętej. Theo także ma krew na rękach…

Świat nie jest czarno-biały, a najważniejsze z wyborów, które musimy dokonać, rzadko są oczywiste. Dlatego życie nie jest proste. Niemal każdy dobry człowiek zrobił w nim coś złego. A zły dobrego. Nasz przeciwnik niemal nigdy nie jest wyłącznie zły. Czasem jego głównym przewinieniem jest to, że został wychowany przez człowieka z przeciwnej strony barykady. Autorka „Księżniczki popiołu” postanowiła od wszystkich tych zawiłości nie uciekać. Laura Sebastian nie serwuje nam uładzonej i przewidywalnej historyjki ani takiej bohaterki. A wszystkie szarości są moim zdaniem największym atutem jej powieści.

Theodosia urodziła się jako córka królowej, którą poddani darzyli szacunkiem i miłością. Miała to szczęście, że pierwszych sześć lat swojego życia spędziła u boku dobrej i łagodnej kobiety, w szczęściu i dostatku. Niestety, w sposób nagły i brutalny to wszystko straciła. Minęło dziesięć lat i kim się stała? Dziewczyną, która przede wszystkim chce przeżyć? Która chce odzyskać swoje królestwo czy też na rozkaz najeźdźcy jest w stanie zabić nawet własnego ojca? Jest kimś, kto słucha głosu serca czy rozsądku? Jest dobra i szczera czy kłamie jak z nut i manipuluje? Jest odważna czy przerażona? Silna czy krucha? A może to wszystko naraz?

Dziesięć lat później Theo nie jest, ale staje się. Po najtragiczniejszych wydarzeniach zaczyna powoli odzyskiwać siebie. Choć do samego końca targają nią sprzeczne emocje, coraz wyraźniej zaczyna słyszeć swój własny głos.

Do ostatniej sceny, w której mogłam oglądać Theo, nie zgadzałam się z całym mnóstwem decyzji, które podejmowała. Też tych drobnych. Na przykład o kłamstwach, które przychodziły jej z coraz większą łatwością. Jej fałszywość z jednej strony mnie od niej odrzucała, ale z drugiej, jako wynik zagubienia, przybliżała. To, co w niej najbardziej polubiłam, to właśnie jej ludzkość. Theo nie jest księżniczką z bajki. Nie jest idealna. Żaden z bohaterów taki nie jest. Każdy ma własne cele, dla osiągnięcia których zrobi wszystko. Kłamstwa i manipulacje to pestka. Ale dla większości także zabójstwo nie jest niczym wielkim.

Zabójcą, „wrogiem” i synem oprawcy jest mój ulubiony bohater – Soren. Zły i dobry jednocześnie. Chyba najprawdziwszy ze wszystkich, dlatego nie mogłabym o nim wspomnieć. On też, tak jak Theo, doznaje czegoś w rodzaju przebudzenia. Ale nie do roli – do siebie.

Najsłabsza strona książki? Jako propagatorka pokojowych rozwiązań miałam nieco dość ciągłego rozlewu krwi. Zbyt częstego wracania do zabójstw z dalszej i bliższej przeszłości. Tych, które się widziało, ale też tych, które się wykonało. Przypominania o zabójstwach, które dopiero się planuje. Być może mogłabym przymknąć na to oko, gdyby całość była bardziej rewolucyjna lub feministyczna. Ale nie była.

„Księżniczka popiołu” Laura Sebastian, Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2018

października 17, 2018

Komiks: Lżejsza od swojego cienia

Komiks: Lżejsza od swojego cienia

Każda dobra historia ma punkt zwrotny. I ta także. To moment, w którym bohaterka podejmuje decyzję o tym, że chce żyć. I o tym, że chce rysować.

„Lżejsza od swojego cienia” to bardzo osobista historia. Katie Green stworzyła graficzny pamiętnik, w którym przedstawiła swoją walkę z zaburzeniami odżywiania. Poświęciła na to pięć lat. Zapisała i zarysowała prawie 500 stron.

Opowieść Katie zaczyna się w dzieciństwie. W czasach, gdy poczucie bezpieczeństwa dawały jej drobiazgowe zasady i rytuały. Gdy spokój przynosiły symetria, liczenie i zachowywanie właściwej kolejności rzeczy. To dotyczyło także jedzenia, które musiało być odpowiednio pokrojone, poszczególne składniki dania rozdzielone, a kęsy odmierzone, policzone i we właściwym momencie popite. Ot, małe dziwactwa. Na pozór niezbyt niepokojące. Wszystko wydawało się bowiem idealne. Ciepli, kochający rodzice i cudowne dzieciństwo. Idealnie jednak nie było. A przytyki ze strony szkolnych kolegów najłatwiej było zajeść.

Katie Green niespiesznie odtwarza historię swoich najmłodszych lat i okresu dojrzewania. Jej kluczowym elementem jest, oczywiście, problem z jedzeniem. Powracające naprzemiennie motywy objadania się i głodzenia w pewnym momencie zaczynają męczyć. Jesteśmy jak w pułapce, z której nie sposób się wydostać. Robi się duszno. Chcemy uciec, przerwać koło wydarzeń. Dokładnie tak jak nasza bohaterka. Problem jednak w tym, że to niezwykle trudne…

Dzięki „Lżejszej od swojego cienia” mamy możliwość zajrzeć w serce i umysł osoby zmagającej się z problemami odżywiania. Możemy spojrzeć na nią jej własnymi oczami. Zobaczyć, jak puchnie do ogromnych rozmiarów po zjedzeniu zaledwie jednego normalnego posiłku. Możemy także zaobserwować jej kruchość i to, jak łatwo ją wykorzystać. I skrzywdzić.

Katie Green „Lżejsza od swojego cienia”, Timof Comics



września 11, 2018

5 pytań do reporterki: Iwona Szelezińska

5 pytań do reporterki: Iwona Szelezińska

Iwona Szelezińska - ukończyła filologię indyjską i animację kultury na Uniwersytecie Jagiellońskim. Od 2007 roku pracuje jako pilotka wycieczek po Turcji, Indiach i Nepalu. Publikowała m.in. w „Dużym Formacie”, „Magazynie Świątecznym” oraz w kilku magazynach podróżniczych. W 2011 roku ukończyła Polską Szkołę Reportażu. „Kopnij piłkę ponad chmury. Reportaże z Nepalu” to jej debiut książkowy. Mieszka w Warszawie, choć znaczną część roku spędza w Azji. Organizuje autorskie wyjazdy do Indii i Nepalu w ramach własnego biura podróży MIEJSCA.

Czemu właśnie filologia indyjska?
To często zadawane mi pytanie i to nie tylko teraz, przy okazji książki, tylko głównie w pracy pilota wycieczek przez turystów. W zasadzie nie potrafię na nie odpowiedzieć. Oczywiście, jako nastolatka byłam zainteresowana Indiami, ale nie pamiętam, żeby była to jakaś szczególna fascynacja. Myślę, że podjęłam taką decyzję o wyborze studiów, bo chciałam skosztować czegoś egzotycznego, co w szarej rzeczywistości Polski lat 90. będzie kolorowe i inne. Myślałam, że studiowanie o Indiach będzie pełne kadzidlanego dymu i pikantnych potraw, myliłam się. Indologia to obszerna dziedzina, a studia są bardzo wymagające i trudne. A przez to, że wyraźnie oddalone od naszej rzeczywistości, również mocno abstrakcyjne, nienamacalne, wręcz nierzeczywiste. Wielokrotnie myślałam o ich porzuceniu, ale na szczęście nie zrobiłam tego. Dopiero wyjazdy do Indii na dobre splotły mnie z tym miejscem, tymi ludźmi, tą tematyką. Jeżdżę do Indii regularnie od czternastu lat, najczęściej są to zawodowe wyjazdy, ale nie tylko, po kilka, a nawet kilkanaście razy w roku.  Lubię tam być, czuję się w Indiach bezpiecznie. Przebywając tam, mam poczucie kontaktu z czymś ważnym, pełnym życia, czymś bardzo moim. Widać, tak miało być. Z biegiem lat coraz bardziej czuję się w Indiach na właściwym miejscu.

A skąd wziął się Nepal?
Do Nepalu przywiodły mnie Indie. Nepal i Indie są blisko siebie nie tylko w sensie geograficznym, ale i kulturowym. Łączą je religia, Himalaje, kulinaria. I choć ogólny klimat może wydawać się podobny, to jednak są to przestrzenie bardzo od siebie odległe. Nepal, co oczywiste, jest znacznie  mniejszy, przez co przystępniejszy, też spokojniejszy, wręcz po wizycie w Indiach kojący. Nepalczycy i Indusi mają całkiem inną mentalność.  Mam wielu znajomych i w Indiach, i w Nepalu, ale właśnie wśród tych drugich odnalazłam przyjaciół. Mam wrażenie, że pomimo większej biedy, mniejszych perspektyw rozwojowych, większej izolacji, Nepalczycy są bardziej otwarci, nawet nowocześni i zdecydowanie bardziej podobni do nas. Łatwiej z nimi nawiązać kontakt, porozmawiać na każdy temat, nawet wyraźnie intymny. Przynajmniej ja mam takie doświadczenie. Z Indusami z reguły utyka się na jakimś tabu, co też jest ciekawe, ale utrudnia zbliżenie się obu stron.

Skoro jesteśmy przy początkach, muszę też zapytać, jak to się stało, że pilotka wycieczek została reporterką?
Praca pilota wycieczek turystycznych opiera się na kontakcie z ludźmi, nie tylko tymi, którzy przyjechali na wycieczkę i należy im rzetelnie przybliżyć realia miejsca, jakie odwiedzają, ale również z całą rzeszą ludzi w kraju realizacji imprezy turystycznej. Pracując  regularnie w tych samym miejscach, spotyka się tych samych ludzi, przewodników lokalnych, kierowców, pracowników hoteli itd. Gdy jest się otwartym na te spotkania, można się sporo od nich i o nich dowiedzieć. Nawiązać relację, stać się dla siebie wzajemnie częścią jakiegoś odcinka życia. Najbardziej w pracy pilota lubię właśnie te spotkania. Praca reportera polega natomiast na słuchaniu, też umiejętności rozmowy, a jak ma się z kim spotkać i kogo wysłuchać , to ma się już wszystko. Jedno spotkanie prowadzi do drugiego, każda rozmowa do kolejnej, pojawiają się nowe linki i zależności. Najtrudniej jest wybrać to, co najważniejsze, i trzymać się prawdy. Nie interesuje mnie gonienie za sensacją, epatowanie czyimś nieszczęściem, nie chcę niczego generalizować, posługiwać się stereotypami, wskazywać winnych. Lubię zwyczajnie rozmawiać, nie muszę mieć opinii na każdy temat, a już na pewno nie muszę, wręcz nie powinnam jej wyrażać w reportażach.


W książce "Kopnij piłkę ponad chmury. Reportaże z Nepalu" widzimy Nepal u progu zmian. Jak wygląda to „nowe”?
Nowe, które ja chciałam pokazać w książce, dotyczy odbudowy Nepalu po trzęsieniu ziemi w 2015 roku. Miałam okazję obserwować Nepalczyków w pierwszych miesiącach po tej wielkiej  katastrofie i muszę przyznać, że wszystko, co w tym czasie w Nepalu widziałam, totalnie mnie zaskoczyło. Nie było łez, żalu, oskarżania siebie nawzajem, załamywania rąk. Wręcz przeciwnie. Nepalczycy pokazali swoją siłę, aktywnie zabrali się do działania, sprzątania, burzenia, budowania od nowa, wspierali się wzajemnie, byli razem. Bardzo mi ich postawa zaimponowała.
Nowe, które chce w książce zasygnalizować, dotyczy gotowości młodych Nepalczyków do funkcjonowania w nowoczesnym świecie. A nawet nie gotowości, tylko przynależności do tego świata, bo według mnie oni już w nim funkcjonują. Są wykształceni, ambitni, otwarci na inne światy, znają języki obce, mają żywy, regularny kontakt z ludźmi z zagranicy. Równolegle żyją w bardzo tradycyjnym świecie, którego nie chcą przekreślić czy zlekceważyć. Mają szacunek do tradycji, do osób starszych, są bardzo rodzinni. Ta sytuacja wymusza ulokowanie się gdzieś pomiędzy, stanie w tzw. rozkroku. Pokolenie ludzi w moim wieku bardzo różni się od pokolenia ich rodziców, ich światy są diametralnie od siebie odmienne. Dzięki temu, że stykają się z tą innością nawet w zaciszu własnego domu, są znacznie bardziej tolerancyjni niż my, co jeszcze bardziej otwiera ich na świat.

Ta książka jest także m.in. o patriarchacie czy też, miejmy nadzieję, o jego zmierzchu. Na czym polega siła rodząca się w nepalskich kobietach?
Siła rodzi się nie tylko w nepalskich kobietach, ale i w mężczyznach, którzy potrafią wspierać swoje kobiety. Zmienia się też atmosfera i sposób społecznego funkcjonowania, modernizuje się również lokalne prawo. Kobieta nie jest już ograniczona do przestrzeni domu i wyłącznie wciskana w role wygodne dla mężczyzny. Wszystkie Nepalki, z którymi się przyjaźnię, w moim odczuciu mają takie same możliwości jak ja, są pewne siebie, aktywne zawodowo, twórcze. Inaczej sytuacja wygląda w niewykształconych wielodzietnych rodzinach, żyjących na wsi, gdzieś na rubieżach Nepalu.  Ale myślę, że tak jest nie tylko w Nepalu, ale wszędzie indziej, również w Polsce. Myślę, że nie ma społeczności, która byłaby całkowicie wolna od patriarchatu, od dominacji mężczyzny.
Moja książka nie mogłaby powstać, gdyby kobiety w Nepalu były faktycznie całkiem pozbawione głosu. Przez te lata pracy nad książką wsłuchiwałam się głównie w narracje kobiet, każda z nich miała w sobie siłę, żeby opowiedzieć swoją historię, co więcej, miała poczucie, że jej historia ma znaczenie, że jest istotna. Rozmawiały ze mną odważnie, bez przymusy, bez pruderii, bezinteresownie. A to znaczy, że mogły sobie na to pozwolić.
Tematy, jakie poruszam w książce, głównie dotyczą kobiet, ale nie wszystkie skupiają się na ich krzywdzie. Za to wszystkie bez wyjątku prezentują ich siłę. Nie patrzę na Nepal z perspektywy dyskryminacji kobiet, nie odbieram go w ten sposób. To bardzo złożone społeczeństwo, nie daję sobie prawa do opisywania go, korzystając z wytartych sloganów, bez chociażby spróbowania zgłębienia problemu. Nie odpowiada mi ślizganie się po powierzchni, rzucanie mocnymi słowami, tylko po to, żeby jaskrawiej coś opisać czy przyciągnąć więcej czytelników.  Widzę w Nepalczykach ludzi godnych i właśnie tę ich cechę starałam się w książce zaakcentować. Mam nadzieję, że mi się to udało.


września 07, 2018

News: nowy program literacki w TVP Kultura niemal bez kobiet

News: nowy program literacki w TVP Kultura niemal bez kobiet


Z okazji setnej rocznicy odzyskania niepodległości telewizja TVP Kultura stworzyła nowy program literacki „Pojedynki stulecia”. Idea programu opiera się na starciu życiorysów, dzieł, postaw oraz pomysłów na Polskę i świat bardziej i mniej wybitnych polskich autorów XX wieku. W każdym odcinku skonfrontowanych zostaje dwóch twórców. Na ich temat wypowiadają się zaproszeni do studia goście - historycy, kulturoznawcy, pisarze, reżyserzy, aktorzy i socjolodzy. Specjalnie nie używam żeńskich końcówek, bowiem kobiety zostały z programu praktycznie wykluczone.

Pierwszy odcinek miał przybliżyć Henryka Sienkiewicza i Stefana Żeromskiego. O pisarzach wypowiadali się: reżyser i scenarzysta Krzysztof Zanussi, dr Łukasz Jasina – historyk i filmoznawca, Jakub Majmurek – filmoznawca i publicysta związany z „Krytyką Polityczną”, dr hab. Marcin Napiórkowski – semiotyk kultury, Michał Szułdrzyński – redaktor „Rzeczpospolitej Plus Minus”, L.U.C. – muzyk, tekściarz i producent, Tomasz Grzywaczewski – reporter, pisarz i podróżnik, dr Adam Ostolski – socjolog i publicysta, dr Mikołaj Mirowski – historyk i publicysta związany z Muzeum Historii Polski, Marcel Woźniak – pisarz, autor biografii Leopolda Tyrmanda oraz jedna kobieta: Jadwiga Staniszkis – socjolożka (która zresztą sama nie użyłaby żeńskie końcówki). 

Jedna kobieta i dziesięciu mężczyzn. Wyglądało to bardzo źle i mam nadzieję, że w następnych odcinkach wśród gości proporcje płci się zmienią, bo oczywiście nie wynikają one z braku ekspertek.
Poza właściwie całkowitym brakiem kobiet w programie nie do końca przekonuje mnie idea pojedynku. Miałam też wrażenie, że ciekawe i pogłębione komentarze gości są ucinane na rzecz tych bardziej efektownych (czy też efekciarskich). Naprawdę chciałabym wiedzieć więcej o tym, co myśli na temat twórców Jakub Majmurek, któremu nie pozwolono dokończyć ani jednej wypowiedzi.

Pierwszy odcinek można zobaczyć na VOD pod linkiem >>


Kolejny odcinek zostanie wyemitowany w TVP Kultura 13 września o godz. 23:05. Bohaterami będą wówczas Tadeusz Dołęga-Mostowicz i Witold Gombrowicz.

W kolejnych odcinkach również będzie „po męsku”. Bohater(k)ami „Pojedynków stulecia” będą: Marek Hłasko i Leopold Tyrmand, Karol Wojtyła i Leszek Kołakowski, Władysław Reymont i Antoni Słonimski, Władysław Broniewski i Julian Tuwim, Tadeusz Konwicki i Jarosław Iwaszkiewicz, Gustaw Herling–Grudziński i Leon Kruczkowski, Marek Nowakowski i Roman Bratny, Melchior Wańkowicz i Miron Białoszewski, Zbigniew Herbert i Czesław Miłosz, Agnieszka Osiecka i Jacek Kaczmarski, Krzysztof Kamil Baczyński i Zuzanna Ginczanka, Tadeusz Borowski i Zofia Kossak–Szczucka, Stefan Kisielewski i Ryszard Kapuściński, Aleksander Wat i Stanisław Cat–Mackiewicz, Maria Janion i Jarosław Marek Rymkiewicz. 

Podsumowując, jest Karol Wojtyła, ale nie ma Wisławy Szymborskiej. Brawo TVP Kultura!


sierpnia 16, 2018

5 pytań do reporterki: Marta Madejska

5 pytań do reporterki: Marta Madejska
Fot. Zuza Brzozowska

Marta Madejska  - z wykształcenia kulturoznawczyni, z zawodu asystentka muzealna, z pasji pisarka i dziennikarka. Od 2010 roku związana ze Stowarzyszeniem Topografie, w którym zajmuje się głównie projektami dotyczącymi historii mówionej. Od 2017 roku zastępczyni redaktor naczelnej Łódzkiej Gazety Społecznej „Miasto Ł”. Pracuje w Centrum Muzeologicznym Muzeum Sztuki w Łodzi. Autorka książki „Aleja włókniarek”.

Kim są bohaterki książki „Aleja włókniarek”?
To przede wszystkim robotnice łódzkiego przemysłu włókienniczego, popularnie nazywane włókniarkami. To bohaterki „masowe”, często nie jestem w stanie ustalić konkretnych imion i nazwisk, ale patrzę na nie jak na część ogromnej fali kobiet, która pojawiała się w tym przemyśle na całym świecie.
W książce zmieściły się także osoby, które walczyły o prawa wyborcze kobiet na początku XX wieku, inspektorki pracy z II Rzeczpospolitej, przodownice wyścigu pracy oraz polityczki okresu PRL, działaczki opozycji, a także emerytowane dziś włókniarki i inżynierki włókiennictwa, które zgodziły się ze mną porozmawiać i opowiedzieć o swoim życiu i pracy.

Skąd taki temat?
Wszystko zaczęło się od tego, że  dwanaście lat temu sprowadziłam się do Łodzi na studia. Poznałam ludzi fascynujących się wyjątkową historią miasta i bardzo chciałam ją zrozumieć. Szybko okazało się, że ta historia jest nierozerwalnie związana z historią kobiet-włókniarek, pomyślałam więc, że dobrze by było opowiedzieć ją właśnie z ich perspektywy.

Ich praca wywołała rewolucję obyczajową. Dlaczego do tej pory nikt o nich nie pisał?
To nieprawda, że nikt w ogóle o tym nie pisał. Nie był to jednak popularny temat dla książek reportażowych czy powieści, więc większość informacji można dziś znaleźć tylko w naukowych opracowaniach, które niestety nie są szeroko znane i nie mają przebicia do obowiązujących dziś podręczników historii. Niestety, bo kiedy patrzymy na historię z tej perspektywy, to naprawdę możemy wiele więcej zrozumieć na temat otaczającej nas rzeczywistości, Łodzi, kraju, nas samych.

Jakim miastem była Łódź ich młodości?
Opowieść zawarta w książce snuje się przez około dwa wieki, więc nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie. Jeżeli istnieje tu jakiś element wspólny pomiędzy Łodzią z czasów młodości XIX-wiecznych robotnic i włókniarek z pokolenia naszych babć, to to, że było to miasto, w którym wciąż jeszcze działał przemysł. Przemysł często zanieczyszczał środowisko i stwarzał bardzo trudne warunki pracy, ale dawał zatrudnienie i zarobek, wokół niego wytwarzały się lokalne wspólnoty.

Czy finalnie znalazły w niej szczęście?
A czym jest szczęście? To bardzo trudne pytanie, bo każda osoba inaczej definiuje to w życiu i inaczej ocenia swoje życie u jego kresu niż w momencie kiedy będzie o to pytana po całym dniu spędzonym w fabrycznej pracy, pośród pyłu przędzalniczego albo hałaśliwych krosien. Jedne z nich lubiły swoją pracę, mimo że była bardzo ciężka, inne nie. Jednym udało się ułożyć sobie życie, innym nie. Jedne z nich były szczęśliwe, inne nie. Tak jak my dzisiaj.


lipca 13, 2018

News: Jest zwiastun filmu biograficznego o Sidonie-Gabrielle Colette

News: Jest zwiastun filmu biograficznego o Sidonie-Gabrielle Colette
W sieci pojawił się już zwiastun filmu biograficznego „Colette” - oczywiście o francuskiej pisarce Sidonie-Gabrielle Colette. W tytułową bohaterkę wciela się Keira Knightley.

Światowa premiera filmu odbędzie się na 21 września.

czerwca 10, 2018

A ja żem jej powiedziała

A ja żem jej powiedziała


Pozornie wszystko zaczęło się śmiechu. Od śmiesznych filmików, które Katarzyna Nosowska zaczęła wrzucać na Instagrama. O celebrytach, nadwadze, związkach. Tak naprawdę zaczęło się jednak od rzeczy trudnych i od potrzeby rozweselenia samej siebie. Później okazało się, że Nosowska rozwesela także innych. Przynajmniej na Instagramie.

Krótkie teksty, które znamy ze wspomnianych filmików, w książce „A ja żem jej powiedziała” są jedynie punktem wyjścia do większych historii, refleksji, a często także porad. Niestety, Nosowska postanowiła wczuć się w mentorkę. Do tego opowiedziała o sobie znacznie więcej, niż wielbiciele i wielbicielki śmiesznych anegdot mogliby się spodziewać. I pokazała znacznie więcej, niż fani i fanki mogą udźwignąć. Całość, niestety, wcale nie jest powodem do śmiechu.

W książce znajdziemy informacje o tym, jak w ogóle doszło do tego, że Nosowska zaczęła śpiewać. I tu jest nawet dość ironicznie i kpiarsko.  Ale są też historie bardzo osobiste i dotyczące rzeczy naprawdę ważnych. Nosowska porusza temat zaniżonej samooceny i braku poczucia własnej wartości. Wpływu, jaki miał na ten stan jej tata. Pisze o przemocy fizycznej ze strony partnera. O lęku przed zdradą i o zdradzie. O braku zaufania i miłości do samej siebie. To ważne kwestie, ale postawa Nosowskiej i jej poglądy są w wielu miejscach zwyczajnie nie do zaakceptowania. Wystarczy chyba przywołać powtarzające się stwierdzenie "Jak suka nie da to pies nie weźmie". Trudno po czymś takim ponownie spojrzeć na Nosowską przychylnym okiem. A szkoda.







Pisząc o tej akurat książce trudno chociaż nie wspomnieć jej trony wizualnej. „A ja żem jej powiedziała” wręcz kipi od rozmaitych ilustracji. Trudno oprzeć się wrażeniu, że z maleńkiej książeczki została w ten sposób po prostu sztucznie nadmuchana do rozmiaru pełnoprawnej książki.

Katarzyna Nosowska, „A ja żem jej powiedziała”, Wydawnictwo Wielka Litera 2018

czerwca 03, 2018

Powieść: Moja najdroższa

Powieść: Moja najdroższa


„Moja najdroższa”, „kruszynko” – tak zwraca się do swojej córki Martin, ojciec, który rano smaży jej naleśniki i odprowadza na autobus do szkoły. Ten sam, który ją gwałci.

Wątek przemocy seksualnej sprawił, że o debiutanckiej powieści Gabriela Tallenta mówiło się wiele, w wielu miejscach. W samej „wyborczej” ukazało się kilka materiałów, w tym wywiad z autorem przeprowadzony przez Sylwię Chutnik. Zwłaszcza detaliczne opisy poszczególnych aktów przemocy wywołały sporo kontrowersji. Bo ta książka jest kontrowersyjna. Mężczyzna szczegółowo opisuje w niej okrucieństwo wyrządzane młodej dziewczynie przez innego mężczyznę. Jakby czerpał z tego przyjemność. Po rozmowie Chutnik mamy pewność, że nie o przyjemność autora w tym wszystkim chodziło.

„Literatura pełna jest trupów kobiet, bo nasza kultura lepiej toleruje martwe dziewczyny niż te, które przeżyły przemoc czy traumę. Dlatego maltretowałem Turtle z premedytacją. (…) Owszem, cierpienia w literaturze jest dość, ale za to w życiu codziennym chętnie o nim zapominamy. Dlatego kiedy zerwiesz kurtynę niedomówień, zaczynasz czuć ból. Chciałem, żeby moi czytelnicy go poczuli. Poczuli, że młoda dziewczyna, której ciało i umysł poddawane są torturom, przeżywa coś, co jest na krawędzi wytrzymałości, nie do zniesienia. Jeśli poświęcimy moment na to, aby się zastanowić nad jej przeżyciem, zaczniemy jej współczuć. To pierwszy krok. Potem, mam nadzieję, zrobimy wszystko, aby nikt nigdy nie czuł tego co Turtle. Dlatego włożyłem palec w ranę. W naszą wspólną ranę” – mówił Tallent.

Autor książki rzeczywiście zrobił coś więcej niż tylko opisał cierpienia jednej osoby. Swoją bohaterkę, czternastoletnią Turtle Alveston, z rozmysłem umiejscowił w północnej Kalifornii. Tam, gdzie ludzie pilnują własnych interesów. „Moja najdroższa” jest bowiem nie tylko drastycznym opisem toksycznej relacji panującej w jednym domu, ale rozprawieniem się z pewnym rodzajem mentalności ludzi niewierzących w pomoc instytucjonalną, lamentujących na to co, dzieje się w około nich i głęboko przekonanych, że jedynym normalnym miejscem na tym świecie jest już tylko ich własny dom.

Wiele w tej książce dwuznaczności, czy wręcz sprzeczności. Już sama Turtle jest bohaterką, którą nie sposób jednoznacznie określić. Z jednej strony wydaje się być niezwykle silna i samodzielna. Niezależnie czy pośrodku lasu czy wyrzucona przez fale na wyspę, będzie w stanie przetrwać. Wie jak oprawić królika i jak używać broni. Nie wie jednak co zrobić ze swoją relacją z ojcem, któremu jest totalnie podległa. Kocha go i nienawidzi. Boi się i pożąda.

Poza ojcem w życiu Turtle ważne miejsce zajmuje dziadek. Kochany przez nią i znienawidzony przez jej ojca. Dobry dla niej, ale dawniej przemocowy wobec własnego dziecka.

Na szczęście trzeci, najmłodszy mężczyzna, który pojawi się w życiu Turtle, zapoczątkuje powolny proces przemiany dziewczyny. Co prawda pełnej wahań, zwątpień i rezygnacji, ale jednak przemiany postępującej.

Choć opowieść Tallenta jest kontrowersyjna i ze względu na opisy przemocy często trudna w lekturze, jest też bardzo ciekawa ze względu na swoją wielopoziomowość. Wspomnianą już krytykę społeczeństwa amerykańskiego, ale także warstwę czysto językową. Pozbawioną zbędnych słownych ozdobników, a jednocześnie szokującą i poprzez skonstruowane postacie wręcz fascynującą.


„Moja najdroższa”, Gabriel Tallent, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2018

maja 31, 2018

2 mądre i pomysłowe książki dla dzieci, nie tylko na Dzień Dziecka

2 mądre i pomysłowe książki dla dzieci, nie tylko na Dzień Dziecka


Wydawnictwo Znak emotikon wydaje rozmaite książki, wśród których znajdziemy także te, przekazujące najmłodszym idee demokracji, otwartości, równości i tolerancji. Wyjątkowo ciekawe i mądre są dwie najnowsze pozycje, które warto zakupić nie tylko z okazji Dnia Dziecka.


„Damy, Dziewuchy i Dziewczyny. Podróże w spódnicy” Anny Dziewit-Meller, z rysunkami Joanny Rusinek
Świetna książka! Zwłaszcza przed wakacjami temat podróżujących kobiet wydaje się być szczególnie trafiony. Przyznaję, że jestem niemal bezkrytyczną wielbicielką książek, które najmłodszym czytelni(cz)kom przedstawiają sylwetki wielkich (acz zwykle zapomnianych) kobiet. Książka Dziewit-Meller robi to dodatkowo w sposób ciekawy. Pomyślana została bowiem jako magazyn podróżniczy.
W odróżnieniu więc do takich pozycji jak „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek”, gdzie historie kobiet zostały napisane w trzeciej osobie w formie bajki, tu bohaterki często same mówią o sobie. Jak przystało na magazyn, mamy bowiem felieton redaktor naczelnej, czyli Nellie Bly, która pobiła rekord „W 80 dni dookoła świata” i wspomina swoją historię. Mamy list do redakcji, który przysłała Gudridur Thorbjarnardottir - podróżniczka i odkrywczyni z X w., która pokonała Atlantyk. Do przeczytania są także m.in. wywiad Marią Czaplicką - badaczką Syberii oraz porady, których przyszłym podróżniczkom udziela Junko Tabei – pierwsza zdobywczyni Mount Everestu. Dodatkowo, dziennikarki magazynu relacjonują dla nas wydarzenia, które choć już historyczne, na nowo ożywają.  Całość uatrakcyjniają horoskopy, moda, fotoreportaż, ogłoszenia a nawet reklamy. Gdyby jeszcze było w kolorze…


„Włącz demokrację” Roberta Biedronia, z ilustracjami Marka Szymczaka
Ta książka to demo demokracji. Coś w rodzaju zwiastuna, demonstracji, pierwszej próby. Robert Biedroń wpadł bowiem na świetny pomysł, by młodym odbiorcom, zanim jeszcze staną się pełnoletni i współodpowiedzialni za kraj, trochę o tym kraju i polityce opowiedzieć. Zaproponował im prawdopodobnie najlepszy możliwy sposób, czyli grę. Tak oto czytelnicy mogą sprawdzić, na czym ta demokracja tak naprawdę polega.
Jak przystało na dobrą książkę dla młodych odbiorców, „Włącz demokrację” łączy w sobie zabawę z edukacją. Gra jest fajna, ale jej największa wartość polega na przekazywanej przed każdym z etapów wiedzy. Zanim padnie pytanie, Robert Biedroń opowiada więc o tym czym jest państwo, jakie są formy rządów, czym jest władza w ogóle, czy czym są media i kompromisy. A wszystko to w sposób przystępny, angażujący i bardzo atrakcyjny wizualnie.

maja 29, 2018

Komiks: Obiecanki

Komiks: Obiecanki


Obiecanki cacanki. Składane nieraz przez dorosłych potrafią łamać dziecięce serca. Bo słowa nie zawsze przechodzą w czyny. Bo rzeczywistość jest inna niż dziecko by sobie tego życzyło.

W idealnym świecie wszyscy mają dwójkę kochających rodziców. Rodzice się nie kłócą i nie rozchodzą. Mają czas dla swoich pociech i dla siebie. Nie są sfrustrowani i nie cierpią z powodu depresji. Dzieci też nie cierpią. Nie mają rówieśników, którzy by im dokuczali. Nie czują się inne, gorsze, czy odrzucone.

Ale świat nie jest idealny, a opowieść graficzna Agnieszki Świętek jest o prawdziwym świecie. Nawet jeśli jej bohaterami autorka uczyniła zwierzęta.

Rodzice nastoletniej dziewczynki-szop niedawno się rozstali. Jej młodsza siostra niewiele z tej sytuacji rozumie. Obie mieszkają z mamą, która nie radzi sobie z rozstaniem i najchętniej by to wszystko przespała. Mają też tatę, ale go nie widują. Mimo sporadycznych obietnic, że wpadnie. Nastolatka nie ma też dobrych relacji rówieśnikami. W odpowiedzi na to wszystko  smutnieje. Narasta w niej też złość. Rodzi się frustracja. Co może zrobić? Udawać, że życie wygląda inaczej?

„Obiecanki”, to poruszająca opowieść o rozstaniu rodziców ukazanym z perspektywy dziecka. To opowieść o samotności, poczuciu odrzucenia, tęsknocie i życiu w rodzinie, która nie jest idealna. To komiks o odpowiedzialności i o tym, jaki wpływ ma nasze zachowanie na innych. Niezależnie od tego czy jesteśmy rodzicem, który powinien pamiętać o dobru dziecka. Czy też jesteśmy dzieckiem, które wyładowuje się na koleżankach, nie mając pojęcia, z czym i tak muszą się już mierzyć.  To komiks smutny, ciepły i mądry. Polecam.


Agnieszka Świętek, „Obiecanki”, Kultura gniewu, Warszawa 2018


kwietnia 18, 2018

Recenzja: Zapach mężczyzny

Recenzja: Zapach mężczyzny


„Zapach mężczyzny” jest jak miękka i ciepła kołdra, spod której nie chcesz wyjść, i za którą tęsknisz, gdy jesteś na zewnątrz. Ma w sobie coś z rodzinnego domu. Ma historię z jej blaskami i cieniami. I ma w sobie kobiecość. Mądrą, ale nie nieomylną. Czasem silną, czasem kruchą. Ma w sobie magię. „Zapach mężczyzny”, to jest książka magiczna. Kolejna autobiograficzna opowieść  Agnety Pleijel. Szczera, ujmująca formą i treścią. Prawdziwa i poruszająca. Świetna literacko.

W swojej opowieści Agneta Pleijel wraca do czasu studiów w Göteborgu. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki pisze o sobie z tamtych lat – czasem w pierwszej, czasem w trzeciej osobie. Tamta Agneta bywa bowiem autorce bardzo bliska i świetnie znana. Ale bywa też przez nią niezrozumiana. Agneta studentka nie jest w końcu tą samą kobietą co Agneta powieściopisarka.

Agneta studentka dopiero zaczyna swoje dorosłe życie. Uczy się siebie i świata. Próbuje zrozumieć swoją rodzinę – w tym ojca, który odszedł, choć długo nie potrafił zdecydować się na podjęcie decyzji o rozwodzie. Młoda kobieta próbuje także zrozumieć miłość. Wchodzi w rozmaite relacje. Kocha, jest kochana, porzuca i jest porzucana. Cierpi. Rozwija się.

Zgodnie z tytułem książki, na jej kartach odnajdziemy całkiem sporo wspomnień dotyczących mężczyzn. Ale wiele akapitów opowiadać będzie o miłości do literatury. Mnóstwo tytułów i nazwisk tych, którzy w młodzieńczych latach byli dla Pleijel inspiracją czy przyczynkiem do refleksji – w tym tych feministycznych.

Literatura, albo też po prostu szeroko rozumiana kultura, stanowi świetne tło dla opowieści o codzienności lat młodzieńczych. Do tego rewolucja obyczajowa lat sześćdziesiątych. I kilka wspomnieć z dzieciństwa. To połączenie - często bardzo osobistego, wręcz intymnego doświadczenia z narodzinami nowoczesności i klimatem epoki - rewelacyjne!


kwietnia 09, 2018

Recenzja: Mężczyźni objaśniają mi świat

Recenzja: Mężczyźni objaśniają mi świat


„Mężczyźni objaśniają mi świat” to zbiór esejów, w których Rebecca Solnit pisze o męskiej przemocy wobec kobiet. O mężczyznach pragnących kontrolować kobiety, oraz o kobietach, którym odbiera się głos. O genezie tego stanu rzeczy, ale także o zmianach, jakie dokonały się dzięki feminizmowi.

Mimo ważnego i poważnego tematu, który niektórym może wydać się wręcz nudny (choć takim nie jest!), książkę Solnit czyta się jednym tchem. Cięte, ironiczne, humorystyczne, gorzkie i pełne konkretów teksty Solnit, nie pozwalają oderwać się od lektury ani na chwilę.

Uwielbiam pierwszy, tytułowy esej „Mężczyźni objaśniają mi świat”. Myślę, że absolutnie każdy powinien go przeczytać. Kobietom może dodać odwagi, a mężczyznom przedstawić kawałek świata, którego na co dzień nie chcą zobaczyć, bo zamiast patrzeć i słuchać wolą pokazywać i mówić. Niesamowite są scenki z życia Solnit, które przywołuje autorka.  Jak ta:

„Gospodarz przerwał mi, gdy tylko wymieniłam nazwisko Muybridge’a. „Czy słyszała pani o bardzo ważnej książce na temat Muybridge’a, która ukazała się w tym roku?”. Tak dalece weszłam w narzuconą mi rolę debiutantki, że byłam gotowa wziąć pod uwagę ewentualność, że równocześnie z moją ukazała się inna publikacja na ten sam temat, a ja jakimś cudem ją przegapiłam. Gospodarz właśnie zaczął mi opowiadać o tej ważnej książce – przybierając doskonale mi znaną pełną samozadowolenia pozę perorującego mężczyzny: zapatrzony w odległy horyzont, na którym niewyraźnie majaczy odblask jego własnego autorytetu. (…) Tak więc Pan Bardzo Ważny perorował pouczającym tonem o książce, którą powinnam znać, aż wreszcie Sally przerwała mu i powiedziała: „To jej książka”. No, w każdym razie próbowała mu przerwać.”

Takich scenek jest więcej! Jak wspomniałam, nie tylko tytułowy esej traktuje o odbieraniu kobietom głosu. Problem ten jest wspólny dla całego zbioru, podejmującego temat kultury patriarchatu i przemocy. Nie chodzi przy tym oczywiście jedynie o przemoc mającą miejsce w domowym zaciszu, ale o przemoc w sferze publicznej, w tym przemoc słowną. Solnit świetnie pokazuje opresyjność języka, i to, w jaki sposób samymi słowami można marginalizować cierpienie ofiar.

W zbiorze pojawiają się dwie bardzo ważne i znane kobiety – jest to Virginia Woolf i Susan Sontag. Solnit czerpie z ich myśli, nieraz z nimi polemizując. Z jednej strony pokazuje, jak trudne jest polepszenie sytuacji kobiet, ale z drugiej strony przywołuje jednak pewne sukcesy.

Bardzo podoba mi się to, że Solnit identyfikuje się z ruchem feministycznym i jest dumna z jego osiągnięć. Nie udaje stojącej z boku badaczki, która na chłodno relacjonuje nam pewne fakty obiektywne. Właśnie dlatego jej książka, jest tak ciekawa. To książka buntowniczki, a kto nie lubi czytać historii buntowników?


marca 25, 2018

Recenzja: Krótka wymiana Ognia

Recenzja: Krótka wymiana Ognia

„Pewnego dnia podszedł do mnie mężczyzna z papierosem: ma pani ogień? Odpowiedź zajęła mi kilka lat, ale pytanie było jak iskra. Moja wyobraźnia zajęła się i stanęła w płomieniach”. 

„Krótka wymiana Ognia” Zyty Rudzkiej, to poruszająca, ciekawa językowo i zaskakująca opowieść o dojrzałej poetce, w której budzi się ogień. Roma znów zaczyna pożądać. Nie tylko mężczyzn i miłości, ale także, a może przede wszystkim, młodości. Zaczyna pożądać życia.


„Spakowałam się już na drogę do grobu, może się rozpakuję, chociaż na trochę. (…) Spałam w trumnie, żeby się przyzwyczaić, ale może trzeba będzie wrócić na łóżko, położyć się na wznak i jeszcze rozłożyć nogi”.

Przypadkowe spotkanie z młodym mężczyzną otwiera przed Romą drzwi do starej piwnicy wspomnień. Od momentu zajrzenia do niej kobieta rozpoczyna bilans swojego życia, a my poznajemy jej historię. Zabiera nas do czasów studenckich, pierwszych miłosnych doświadczeń i zawodów.

„Kiedyś oddałam mu serce, a on zwrócił mi je tak niechlujnym gestem, jakby wydawał resztę”.

Roma wspomina także swoją rodzinę. Męża i córkę, która ją opuściła. Wspomina także matkę, którą opuściła ona.

Matka Romy, mieszkająca na wsi Niemka, widziała kobiety, które ze strachu przed Armią Czerwoną popełniały samobójstwa. Teraz kobieta całymi dniami rozmawia ze studnią. Nie rozmawia z córką. Roma ze wsi uciekła do miasta. Córka Romy uciekła od wielkomiejskiego życia i koncertów. Niestety od przeszłości uciec się nie da.

Przeszłość przeplata się z teraźniejszością. Toruje bieg, którym toczy się życie bohaterek. Odciska piętno.

Opowieść Romy nie płynie linearnie. Poetka zabiera nas w podróż „hop on, hop off”, a my nigdy nie wiemy, na jakim przystanku wysiądziemy – tu i teraz czy w przeszłości.

W tu i teraz dominuje starość. Roma obserwuje swoje zmienione ciało a w jego opisie jest bezlitosna.

„Człapię do lustra. Dyszę. Rozbieram się. Jak przed plutonem. Pokancerowana. W plamach. Liszajach. Wyżłobieniach. Koroduję. Kwilę w strupkach szarych. Sflaczała i obrzmiała. Spocona, obśliniona od myśli. Przyglądam się sobie. Nawet jednej duszy w promieniu całego ciała”.

Przez najbardziej nawet ostre zdania, przebija poezja. Niezwykle ciekawy jest język tej krótkiej powieści. Błyskotliwy i przepełniony ironią. W swojej celności i bezkompromisowości jest też po prostu poruszający.

Zyta Rudzka, „Krótka wymiana ognia”, W.A.B., Warszawa 2018

listopada 20, 2017

Anastazja

Anastazja

Ta historia musi się źle skończyć…  Pozornie wszystko jest w porządku. Drewniany dom, weranda, dziecko biega po łące. A jednak, pod cienką przykrywką normalności, coś kipi. 

„Anastazja”, to inspirowana historią Natalie Wood opowieść o przemocy – zarówno tej zadawanej ze strony wielkiego przemysłu, jak i tej ze strony najbliższych osób.

Główną bohaterką historii jest Stacey. Pewnego dnia matka tej zaledwie kilkuletniej dziewczynki postanawia uczynić z niej gwiazdę. Nadając córce kojarzone z carską rodziną imię, zmusza ją do udziału w kolejnych castingach. Dla realizacji swoich celów jest w stanie zrobić wszystko. Wie jak wywołać płacz dziecka. Jak zmusić je do pracy. Wie kto naprawdę liczy się w branży i jak do tej osoby dotrzeć. Wreszcie, jak przekonać mężczyznę, by dał jej to, czego pragnie.


Ciekawa i trzymająca w napięciu historia, to tylko jeden z atutów komiksu. Fantastyczne ilustracje, zaledwie drugi. „Anastazja” ma do zaoferowanie znacznie więcej. Jej autorki wykonały ogromny kawał pracy odtwarzając hollywoodzką (i nie tylko) rzeczywistość lat 20.

Na kartach komiksu znajdziemy nie tylko elementy biografii Natalie Wood (jak sceny z motylem. Tak, matka Wood naprawdę była w stanie rozerwać motyla, tylko po to, by córka zaczęła płakać). Autorki odwzorowały także stroje, fryzury i przedmioty epoki. Odtworzyły kilka scen filmowych i wprowadziły autentyczne postacie, jak Man Ray, czyli komiksowy Godel.

„Anastazja” to komiks intertekstualny, do którego można wracać wiele razy. Wszystkich nawiązań prawdopodobne nie sposób odszyfrować podczas pierwszej lektury. Chociaż znawcy tematu z pewnością poradzą sobie lepiej ode mnie. Tak, czy siak, mimo całej mroczności i tragiczności historii, mamy przy tym komiksie także trochę zabawy. Ja już czekam na tom drugi!


"Anastazja", Magdalena Lankosz i Joanna Karpowicz, Kultura gniewu, 2017

listopada 09, 2017

KSIĄŻECZKA TYGODNIA: Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek

KSIĄŻECZKA TYGODNIA: Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek

Zamiast bajek o śpiących królewnach, złych macochach, zawistnych siostrach, czarownicach i księżniczkach zamkniętych  w wysokich wieżach, które biernie czekają na swoje ocalenie, Elena Favilli i Francesca Cavallo proponują naprawdę ciekawe historie kobiet, których nikt nie wymyślił. Kobiet odważnych, realizujących swoje pasje i marzenia, silnych, wytrwałych, utalentowanych, pracowitych, idących pod prąd, inspirujących… Zamiast usypiać dziewczyński temperament historiami o spaniu na ziarnku grochu, Favilli i Cavallo podburzają do działania. Ich intencje widać już na pierwszych stronach książki, gdzie zwracają się do swoich czytelniczek bezpośrednio:
Do młodych buntowniczek ze wszystkich stron świata:
wyzwólcie marzenia,
mierzcie wysoko,
stawiajcie opór,
a w chwilach zwątpienia pamiętajcie:
macie rację.

Autorki książki pragną swoje czytelniczki zainspirować, odważyć i przekonać, że można. Robią to w bardzo prosty sposób. Zebrane przez nie historie zdają się bowiem mówić same przez siebie: nie jesteście pierwsze, które pragną „niemożliwego”. Zobaczcie, tym kobietom się udało. Dlaczego wam ma się nie udać? Odwagi!


Co ważne, zebrane historie są przeróżne. Współczesne i odległe. Historie modelek i sportowczyń, artystek, naukowczyń i tancerek. Pisarek, projektantek mody, mistrzyń kuchni, śpiewu i gitary. Aktywistek, wojowniczek, działeczek i polityczek. Są też królowe, caryce, cesarzowe i piratki. Nie zabraknie nawet tatuarzystki i agentki. Część z bohaterek to kobiety świetnie nam znane. Frida Khalo, Hilary Clinton, Amelia Earhart, Anna Politkowska, Astrid Lindgren, Aung San Suu Kyi, Coco Chanel, czy Elżbieta I. Prawdopodobnie jednak imiona i nazwiska większości z nich przeczytamy dzięki tej książce po raz pierwszy.

Ja po raz pierwszy przeczytałam m.in. o Alfonsinie Stradzie, włoskiej kolarce i pierwszej kobiecie, która wzięła udział w wyścigu Giro d’Italia. Autorce rekordu, który pobito dopiero po 26 latach. Nie znałam także bardzo wielu historii kobiet z Afryki , Azji czy Ameryki Południowej, i za te historie jestem autorkom książki szczególnie wdzięczna.

Tak jak bohaterki książki, tak też ilustratorki pochodzą nie tylko ze Stanów Zjednoczonych i Europy. Portrety niezwykłych kobiet z różnych stron świata stworzyły m.in. kobiety z Kolumbii, Indii, Indonezji, RPA, czy Filipin.

„Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek”, to naprawdę świetna książka! Napisana językiem dostosowanym do młodych odbiorczyń z pewnością ucieszy także te starsze. Pięknie wydana, mądra, inspirująca. Polecam!


Elena Favilli i Francesca Cavallo, „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek”, Wydawnictwo Debit, Katowice 2017

listopada 07, 2017

Kwaśne jabłko

Kwaśne jabłko

„Kwaśne jabłko” to komiks, który raczej się przeżywa niż czyta. Zdecydowanie bardziej doświadcza i obserwuje niż po prostu ogląda.

Ten komiks osacza w podobny sposób, w jaki  napastnik może osaczyć ofiarę.  Niby już od samego początku coś zdaje się być nie tak, ale zanim zdążymy się zorientować, przychodzi  pierwszy, niespodziewany cios. Później wszystko dzieje się tak szybko, że w sumie trudno jest precyzyjnie odtworzyć  kolejność zdarzeń. W głowie pozostają jednak obrazy. Okropne obrazy przemocy, których nie sposób zapomnieć. Pozostaje także wspomnienie duszności i strachu. Poczucia, że nie ma się dokąd uciec.

Jerzy Szyłak - autor scenariusza, wraz z malarką Joanną Karpowicz, stworzyli bardzo realistyczny komiks portretujący przemoc domową. Znajdziemy w nim nie tylko charakterystyczne sytuacje pokazujące okoliczności, w jakich bardzo często dochodzi do przemocy. Przede wszystkim autorzy bardzo dobrze uchwycili mechanizm, niepozwalający ofierze wyjść z przemocowego związku.

Nie umiem wyobrazić sobie emocji osoby, która jest lub była ofiarą przemocy domowej, a teraz jest czytelniczką tego komiksu. Myślę, że jest on na tyle mocny, że obcowanie z nim może działać nawet na zasadzie ponownego przeżywania traumy i być kolejnym nadużyciem. Sądzę jednak, że dla tych, którzy nie wiedzą czym jest przemoc domowa i nie rozumieją czemu ofiara „po prostu” nie odejdzie, może być  naprawdę dobrą lekcją. „Kwaśne jabłko” może pomóc zrozumieć ofiarę i jej sytuację. Dość optymistycznie myślę sobie nawet, że mógłby przyczynić się do tego, iż słysząc krzyki bitej za ścianą kobiety, zadzwonimy po policję, nie myśląc, że gdyby jej to przeszkadzało, to przecież sama mogłaby to zrobić. I rozumiejąc, że to, iż sąsiad wygląda na porządnego człowieka, który w dodatku co niedziela chodzi do kościoła, niczego jeszcze nie załatwia.

Przedstawiona w komiksie historia jest dość prosta. Ona – nauczycielka, jest zależna ekonomicznie od męża biznesmena. Jest też wierząca, co nie sprzyja podjęciu decyzji o odejściu od tyrana. Ale co w sytuacji, gdy to kobieta jest tą, która lepiej zarabia? Inteligentna, nowoczesna, niewierząca. A mimo wszystko coś nie pozwala jej zakończyć tej relacji? To dopiero byłaby historia pomagająca zrozumieć problem.


„Kwaśne jabłko”, Jerzy Szyłak, i Joanna Karpowicz, Timof i cisi wspólnicy, Warszawa 2017

października 29, 2017

Opowieść podręcznej

Opowieść podręcznej

Żyjąca obecnie nowym życiem „Opowieść podręcznej” powstała w Stanach Zjednoczonych w 1985 roku, a więc w czasie wprowadzenia afirmowanej przez konserwatystów doktryny Regana. Piszę o tym nie bez powodu. Kraj ukazany w książce, przedstawia bowiem świat po konserwatywnej rewolucji. Pesymistyczna wizja przyszłości, w której kobiety zostają pozbawione praw, zrodziła się nie tyle jako wynik fantazjowania, co z krytycznej obserwacji zastanej rzeczywistości.

Jesteśmy w totalitarnej i fundamentalistycznej Republice Gilead. Naszą przewodniczką po porewolucyjnej rzeczywistości jest Podręczna, czyli kobieta, której głównym zadaniem jest urodzenie dziecka mężczyźnie ze sfery rządzącej. Jej zniewolenie wyraża się m.in. poprzez nadanie jej nowego imienia. Freda. Należąca do Komendanta imieniem Fred.

Na jej głowie czepiec z białymi skrzydłami ogranicza widoczność. Podręczna nie może patrzeć gdzie chce, rozmawiać z kim chce. Nie jest wolna. Nie może chodzić tam, gdzie ma ochotę. Jedynym co pozostało samotnej i zaszczutej kobiecie, jest jej pamięć. Błogosławieństwo i przekleństwo zarazem. Wspomnienia dawnego życia, w którym pracowała, kochała i była kochana, bolą. Jednocześnie jednak przypominają o tej, dla której warto to wszystko przetrwać. O córce. 

Zanim świat się zmienił, zanim została Podręczną, żyła życiem milionów współczesnych kobiet. Miała pracę, konto bankowe i rodzinę. Latem nosiła bluzki na ramiączkach a jesienią długie jeansy. Mogła się głośno śmiać, prowadzić samochód, palić papierosy i czytać książki. Teraz nawet czytać i palić nie może.

„Opowieść podręcznej” przeraża swoją realnością. Świat opisywany przez Podręczną, mógłby być naszym światem. Może za dziesięć lat, ale może za rok, lub za kilka miesięcy. Próby odebrania czy ograniczenia wolności kobiet są w końcu naszą codziennością. Jakie mogą być ich konsekwencje? Strach czytać.

Strach warto jednak pokonać. Fascynująca lektura!

Margaret Atwood, „Opowieść podręcznej”, Wielka Litera, Warszawa 2017

października 15, 2017

Na pokuszenie

Na pokuszenie

Wojna secesyjna. Wirginia, pierwszy tydzień maja. Amelia Dabney, młoda uczennica żeńskiej szkoły z internatem, spędza popołudnie na zbieraniu grzybów. Nie ma ich zbyt wiele. Znajduje jednak coś ciekawszego. Rannego żołnierza. Historia niecodziennego znaleziska otwiera powieść „Na pokuszenie”. Rozpisana na głosy kobiet i dziewcząt książka, to duszna i pełna napięć relacja z pobytu młodego kaprala w zamieszkanej wyłącznie przez kobiety posiadłości Marthy Farnsworth.

Kapral John McBurney, irlandzki najemnik walczący po stronie Unii, burzy spokój mieszkanek internatu. Kiedy właścicielka położonej w pobliżu pola bitwy posiadłości postanawia mu pomóc i umieścić w jednym z pokoi, sytuacja zaczyna gęstnieć. Do głosu dochodzą tłumione dotąd potrzeby i frustracje. Skrywane namiętności ożywają z nową siłą. Jedyny w domu mężczyzna budzi emocje, które z każdym dniem jego pobytu rosną. Dawna harmonia okazuje się być jedynie iluzją. Marną powłoczką, która pęka w szwach przy pierwszym impulsie.

Różnorodne spojrzenia bohaterek-narratorek, ich indywidualny język oraz historie i motywy postępowania sprawiają, że książkę czyta się naprawdę świetnie. Zazdrość i zawiść, manipulacje, rosnące napięcie seksualne - to wszystko wciąga i nie pozwala się od tej historii oderwać. Gra o względy przeistacza się w grę o życie. Trwa walka, której ofiara do ostatniej chwili pozostaje nieznana.

Ta historia to świetny materiał na scenariusz filmowy. Trudno się dziwić, że ekranizacja Sofii Copolli, to już drugie przeniesienie na ekran powieści Cullinana. Co ciekawe, swoista wojna płci, toczona przez bohaterów książki, ma miejsce także w przypadku reżyserów. Copolla proponuje nam bowiem polemiczną wobec ekranizacji z 1969 roku wersję opowieści. Po „Oszukanym”, w którym dominował męski punkt widzenia i nie brakowało mizoginii, Coppola znów oddaje głos kobietom. Ale nie wszystkim. W jej ekranizacji nie pojawia się bowiem czarnoskóra służąca. Jak więc to zwykle bywa, książka pozostaje najlepsza.

Thomas Cullinan, "Na pokuszenie", Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2017

października 11, 2017

FRAGMENT KSIĄŻKI: Aktorki. Odkrycia

FRAGMENT KSIĄŻKI: Aktorki. Odkrycia

Ja się angażuję

Maja Ostaszewska

Włos na lokówce, spódnica w kwiaty, biała bluzka i bucik na koturnie. Karolina z Przystani Jana Hryniaka nie wyglądała efektownie. A jednak bił od niej blask.
U Lupy, w Lunatykach II według Brocha, Maja Ostaszewska grała Dziewczynę z Armii Zbawienia. Postać w zasadzie nienapisaną, oniryczną, zbudowaną z marzeń i snu. Realną, choć mgławicową, dotkliwą w swoim tragizmie i wzruszającą w poświęceniu.
Piękne, ufne, kasztanowe oczy i głos – niezwykły głos Mai Ostaszewskiej, w którym współbrzmią zdumienie, dziwna pretensja i – zaskakujący paradoks – ogromna namiętność.
Zachwyciło mnie w niej od razu to, co nieokreślone, co w jej postaciach bardziej wyczuwamy, niż potrafimy nazwać. Wyrazista obecność polegająca w gruncie rzeczy na bezszelestności, umiarkowaniu, wycofaniach czekających na wybuch.
Zaczynałem studia, Maja je skończyła. Spotkaliśmy się, pamiętam, na ulicy Gołębiej. Dla Mai to był chyba pierwszy duży wywiad, dla mnie jeden z pierwszych. Takie rozmowy mają znaczenie, zostają na zawsze.
Mówiliśmy o Krakowie, o teatrze, a zwłaszcza o Krystianie Lupie.
Maja powiedziała mi wtedy:
On mnie ukształtował niemal we wszystkim, jest moim mistrzem. Jestem jak biała karta. Marzę o tym, żeby zapisały ją różne litery, w rozmaitym wzornictwie.
Wywiad ukazał się parę tygodni później w „Dzienniku Polskim”. Nosił tytuł: Mój mistrz Lupa.
Kilka miesięcy po naszej rozmowie Maja Ostaszewska rozpoczęła w Warszawie próby do Bzika tropikalnego Stanisława Ignacego Witkiewicza w reżyserii debiutanta Grzegorza Jarzyny. Spektakl będzie przełomem, otworzy nową epokę w polskim teatrze.
Rok później, za rolę Karoliny w Przystani, otrzyma nagrodę za główną rolę kobiecą na Festiwalu Filmowym w Gdyni.
Tak rozpocznie się jedna z najciekawszych aktorskich kobiecych karier w tym kraju.

***

Na początku poprzedniej dekady Jacek Tabęcki pisał o tobie w „Filmie”: „Młode kobiety, które gra (którymi jest, których życiem żyje), są niewygodne do oglądania – uwierają, irytują, sprawiają ból albo przykrość. Nie można zwyczajnie gapić się na nie, wnikają w widza, nie sposób się od nich opędzić. Zmuszają do porównań: dlaczego ja nie jestem tak wrażliwy, tak dobry, dlaczego tak intensywnie nie reaguję. Są niewygodne jak każda osoba osamotniona wewnętrznie, ale potrzebująca dopełnienia psychicznego i fizycznego przez drugą osobę – mężczyznę, kobietę, dziecko. I stale przypominają, że za wszystko trzeba płacić, na przykład za bycie razem – kompromisami, rozmaitymi rezygnacjami, wiecznym niezadowoleniem z siebie. Bo cokolwiek by człowiek zrobił, i tak oczekiwania bohaterek Ostaszewskiej, choć zwyczajne, są jednocześnie zbyt wielkie”.
Pierwszy film i od razu główna nagroda aktorska na festiwalu w Gdyni. Rzadki przypadek. W Przystani Jana Hryniaka zagrałaś Karolinę, prowincjonalną, skromną świetliczankę z marzeniami. „Zrobiłem film, jaki sam chciałbym zobaczyć. Przy realizacji pracowali niemal wyłącznie moi rówieśnicy, ludzie, którym jeszcze zależy, i film był efektem zaangażowania nas wszystkich, naszej pasji. Historia jest współczesna, a właśnie takie interesują mnie i ludzi w moim wieku. Nie siliłem się na komercyjne kino akcji ani kino artystyczne. Zrealizowałem uczciwy film o tym, co mnie obchodzi”, mówił Jan Hryniak, trzydziestoletni wówczas absolwent architektury i łódzkiej Filmówki.
Ceremonia wręczenia nagród odbywała się w dniu premiery Lunatyków w Starym Teatrze w Krakowie. Oczywiście nie mogłam pojechać na festiwal, bo u Lupy grałam Dziewczynę z Armii Zbawienia. W przerwie premierowego spektaklu do garderoby przychodzi Grzesiek Jarzyna i mówi: „Majka, nie spadnij z krzesła. Właśnie się dowiedziałem, że dostałaś Lwy gdyńskie”. „Za debiut?”, zapytałam. „Nie, za główną rolę”. No i wtedy rzeczywiście z tego krzesła spadłam.
„Ujmuje szczerością, delikatną grą emocji”, komplementował cię w „Kinie” Maciej Maniewski. Ty z kolei opowiadałaś Magdzie Huzarskiej-Szumiec, że po kobietach fatalnych, takich jak choćby w Bziku tropikalnym, nagle grasz taką bidulę. I że chciałaś pokazać jak najprościej jej wzruszającą nieporadność, unikając przy tym sentymentalizmu.

Lubię tę Przystań. Mam same dobre wspomnienia: ciepły, ludzki film. Dla mnie właściwie pierwszy kontakt z kamerą, bo wprawdzie występowałam w realizowanych w Krakowie spektaklach Teatru Telewizji, ale nigdy wcześniej nie byłam na planie.

A Lista Schindlera?

Masz rację, pierwsza była Lista… To dopiero był szok. ­Ledwo co dostałam się do PWST i po miesiącu grałam u Spielberga. Od razu scena z Benem Kingsleyem, co prawda nie weszła do filmu, ale spotkanie z Kingsleyem, moim idolem z Gandhiego – to było coś niebywałego. Wtedy zresztą poczułam, że chciałabym grać też w filmach, bo wcześniej myślałam wyłącznie o teatrze.

I potem poszła cała seria: Patrzę na ciebie, Marysiu i Przemiany Łukasza Barczyka, z którym jakiś czas byłaś związana również prywatnie, oraz Prymas. Trzy lata z tysiąca Teresy Kotlarczyk.

Lato dziewięćdziesiątego dziewiątego roku było dla mnie bardzo filmowe. W lipcu grałam siostrę Leonię w Prymasie, w sierpniu Marysię. Za Patrzę na ciebie, Marysiu znowu dostałam nagrodę aktorską w Gdyni. Łukasz wspaniale z nami pracował, z dużą czujnością, mądrym budowaniem psychologii postaci. To jest bliska mi rola.

Potem zagrałaś między innymi prokurator Lidkę w Ile waży koń trojański Juliusza Machulskiego, Margetę w Janosiku. Prawdziwej historii Agnieszki Holland i Kasi Adamik, Szacką w Uwikłaniu Jacka Bromskiego, Ewę w filmie W imię… Małgorzaty Szumowskiej, Hannę Kuklińską w Jacku Strongu Władysława Pasikowskiego (Orzeł 2015 za najlepszą rolę kobiecą), Annę w Body/Ciało Szumowskiej (Orzeł 2016), Melanię w Paniach Dulskich Filipa Bajona, Olkę w dwóch częściach Pitbulla Patryka Vegi. Ważna była też na pewno rola Anny w Katyniu Andrzeja Wajdy.

To jeden z najważniejszych dla mnie filmów – nie tylko ze względu na spotkanie mistrza Wajdy, na którego filmach się wychowałam, ale również dlatego że dotyczył tematu zbrodni katyńskiej – mój pradziadek został zamordowany w Katyniu, a historia mojej prababci była niemal identyczna z losem mojej filmowej bohaterki. Pan Andrzej nie znał historii mojej rodziny, ale to była właśnie ta jego słynna, genialna intuicja. Słowem, było to dla mnie jedno z ważniejszych doświadczeń artystycznych i ludzkich.
Po Katyniu dostałam całą masę wojennych propozycji, mniejszych lub większych ról, nieraz nawet ciekawych, ale nie chciałam stać się etatową bohaterką wojenną. Zagrałam w Czasie honoru, w polsko-amerykańskich Dzieciach Ireny Sendlerowej, a wcześniej w Pianiście Romana Polańskiego. Ale czułam, że przez jakiś czas nie powinnam kojarzyć się z tematyką wojenną. Dzisiaj mogłabym wrócić do tych tematów. Ja w ogóle lubię się wymykać. Lubię przemiany, takie jak w Body/Ciało Szumowskiej. Anna to moja ukochana rola.

***

Podobno każda aktorka marzy o związku z operatorem filmowym. Twoim partnerem jest Michał Englert, operator znakomity.

Podobno, ale właściwie dlaczego? Przecież dobrych operatorów, tak jak marynarzy, nigdy nie ma w domu! Ale na serio – dzielimy tę samą pasję, rozumiemy, że czasem trzeba zniknąć na parę miesięcy, że nasza rodzina nigdy nie będzie zupełnie normalna.
Michał ma niezwykły talent znajdowania najwłaściwszej formy dla treści. Jego zdjęcia zawsze służą filmowi, nie „przykrywają” go, nie dominują. Choć znamy takie filmy, w których jego zdjęcia są najciekawszym elementem.

Z Małgośką Szumowską tworzą spójny świat. Pracowałam z tym duetem trzykrotnie, ale z samym Michałem nie spotkałam się w pracy nigdy.

Michał był mężem Małgośki, teraz jest jej najbliższym współpracownikiem, ty grasz w ich filmach. Wszyscy lubicie się i przyjaźnicie. Ludzie się dziwią.

Mnie się wydaje to dość naturalne – tyle mogę powiedzieć na ten temat. Wiem, że ludzie się temu dziwią, ale ludzie się dziwią zdecydowanie zbyt wielu rzeczom na świecie.

Michał jest bardzo błyskotliwy, oczytany, ma wyraziste poglądy na kino i sztukę. Dyskutujecie o waszych wyborach, doradzacie sobie nawzajem?

Rozmawiamy praktycznie o każdym projekcie, w który wchodzimy. Ja w ogóle jestem gadułą, bardzo lubię mówić o tym, co robię, więc dyskutujemy bardzo często. Oczywiście interesuje mnie zdanie Michała i odwrotnie, ale ostateczną decyzję zawsze podejmujemy samodzielnie. Oboje jesteśmy niezależni w myśleniu. Potrafimy się też pokłócić o sztukę. Filmowo częściej się zgadzamy, o teatr z reguły się kłócimy. No i jesteśmy rodzicami Franciszka i Janiny.

Jakie to doświadczenie?

Można powiedzieć, że nie spieszyłam się z macierzyństwem. Byłam dojrzałą, świadomą mamą, bo pierwsze dziecko urodziłam, kiedy miałam trzydzieści cztery lata, drugie – trzydzieści sześć, i za sobą szereg spektakli, filmów, różnych doświadczeń zawodowych. Jednym słowem, zdążyłam się wyszaleć. Dla mnie to był wspaniały czas, bardzo mi potrzebny. W pierwszej ciąży byłam, gdy kręciliśmy Katyń. Premiera odbyła się, kiedy mój synek miał miesiąc. Nawet się śmialiśmy z panem Andrzejem Wajdą, że Franciszek powinien pojawić się w napisach. Wzięłam też półrocznego Frania na Berlinale, to była jego pierwsza wyprawa za granicę. Pokaz Katynia odbył się poza konkursem. Przyszła do nas – czego nie uwzględniono w protokole – Angela Merkel, bardzo przejęta. Opowiedziała Andrzejowi Wajdzie, jak kiedyś przed laty małym chyba trabantem albo wartburgiem jechała całą noc do Gdańska na premierę Człowieka z żelaza. Wspaniałe przeżycie. Karmiłam wtedy synka piersią, w przerwach między wieczornymi wydarzeniami wpadałam do hotelu do dzidziusia, następnie szybko wkładałam elegancką sukienkę i wracałam na wielki festiwal. Było to trochę zabawne.
Przy córeczce Janusi szybciej wróciłam do pracy, ale z kolei dałam sobie prawo do pewnych żądań, czy to wobec producentów, czy reżyserów – informowałam z góry, że mogę wejść w jakiś projekt, ale tylko wówczas, jeśli będę mogła podróżować z dziećmi i mieć przerwy na karmienie.
Nie chcę powtarzać banałów, że macierzyństwo ustawiło moje priorytety, to oczywiste. Na pewno to najlepsza praca z ego, jakiej można doświadczyć. Żadna medytacja – a medytowałam dużo – nie dała mi tyle, ile na przykład zajmowanie się moją córeczką, która jest wcześniakiem. Kiedy była zupełnie maleńka, przez miesiąc mieszkałam z nią w szpitalu i przejęłam większość obowiązków pielęgniarskich. Prawie w ogóle nie spałam, ciągle czuwałam przy niej. To cudo, to maleństwo było zdane jedynie na mnie.
Będąc dziewczynką, kochałam elfy i Calineczkę, wierzyłam, że istnieją. Kiedy Janka się urodziła i ważyła półtora kilo­grama, tak właśnie wyglądała. Pielęgniarki na oddziale mówiły na nią „księżniczka”, ja ją nazywałam moją Calineczką.
Nie lubię słowa poświęcenie. Wolę powiedzieć, że oddaję się moim dzieciom, ale takie oddanie się im – przy bardzo egotycznym zawodzie, jakim jest aktorstwo – to znowu wielka nauka dystansu do siebie. Ja nie mogę sobie pozwolić na przykład na to, żeby wracać do domu w jakichś egzaltacjach, fochach czy łzach bohaterki, ponieważ muszę natychmiast załatwiać codzienne sprawy dzieci. Dzięki Frankowi i Janusi – bo chcę być z nimi – uważniej wybieram projekty. Nadal bardzo dużo pracuję, ale momenty, kiedy propozycji nie ma tak wiele, już mnie nie frustrują. Bo to cudowny czas dla rodziny. Choć faktem jest też, że będąc w pracy, która jest moją pasją, odpoczywam od obowiązków mamy.

W naszym pierwszym wywiadzie, tym sprzed dwudziestu lat, mówiłaś:

Mam szalony głód kina, pracy w filmie. O teatr jestem spokojna, mam co robić, wiem z kim i dlaczego. Film ciągle pozostaje dla mnie zagadką.

Coś się od tamtej pory zmieniło?

Apetyt został częściowo zaspokojony, ale ciągle chciałabym pokonywać kolejne szczeble. Po sukcesie Body/Ciało obawiałam się przez chwilę, że pewnie znowu będę zaszufladkowana. Dzwoni Patryk Vega i mówi: „Mam dla ciebie rolę w Pitbullu”. Aha, pomyślałam, znowu lekarka albo prokurator. „No to kogo zagram?”, zapytałam. „Bardzo seksowną blacharę”. Już dwukrotnie, w Nowych porządkach i Niebezpiecznych kobietach, zagrałam tę moją Olkę, dziewczynę z tatuażem komara na pośladku. Ten komar jest od… bzykania. W gangsterskim filmie byłam blacharą. I teraz mogę już wszystko.
Copyright © 2016 Projekt: książki , Blogger