Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura faktu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura faktu. Pokaż wszystkie posty

sierpnia 16, 2018

5 pytań do reporterki: Marta Madejska

5 pytań do reporterki: Marta Madejska
Fot. Zuza Brzozowska

Marta Madejska  - z wykształcenia kulturoznawczyni, z zawodu asystentka muzealna, z pasji pisarka i dziennikarka. Od 2010 roku związana ze Stowarzyszeniem Topografie, w którym zajmuje się głównie projektami dotyczącymi historii mówionej. Od 2017 roku zastępczyni redaktor naczelnej Łódzkiej Gazety Społecznej „Miasto Ł”. Pracuje w Centrum Muzeologicznym Muzeum Sztuki w Łodzi. Autorka książki „Aleja włókniarek”.

Kim są bohaterki książki „Aleja włókniarek”?
To przede wszystkim robotnice łódzkiego przemysłu włókienniczego, popularnie nazywane włókniarkami. To bohaterki „masowe”, często nie jestem w stanie ustalić konkretnych imion i nazwisk, ale patrzę na nie jak na część ogromnej fali kobiet, która pojawiała się w tym przemyśle na całym świecie.
W książce zmieściły się także osoby, które walczyły o prawa wyborcze kobiet na początku XX wieku, inspektorki pracy z II Rzeczpospolitej, przodownice wyścigu pracy oraz polityczki okresu PRL, działaczki opozycji, a także emerytowane dziś włókniarki i inżynierki włókiennictwa, które zgodziły się ze mną porozmawiać i opowiedzieć o swoim życiu i pracy.

Skąd taki temat?
Wszystko zaczęło się od tego, że  dwanaście lat temu sprowadziłam się do Łodzi na studia. Poznałam ludzi fascynujących się wyjątkową historią miasta i bardzo chciałam ją zrozumieć. Szybko okazało się, że ta historia jest nierozerwalnie związana z historią kobiet-włókniarek, pomyślałam więc, że dobrze by było opowiedzieć ją właśnie z ich perspektywy.

Ich praca wywołała rewolucję obyczajową. Dlaczego do tej pory nikt o nich nie pisał?
To nieprawda, że nikt w ogóle o tym nie pisał. Nie był to jednak popularny temat dla książek reportażowych czy powieści, więc większość informacji można dziś znaleźć tylko w naukowych opracowaniach, które niestety nie są szeroko znane i nie mają przebicia do obowiązujących dziś podręczników historii. Niestety, bo kiedy patrzymy na historię z tej perspektywy, to naprawdę możemy wiele więcej zrozumieć na temat otaczającej nas rzeczywistości, Łodzi, kraju, nas samych.

Jakim miastem była Łódź ich młodości?
Opowieść zawarta w książce snuje się przez około dwa wieki, więc nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie. Jeżeli istnieje tu jakiś element wspólny pomiędzy Łodzią z czasów młodości XIX-wiecznych robotnic i włókniarek z pokolenia naszych babć, to to, że było to miasto, w którym wciąż jeszcze działał przemysł. Przemysł często zanieczyszczał środowisko i stwarzał bardzo trudne warunki pracy, ale dawał zatrudnienie i zarobek, wokół niego wytwarzały się lokalne wspólnoty.

Czy finalnie znalazły w niej szczęście?
A czym jest szczęście? To bardzo trudne pytanie, bo każda osoba inaczej definiuje to w życiu i inaczej ocenia swoje życie u jego kresu niż w momencie kiedy będzie o to pytana po całym dniu spędzonym w fabrycznej pracy, pośród pyłu przędzalniczego albo hałaśliwych krosien. Jedne z nich lubiły swoją pracę, mimo że była bardzo ciężka, inne nie. Jednym udało się ułożyć sobie życie, innym nie. Jedne z nich były szczęśliwe, inne nie. Tak jak my dzisiaj.


sierpnia 09, 2018

5 pytań do reporterki: Joanna Szyndler

5 pytań do reporterki: Joanna Szyndler

Joanna Szyndler - od 2012 roku redaktor naczelna miesięcznika „Podróże”. Związana z fundacją Strefa WolnoSłowa, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Autorka książki „Kuba - Miami. Ucieczki i powroty”.

Czego o reportażu nauczyła Cię praca redaktor naczelnej miesięcznika „Podróże”?
Nie wiem, czy teksty, które publikujemy w „Podróżach”, można nazwać reportażami. Czasem się nad tym zastanawiam. Naszymi bohaterami stają się miejsca, czy to będzie Paryż, czy Borne Sulinowo, czy Mũi Né w Wietnamie. Ale dawno temu odeszliśmy od krajoznawczej, suchej opowieści o zabytkach. Piszemy o świecie przez pryzmat ludzi stamtąd, szukamy konkretnych tematów, szczegółów, historii. Dzięki „Podróżom” i podróżom wciąż przypominam sobie, że świat jest także piękny. I że pozytywne historie mogą być równie ważne. Czytając klasyczne reportaże, można czasem o tym zapomnieć.

Czy masz jakieś rady dla tych, którzy dopiero zaczynają pisać o podróżach?
Może żeby za bardzo nie skupiali się na sobie. Bo z tekstami podróżniczymi jest trochę jak ze zdjęciami z wakacji. To, co zjedliśmy na śniadanie, zainteresuje mamę i ciocię, ale nieznajomego już niekoniecznie. Aby usiąść do pisania tekstu podróżniczego, też trzeba mieć temat, obmyślić strukturę, znaleźć rozmówców. Lepiej nie zaczynać tym, że wysiadło się z samolotu. Choć oczywiście emocje i własne przeżycia też są ważne. 

O czym jest Twoja książka?
Książka „Kuba - Miami. Ucieczki i powroty” opowiada o ludziach, którzy uciekli z Kuby lub o tym marzyli. O tych, którzy zbudowali w Miami drugą ojczyznę.  O narastającej przez lata nienawiści między Kubańczykami do końca wierzącymi w Rewolucję, i tymi, którzy codziennie przeklinają Fidela Castro. Piszę też o wyspie po śmierci Komendanta, o nadziei na nową przyszłość albo wręcz przeciwnie - strachu przed nią. 

Dlaczego Kuba i skąd taki właśnie temat?
Mój mąż jest Kubańczykiem, jeżdżę na wyspę od lat. Poznawałam historię osób z rodziny, sąsiadów. Ciągle ktoś opowiadał o znajomych z Miami. Zaczęłam pytać, szukać informacji o wielkich falach emigracji. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego np. w latach 60. wysłano do Stanów z Kuby 14 tysięcy dzieci, zupełnie samych. Czemu ich rodzice zdecydowali się na taki krok, na wieloletnią rozłąkę? Odkryłam, że kubańska emigracja to temat szczególny. Szperałam w historii, ale zawsze w odniesieniu do teraźniejszości, do dzisiejszego życia na wyspie i w Miami. 

Masz ulubione książki o Kubie?
Może to dziwne, ale nie mam. Za to chętnie polecę filmy. Jeden z najlepszych dokumentów, jakie kiedykolwiek widziałam, to „Balseros”. Hiszpańscy filmowcy towarzyszą Kubańczykom podczas wielkiego kryzysu migracyjnego w 1994 roku, gdy tysiące ludzi wypływają na Florydę na tratwach, dętkach, na byle czym. Po latach twórcy wracają do swoich bohaterów, sprawdzają, jak potoczyły się ich losy. Bardzo lubię też jedyny kubański film nominowany do Oscara - „Truskawki i czekolada”. O miłości, niezrozumieniu, nadziei.


lipca 23, 2018

5 pytań do reporterki: Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz

5 pytań do reporterki: Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz

Fot. Valentyn Kuzan

Najlepsze książki o Rosji, Białorusi i Ukrainie, jakie czytałaś to?
Wielkie wrażenie zrobiły na mnie, oczywiście, reportaże Światłany Aleksijewicz. Zwłaszcza „Czarnobylska modlitwa”.  Czytałam je ponad 15 lat temu, na I i II roku studiów, kiedy jeszcze Wschód był (dla mnie) wielką niewiadomą.  Ucieszyłam się, kiedy Czarne przypomniało te reportaże. „Łysinę Lenina” Arkadija Waksberga kupiłam przez przypadek. Okazała się odkryciem. To wspomnienia radzieckiego adwokata, co już na wstępie brzmi jak oksymoron. Tymczasem opowieści Waksberga pokazują daleko bardziej skomplikowany świat radzieckiej jurysdykcji, niż mogłoby się to wydawać na podstawie nagromadzonych w Polsce stereotypów. Wartkie, poruszające opowieści z przedziwnej krainy, którą bardzo trudno zrozumieć (ta książka trochę w tym pomaga).
Najlepsze, co napisano o Białorusi, zebrane zostało przez znakomite  tłumaczki i redaktorki, Małgorzatę Buchalik i Katarzynę Kotyńską w książce „Białoruś, kraina otoczona wysokimi górami”. To antologia opowiadań. Perełka. Chociaż akurat Białoruś najlepiej chyba zrozumieć przez poezję. Polecam antologię młodych poetów „Pępek nieba” oraz tomik „Rękę do nogi” mojej ulubionej poetki, Wiery Burłak – Żybul (do obu publikacji dołożyłam swoje 3 grosze, tłumacząc wiersze Wiery do spółki z Adamem Pomorskim – była to wielka przyjemność, białoruski jest najbardziej śpiewnym językiem na świecie). 

"Przeszłość"

Lekarstwa niesprawdzone
I przeterminowane
Niezachmurzone twarze
I rymowane słowa

Na różanych szpalerach
Róże szare bo szare
A w pokoju dziecięcym
Złote pieski i kotki

A jakie tam rozmowy
A jakie tam milczenie
A jakie tam uśmieszki
A jakie tam choroby

A w pokoju dziecięcym
Lekarstwa niesprawdzone
I przeterminowane
Na różanych szpalerach

[Wiera Burłak –Zybul, tłum. Adam Pomorski, wyd. Pogranicze].

Więcej czytasz czy piszesz?
Rok temu przeczytałam 68 książek (większość z nich dotyczyła tematu nad którym pracuję). W tym roku - a z jego końcem muszę oddać  swoją książkę - przeczytałam mniej. Choć tak naprawdę czytam więcej. Stosy dokumentów, relacji, wspomnień. Wyjmuję z książek to, co potrzebuję (a na listę trafiają tylko te przeczytane od deski do deski).
Wolę czytać, niż pisać.

Co czytasz teraz?
Dokumenty z archiwów polskich, ukraińskich, brytyjskich, izraelskich. Tysiące stron, zdjęć, papierów. Staram się zachować  porządek  chaosie z pomocą technologii.
Nie ma sensu wymieniać wszystkich książek z którymi aktualnie pracuję. Powiem tylko, że polubiłam wszelakie dzienniki. Ich autorom jestem w stanie wybaczyć nawet śmiertelne grzechy:  dłużyzny, powtórzenia, rozwlekłości.
Właśnie czytam pierwszy tom dzienników Agnieszki Osieckiej (1945-50) i sprawiają mi on wielką przyjemność.

Co takiego znalazłaś na Wschodzie, czego nie ma Zachód?
Kiedy wybierałam „wschodoznawstwo”, taki dziwny kierunek studiów na UAM w Poznaniu, wydawało się, że na Zachodzie - w tym i u nas -  historia się skończyła. Unia Europejska, nowe lepsze drogi i nuda.  Wszystko, co ciekawe działo się po drugiej stronie Bugu.
To oczywiście okazało się naiwną wizją. Historia „zachodniego” świata właśnie przyspiesza, ale nie żałuję, że wybrałam poradziecki Wschód. Mam tę samą grupę krwi, jak ludzie stamtąd (zwłaszcza z Ukrainy). Wydaje mi się, że intuicyjnie rozumiem zachodzące tam procesy, nim jeszcze włączę rozum, sięgnę po zapamiętane z książek teorie. Ukraińskie recenzje „Zabić smoka”, listy od ukraińskich czytelników chyba to potwierdzają.
Ostatnie 3 lata spędziłam na Zachodzie. Teksas, gdzie rok mieszkałam, okazał się kopalnią reporterskich tematów. Korzystałam z nich, na ile pozwoliły okoliczności (tj. ciąża, poród, noworodek). I choć historie, które mi opowiadano były dramatyczne, czułam je rozumem, a nie sercem (brzmi dość tandetnie, ale tak to wygląda).

O czym będzie Twoja nowa książka?
Będzie to podwójna biografia. Bohaterowie mojej książki mieli długie i dramatyczne życie. Choć już nie żyją, wciąż budzą emocje. Staram się przyjrzeć ich wyborom, zdekonstruować narosłą wokół nich czarną legendę, by zobaczyć, co tak naprawdę zdarzyło się w ich życiu. Fascynująca praca.


Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz - od ponad dekady podróżuje i pisze o Rosji, Białorusi i Ukrainie. Jest autorką reportaży, wywiadów i analiz prasowych, okazjonalnie tłumaczy z białoruskiego i rosyjskiego. Studiowała w Poznaniu, Warszawie, Mińsku, Charkowie i Moskwie. Uhonorowano ją nagrodą Amnesty International „Pióro Nadziei” (2011), była nominowana między innymi do Nagrody Grand Press za reportaż o Biesłanie i Nagrody PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego za zawarty w książce Zabić Smoka reportaż o linczu w Donieckiej Republice Ludowej. Jest stypendystką Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Książka Zabić smoka została nominowana do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego (2017). „Zabić smoka” przetłumaczono na ukraiński.

lipca 19, 2018

Wydarzenie: Spotkania literackie podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Nowe Horyzonty 2018

Wydarzenie: Spotkania literackie podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Nowe Horyzonty 2018


Po raz kolejny, podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Nowe Horyzonty nie zabraknie literatury. W tym roku z pisarzami i pisarkami Michał Nogaś będzie rozmawiał w dniach 28.07-2.08. Będzie o powieściach, reportażu i filmie o Ryszardzie Kapuścińskim.

Program:

28.07, godz. 18:00 - spotkanie z Martyną Bundą, która opowie o poświęconej silnym Kaszubkom książce „Nieczułość” oraz o literaturze kobiecej.

29.07, godz. 18:00 - spotkanie z Jackiem Dehnelem i Piotrem Tarczyńskim o nowej odsłonie przygód profesorowej Szczupaczyńskiej (Seans w Domu Egipskim).

30.07, godz. 18:00 - spotkanie z Adamem Wajrakiem autorem „Wielkiej księgi prawdziwych tropicieli”, o przyrodzie.

31.07, godz. 18:00 - spotkanie z Damianem Nenowem, Urszulą Glensk i Wojciechem Jagielskim o animowanym dokumencie „Jeszcze dzień życia”, który został oparty na książce Kapuścińskiego.

02.08, godz. 18:00 - spotkanie z Karoliną Sulej i Mateuszem Kubikiem o tym, czy rzeczywiście „Wszyscy jesteśmy dziwni” - jak głosi tytuł ich reportażu o Coney Island.

lipca 05, 2018

5 pytań do reporterki: Dorota Groyecka

5 pytań do reporterki: Dorota Groyecka
fot. Adam Karbowski


Wciąż jeszcze czytasz książki reporterskie? Nie masz dość czytając na co dzień teksty do „Non/fiction”?
Nie odkryję niczego nowego – to, co staje się pracą, traci trochę uroku, nabiera innego charakteru. Na pewno przyjemność z czytania reportaży odkąd wydaję „Non/fiction” jest inna, bo stanowi redaktorskie wyzwanie. Praca nad naprawdę dobrym materiałem jest ekscytująca, a przestawianie fragmentów, wycinanie zbędnych słów i zdań, to trochę taka chirurgiczna podnieta i dobre ćwiczenie dla mózgu. Ale szkoda mi trochę utraty czytelniczej niewinności – czytam teraz dużo bardziej czepliwie, wkurzam się, kiedy w książkach znajduję oczywiste błędy redaktorskie czy korektorskie. Tym, czego czasem mam dość w literaturze faktu, jest powtarzalność stylu. Dlatego w czasie wolnym od redagowania sięgam po beletrystykę i trochę poezji. Szukam ciekawych formalnych rozwiązań i luzu, na który pozwala zmyślanie.

A gdzie Twoim zdaniem w reportażu kończy się literacki styl autorów i autorek a zaczyna kłamstwo?
To ciekawe, że musimy zadawać sobie to pytanie, bo wydawałoby się, że odpowiedź jest prosta – tam, gdzie opowieść jest niezgodna z faktami. Ale trzeba zwrócić jeszcze uwagę na drugą sprawę – korzystanie z dorobku innych ludzi – dziennikarzy, dokumentalistów, naukowców. Nie można opierać swojej opowieści na ich pracy, bez wyraźnego oznaczenia tych miejsc w tekście. Nie jest w porządku używanie stylistycznych zabiegów, które mogą wprowadzać czytelnika w błąd, czyli np. sugerować, że spotkaliśmy się z bohaterem tekstu albo byliśmy naocznymi świadkami jakiegoś wydarzenia, jeśli tak nie było. Najlepszym zdarza się tu potknąć.

Masz książkę do której regularnie wracasz?
W dzieciństwie bardzo często wracałam do swoich ulubionych książek – m.in. do wszystkiego co napisała Astrid Lindgren, do przygód Pana Samochodzika czy Muminków. Wtedy nie miałam poczucia, że życie jest zbyt krótkie, żeby jedną książkę czytać 10 razy. Teraz w czytanie wkrada się poczucie powinności, ambicja i social media – deprymują mnie posty znajomych, w których podliczają, ile książek przeczytali już od początku roku. Pewnie to samo czują ludzie, którym zależy na rzeźbie ciała, kiedy oglądają na Instagramie zdjęcia sportowców i modeli. A ja niestety nie czytam superszybko i chociaż właściwie każdego dnia towarzyszy mi jakaś książka, to moje roczne zestawienia nie są imponujące. Strasznie lubię Otę Pavla za to, że przyznawał się do czytelniczego ignoranctwa. W pewnym momencie miał zabrać się za krótką listę klasyków, a kiedy dobrnął do końca stwierdził, że nie musi już znać innych książek. Może w tym szaleństwie jest metoda? W każdym razie ostatnimi czasy rzadko pozwalam sobie na powroty, ale jak już, to np. do swoich absolutnych mistrzyń – Getrudy Stein, znów Tove Jansson i Jane Bowles. Uwielbiam i jednocześnie nienawidzę tej ostatniej za to, że zostawiła po sobie tak mało – zaledwie jedną powieść, cienki zbiór opowiadań i sztukę teatralną. Ale może wystarczy w życiu napisać jedną genialną książkę?

A ostatnio, która książka zrobiła na Tobie największe wrażenie?
„Zapiski z domu wariatów”, Christine Lavant. Po lekturze byłam pewna, że oparła tę książeczkę na zapiskach, które prowadziła przebywając w szpitalu psychiatrycznym w 1935 roku. Później trafiłam na informację, że nikt z personelu nie przypominał sobie, żeby Lavant prowadziła dziennik czy cokolwiek notowała. W niesamowity sposób udało się jej po 10 latach wydobyć z pamięci atmosferę kliniki i emocje, które odczuwa pacjent, będący na granicy – dla jednych zbyt normalny, dla innych zbyt szalony. U nas wydana dopiero w zeszłym roku przez Ossolineum.

Co teraz czytasz?
„Moje ostatnie tchnienie”. Luis Buñuel już na pierwszej stronie zaznacza: „Nie jestem człowiekiem pióra. Książkę tę pomógł mi napisać Jean-Claude Carriere, zachowując wiernie wszystko, co mu powiedziałem podczas naszych długich rozmów”. I faktycznie, to coś między autobiografią a rozmową rzeką, z której wycięto pytania. Łapię się na tym, że obmyślam, jak inaczej uporządkowałabym niektóre fragmenty. Ale wciągnęła mnie od pierwszych zdań: „Dopiero kiedy zaczynamy tracić pamięć, choćby po trochu, zdajemy sobie sprawę, że pamięć jest istotą całego naszego życia. Życie bez pamięci nie byłoby życiem, tak jak inteligencja bez możności wysławiania się nie byłaby inteligencją. Nasza pamięć jest naszą spójnią, naszym rozumem, naszym działaniem, naszym czuciem. Bez niej jesteśmy niczym”.  

Dorota Groyecka  - Absolwentka dziennikarstwa, filologii polskiej, kulturoznawstwa i Polskiej Szkoły Reportażu. Autorka książki „Gentryfikacja Berlina. Od życia na podsłuchu do kultury caffe latte”. Redaktorka naczelna nieregularnika reporterskiego „Non/fiction”.


….

„5 pytań do reportera/reporterki” to nowy cykl krótkich tekstów, w których reporterzy i reporterki odpowiadają na pytania, dla których punktem wyjścia są książki. Plan jest taki, że teksty będą ukazywać się w każdy wtorek, ale zobaczymy jeszcze jak to się uda ;)

lipca 04, 2018

Wydarzenie: Festiwal NON-FICTION. Program

Wydarzenie: Festiwal NON-FICTION. Program


Znamy już program festiwalu reporterskiego NON-FICTION!

PIĄTEK, 6 LIPCA
(Dolne Młyny)

Lunik IX: wystawa fotografii Damiana Lemańskiego. Jak się żyje na romskim osiedlu w Koszycach? Wystawa czynna do końca festiwalu.

UN-POSED NY: wystawa fotografii Anny Kłosek i Damiana Chrobaka. Ludzie, detal i ruch nowojorskiej ulicy. Wystawa czynna do końca festiwalu.

Reporterki: Magdalena Wdowicz-Wierzbowska Portrety polskich reporterek. Wystawa czynna do końca festiwalu.

18:00 Beata Chomątowska, Betonia. Podróż po blokowiskach Europy.

19:00 Agata Grabowska, Katarzyna Gałek, Marcin Goczur, Karol Rubinkiewicz – projekt Światła Małego Miasta. Projekt badawczo-reporterski Instytutu Reportażu opisujący codzienność najmniejszych polskich miast.

20:00 Katarzyna Boni, Kontener. Miasto-obóz. O jordańskim Zaatari, drugim na świecie pod względem liczby ludności obozie dla uchodźców.

21:00 Świat bez fikcji: Praca po polsku. Dyskusja z udziałem Adriany Rozwadowskiej (Gazeta Wyborcza), Olgi Gitkiewicz (Nie hańbi) i Marka Szymaniaka (Urobieni).

SOBOTA, 7 LIPCA

10:00 – 15:00 Laboratorium reportażu z Marcinem Kąckim Warsztaty reporterskie Miasta Literatury UNESCO Liczba miejsc: 12, obowiązuje rejestracja na www.pisz.miastoliteratury.pl

13:00 Małgorzata Nabel-Dybaś, Pamiętnik z wieżowca Małgorzata. Historia bloku, historia regionu, historia kraju. (Dolne Młyny)

14:00 Anna Kłosek, UN-POSED NY. Spotkanie z członkinią kolektywu fotoreporterskiego Un-Posed. (Dolne Młyny)

15:00 Anna Dudzińska, Ulice Węglowe. O górnikach zwalnianych z kopalni, biedaszybach i problemach Śląska z 2004 roku z perspektywy korespondentki z Dubaju. (Dolne Młyny)

16:00 Aleksandra Łojek, Belfast. 99 ścian pokoju. Historia, ideologia i codzienność miasta, które składa się z różnic. (Dolne Młyny)

16:00 #opartenafaktach na festiwalu NON-FICTION: Marek Szymaniak, Urobieni. Niewygodna prawda o polskim rynku pracy. (Kawiarnia Literacka)

17:00 Paulina Wilk, Pojutrze. O miastach przyszłości. Czy w miastach przyszłości androidy będą śnić o elektrycznych owcach? (Dolne Młyny)

18:00 Filip Springer Polskie miasta – co poszło nie tak? (Dolne Młyny)

19:30 Laureaci Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego: Rana Dasgupta. Spotkanie z autorem Delhi, Stolica ze złota i snu, laureatem Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego 2017 za Reportaż Literacki i Nagrody im Emile’a Guimeta. (Dolne Młyny)

21:00 Od reportażu do dokumentu: Lidia Duda. Spotkanie i pokaz reportażu: Nie zgadzam się na świat, w którym żyją moi bohaterowie i dokumentu: Uwikłani. (Dolne Młyny)

22:30 Z białasami trwamy. Koncert: Piernikowski. Bilety 25/35pln (Dolne Młyny, ZetPeTe)

NIEDZIELA, 8 LIPCA
(Dolne Młyny)

15:00 Ewelina Kosałka-Passia, Między schodami. Jak wyglądało życie w Będzinie w 1944 roku? I dlaczego w tej historii kluczową rolę miał schowek pod schodami?

16:00 Joanna Czeczott, Petersburg. Miasto Snu. Geograficzny wschód, kulturowy zachód. O mieście pełnym paradoksów.

17:00 Premiery NON-FICTION: Ola Synowiec, Dzieci szóstego słońca. W co wierzy Meksyk. O współczesnym Meksyku, w którym coca-cola bywa świętym napojem, a czarownicy mają strony na facebooku.

18:00 Francesco M. Cataluccio, Czarnobyl. Domy bez ludzi? Zapomniana historia miasta przed katastrofą.

19:00 Damian Lemański, Lunik IX. Opowieści z romskiego osiedla w Koszycach.

20:00 Marcin Kącki, Poznań. Miasto grzechu i Białystok. Biała siła, czarna pamięć. Miasto: tajemnica bolesna. Nieprzepracowane traumy, niewypowiedziane historie.


AKADEMIA NON-FICTION: MIASTO
(Pawilon Wyspiańskiego, Pl. Wszystkich Świętych 2)

Piątek, 6.07.2018 r.

14:00 Prof. Kazimierz Wolny-Zmorzyński: Źródła informacji miejskiego reportera. Gdzie szukać dobrego tematu, a które tropy prowadzą donikąd?

16:00 Prof. Igor Borkowski: Reporter w małym mieście. Co dostrzega na prowincji, co go w niej urzeka, dziwi, prowokuje?

Sobota, 7.07.2018 r.
15:00 Marek Miller: Od szczegółu do ogółu. Poznamy dzieje Bazaru Różyckiego i dowiemy się, jak przez pryzmat jednego miejsca można opisać specyfikę całej Warszawy.

17:00 Julianna Jonek: Warsztat redakcji. Piszemy i wrzucamy do druku? Nic podobnego. Końcowy tekst może zupełnie różnić się od pierwszej wersji. Dowiemy się też, jak oddać klimat opisywanego miejsca.

Niedziela, 8.07.2018 r.

14:00 Prof. Jacek Wasilewski: Narracje o metropoliach. Jak opowieści o mieście i relacji miasto-człowiek kierują naszymi ocenami?

16:00 Dawid Serafin: Magiczny Kraków? To tylko pozory. Jak w mieście Lajkonika i deszczu na Brackiej znaleźć mroczny temat, dobrze go udokumentować i sprawnie napisać.

czerwca 25, 2018

5 pytań do reporterki: Małgorzata Purzyńska

5 pytań do reporterki:  Małgorzata Purzyńska

 Fot. Włodek Pawłow

Pamiętasz książkę, przy której lekturze po raz pierwszy w życiu zawaliłaś noc?
Może to była „Wyspa złoczyńców”, którą mi przyniósł tata, gdy leżałam chora w łóżku? A może „Siódme wtajemniczenie”? Przeczytałam je niezliczoną ilość razy. Najprawdopodobniej była to jednak książka, którą znalazłam w starej, ogromnej żeliwnej miednicy. Któregoś lata pojechaliśmy całą rodziną na wczasy do Kołobrzegu. W naszym ciemnym i ciasnym pokoju (kwatery prywatne nastawione na wyzysk człowieka pracy) stały cztery tapczany i szafa, a na niej miska. Zajrzałam do środka. Leżała tam książka o pożółkłych kartkach. Brakowało okładki, początku i końca. To były baśnie. Główna bohaterka jeździła na wrotkach, owijała się w sieć rybacką i rozwiązywała zagadki. Jak mantrę powtarzała następujące zdanie: ranek jest mądrzejszy od wieczora. Mam ten blok kartek w szpargałach. Nigdy nie próbowałam ustalić, kto jest jej autorem. I niech pozostanie to dla mnie tajemnicą.

Więcej czytasz zawodowo czy hobbystycznie?
Zaczęłam czytać bardzo dużo, gdy miałam dziesięć lat. Moja wypożyczalnia mieściła się w starej synagodze, więc spacer do biblioteki, to była podróż w kilku wymiarach – do dziwnego budynku i do świata opowieści. Czytałam książki przygodowe, popularno-naukowe i biografie. Któregoś roku przeczytałam dwieście książek. Przez ostatnich kilkanaście lat czytałam głównie książki reporterskie. Ciekawiło mnie, jak ludzie opisują świat. Czasem tylko ściągnęłam z półki tomik wierszy.
Myślę, że poszukiwania formalne w reportażu, eksperymenty, przekraczanie granic gatunkowych, to ciekawy trop i kibicuję wszystkim kolegom, którzy to robią. Z zainteresowaniem czytam dysputy wokół prawdy w reportażu. Myślę, że fakty są ważne, najważniejsze, ale to, co wydobędziemy z czeluści, jakie światło skierujemy na te fakty, rozłożymy akcenty, które szczegóły wydobędziemy, ma zasadniczy wpływ na odbiór tekstu. Ważne jest to, by temat był ważny społecznie, rezonował, ale ja nie mam odpowiedniego temperamentu do takiej pracy. Uważam, że nie należy robić niczego wbrew sobie. Czułam, że reportaż to dla mnie za mało, że coś mnie uwiera. Zapisałam się na studia podyplomowe na polonistyce. Dostałam długą listę lektur i tak się przymusiłam, całkiem świadomie do czytania. Aby pisać dobrze, trzeba też czytać inne rzeczy, poezję, prozę, nawet te książki, z którymi nie jest nam po drodze, których nie lubimy, nie rozumiemy. Dlatego uważam, że przymusy czy snobizmy nie są złe. Kupujemy i czytamy (lub staramy się czytać) Ulissesa czy encyklopedię gadów – i wtedy jakieś zdanie, słowo, okładka, rozmowa o książce – otwierają nas.

Czy praca w wydawnictwie wpłynęła na sposób, w jaki myślisz o swoich książkach – zarówno tych już napisanych jak i tych, dopiero w sferze pomysłów?
Wiem, że książka jest zarówno wytworem myśli, serca, jak i produktem. A czy to ma wpływ na to, jak podchodzę do pisania? Nie. Piszę, tak, by czytelnicy nie męczyli się, biorąc moją książkę do ręki. Buduję sceny, a nie ględzę. W zdaniu ważny jest dla mnie rytm, melodia języka. Redagując tekst, zadaję sobie pytanie: o czym to jest – to zdanie, ten akapit, ten rozdział, ta książka? Jak uważam, że coś jest niepotrzebne – kosz! (nauczyłam się tego od Maćka Dyrygasa, świetnego filmowca i dokumentalisty). Ale zbieram tak dużo materiałów, że z katalogu „śmieci” wysypują mi się na biurko.
Uważam, że pisząc (również reportaż, czy w ogóle literaturę faktu), trzeba być szczerym wobec siebie, iść za głosem wewnętrznym i dbać o niego. Nie pisać zdań, które ładnie brzmią, ale są fałszywe dla nas. Piszę o tym, co mnie dotyczy lub interesuje. Gdy chciałam dowiedzieć się czegoś o rozmawianiu z ludźmi, poszłam do Teresy Torańskej, mistrzyni wywiadu. Tadeusza Rolke, prekursora polskiej fotografii reportażowej, emablowałam o to, jak fotografować, ale i o to, jak żyć. Pokazałam jego długie, barwne życie na szerokim tle XX-wiecznej historii Polski. Z tych rozmów powstały książki. Pierwsza cieniutka, ale bardzo pożyteczna dla dziennikarzy, druga cegła, ale szybko się ją czyta (pewnej pani zajęło to dobę) i przydatna dla osób myślących obrazem.
Teraz pracuję nad biografią Henryka Wujca, legendarnego opozycjonisty z czasów PRL oraz nad tomikiem poetyckim. Mam kilka tematów rozgrzebanych, które mnie męczą.

Jak w ogóle zaczęła się Twoja przygoda z reportażem?
Szłam Nowym Światem i zobaczyłam ogłoszenie Laboratorium Reportażu w 2004 roku. Wiele lat później zrobiłam roczny kurs w Polskiej Szkole Reportażu. Ale tak naprawdę moja przygoda z reportażem zaczęła się w dzieciństwie – od przyglądania się światu, który mnie otaczał, zabaw na podwórku z dziećmi, z których każde miało inną historię, od mojej ciekawości i pytań, które można sprowadzać do jednego: co się stało?
Czytam ogłoszenia na ścianach, napisy na murze, bilety, ścinki… Jeśli na chodniku zobaczę kartkę, podniosę ją, by zobaczyć, co jest na niej nabazgrane. Gdy Mariusz Szczygieł przyniósł na zajęcia swoje notatki (a używał kartek z odzysku, z jednej strony zadrukowanych), przeczytałam na rewersie: podatki wiosna, kanapa, jakieś imię żeńskie (chyba Jola), a przy każdej pozycji była kwota. Wiem, ile kosztowała kanapa Szczygła kupiona około roku 2013.

O czym Twoim zdaniem reporterzy i reporterki wciąż piszą za mało?
O szczęściu. To w ogóle nie jest temat na czasie.

Małgorzata Purzyńska – archeolog, dziennikarka, piarowiec, wydawca. Absolwentka Laboratorium reportażu (UW), Polskiej Szkoły Reportażu (Instytut Reportażu) oraz Szkoły mistrzów. Studium technik pisarskich (UW). Od kilkunastu lat zawodowo związana z mediami i branżą wydawniczą. Była m.in. redaktorem naczelnym magazynu „Przyjaciel Pies”, szefową Działu Marketingu w Wydawnictwie Lekarskim PZWL (grupa PWN), obecnie szefuje Działowi Publikacji w Domu Spotkań z Historią. Autorka książek „Ja, My, Oni. Teresa Torańska w rozmowie z Małgorzatą Purzyńską”, „Tadeusz Rolke. Moja namiętność”.

….

„5 pytań do reportera/reporterki” to cykl krótkich ankiet, w których reporterzy i reporterki odpowiadają na pytania, dla których punktem wyjścia są książki. Teksty ukazują się w każdy wtorek.

czerwca 24, 2018

3 ciekawe książki o Egipcie

3 ciekawe książki o Egipcie

Egipt. Kraj, który odwiedzałam wielokrotnie a opuszczając go zawsze myślałam, że więcej nie wrócę. Nigdy nie czułam się w nim dobrze, nigdy bezpiecznie. A jednak coś mnie przyciągało. I chyba nadal przyciąga…

Przyjeżdżałam, zwiedzałam, poznawałam ludzi, szwędałam się z nimi i rozmawiałam. Pisałam reportaże - społeczne i podróżnicze. Mój najnowszy tekst z Kairu ukazał się właśnie w magazynie „Podróże”. Z tej okazji chciałam Wam polecić moje 3 ulubione książki o Egipcie – reportaż, powieść i książkę naukową.


1. Egipt: Haram halal, Piotr Ibrahim Kalwas, Dowody na istnienie, 2015
Choć w tytule mamy Egipt, książka pisana jest z perspektywy jednego miasta.  Piotr Ibrahim Kalwas jest Polakiem, muzułmaninem, mieszka w Aleksandrii, a jego teksty dotyczą często sytuacji, które rozgrywają się w pobliżu jego domu – w windzie, w pobliskim sklepie, czy na ulicy, którą obserwuje ze swojego balkonu. Większość tekstów jest krótka. Nierzadko dotyczą one rzeczy pozornie błahych. Ot, polska firma Inglot wyprodukowała lakier do paznokci, który został uznany za halal. I co z tego? Te drobiazgi składają się na ciekawy i skomplikowany obraz współczesnego Egiptu. Pomagają zrozumieć Egipcjan i ich pełne paradoksów życie.

2. Kair. Historie miasta, AlSayyad Nezar, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2016
„Kair. Historie miasta” to książka naukowa, napisana przez profesora uniwersytetu Berkeley i erudytę. To książka fascynująca i stworzona z pasją. AlSayyad Nezar zajmuje się architekturą, designem i urbanistyką. Opowiadając o największym mieście Afryki w niezwykle ciekawy sposób przedstawia dzieje jego przemian oraz historię obecnego, tak złożonego oblicza. Sporo informacji w książce dotyczy samej architektury, ale także kultury i dziejów Kairu. Myślę, że niezależnie od tego, czy ktoś dopiero się do Kairu wybiera, czy też spędził w nim kilka lat, znajdzie w niej coś dla siebie. Coś nowego i odkrywczego.

3. Kair, historia pewnej kamienicy, Aswany Al Alaa, Media Lazar, 2008
Powieść ciekawa zwłaszcza dla tych, którzy nie mieli okazji uczestniczyć w życiu toczącym się w Kairze. Jedna kamienica, zamieszkana przez różnych ludzi – biednych i bogatych, starych i młodych, kobiety i mężczyzn - pozwala nam to kairskie życie podpatrzyć. Na szczęście nie ma tu idylli a powieść moim zdaniem dość wiernie oddaje kairskie realia. Autor nie unika tematów trudnych, jak molestowanie seksualne, religijna hipokryzja, homoseksualność w muzułmańskim świecie, czy korupcja. Ci, którzy Egiptu nie znają, mogą być zaskoczeni.

czerwca 19, 2018

5 pytań do reportera: Bartosz Józefiak

5 pytań do reportera: Bartosz Józefiak


Co teraz czytasz? 
„Polskiego Hydraulika” Zaremby-Bielawskiego. Zbiór reportaży ze Szwecji. Tam zupełnie co innego nazywają reportażem.

Czy jest książka, na którą czekasz? 
Wszystko od pary Łazarewicz – Winnicka.

Ulubieni reporterzy i reporterki? 
Marcin Kącki – za zdolność docierania do faktów, Marcin Kołodziejczyk – za język, Swietlana Aleksijewicz – za wrażliwość. A jest ich znacznie więcej.

O czym Twoim zdaniem wciąż pisze się za mało?  
O sytuacji Ukraińców w Polsce. Wciąż tu jest wielka dziura.

Czy reporter zawsze powinien być zaangażowany społecznie? 
Reporter zawsze powinien oddawać głos tym, którzy go nie mają. Nie wiem jednak, czy to oznacza, że jest „zaangażowany społecznie”.

Bartosz Józefiak – Mieszka w Łodzi. Pisze o Polsce dla „Dużego Formatu”, „Tygodnika Powszechnego” i „Weekend.Gazeta.pl”.


….

„5 pytań do reportera/reporterki” to nowy cykl krótkich tekstów, w których reporterzy i reporterki odpowiadają na pytania, dla których punktem wyjścia są książki. Plan jest taki, że teksty będą ukazywać się w każdy wtorek, ale zobaczymy jeszcze jak to się uda ;)

czerwca 11, 2018

5 pytań do reportera: Kamil Bałuk

5 pytań do reportera: Kamil Bałuk


W jakich językach czytasz książki?
Po polsku, angielsku i niderlandzku. W tych dwóch obcych językach podobnie często, zależy, jak wypadnie. Jeśli książka jest dostępna we wszystkich trzech, to raczej w oryginalnym. Oprócz tego jakieś dziesięć lat temu przeczytałem jedną książkę po szwedzku, po półrocznej intensywnej nauce w Uppsali. Dzisiaj już bym nie dał rady i nie widzę też potrzeby, szwedzki etap zakończony i dzięki temu, że średnio mi się podobał, zaczął się ten holenderski. Co do języków, to kiedyś wydawało mi się, że ich znajomość jest kluczem do wszystkiego. Wydaje mi się, że uczyłem się trochę snobistycznie. Teraz przychylam się bardziej do zdania, że to umiejętność, jak każda inna.
Najbardziej lubię czytać po polsku, bo w literaturze i w pisaniu najciekawszy jest dla mnie styl, a w swoim własnym języku wyczuwasz go najlepiej.

Czy to, w jakim języku mówisz, ma wpływ na to, o czym mówisz lub jak się zachowujesz?
Oczywiście! Historyjka: kiedy byłem młodszy, miałem idiotyczną ambicję opanowania akcentu po angielsku na poziomie native speakera i nauczenia się nowych języków do perfekcji. Chyba była w tym potrzeba wyróżniania się na tle innych, bardzo głupia i niedojrzała. Szczęśliwie, już na początku studiów pojechałem na semestr do Szwecji i poznałem ludzi ze wszystkich anglojęzycznych krajów, na czele z Australijczykami, których w tamtym czasie ledwie byłem w stanie zrozumieć. Spokorniałem. W moim akademiku pokój obok miała pewna Węgierka na Erasmusie, która od kilkunastu lat mieszkała w Anglii i nawet nie używała swojego prawdziwego imienia, zmieniła na brytyjskie. Ja po akcencie nie byłem w stanie poznać, że nie jest Brytyjką, moim zdaniem mówiła idealnie, ale wszyscy Brytyjczycy czy Amerykanie to rozpoznawali. Bardzo ją to złościło. Nauczyłem się wtedy, że nie ma sensu męczyć się przesadnie z akcentem. Lepiej pogodzić się z tym, skąd jesteśmy, znaleźć jakieś zalety. Widziałem kilkukrotnie, jak Holendrzy z Amsterdamu rozmawiając z Flamandami i rozpoznając ich akcent, przechodzili złośliwie na angielski. A przecież i ci, i ci są nejtiwami i doskonale się nawzajem mogą porozumieć, chodziło o durny manifest. To tak, jakbyśmy my przechodzili na angielski z Poznaniakami, bo mówią „tej”. To wszystko takie umowne.
Wracając do meritum, to język polski jest moim żywiołem, jedynie w nim jestem w pełni sobą. Po angielsku jestem sobą już tylko na 90%, czuję się obcięty o parę gier słownych i żartów, mniej bystro odpowiadam. Z drugiej strony bywam mniej radykalny i dłużej zastanawiam się nad tym, co mówię, co nie jest złe. Jest to jednak na dłuższą metę męczące. Mam też tak, że trudno mi naraz mówić w obcym języku i prowadzić samochód, dlatego staram się nie łączyć tych czynności. Mój mózg się wtedy przegrzewa.
Z kolei kiedy mówię po niderlandzku, jestem czasem jak małe dziecko, w dodatku sztywne i spięte. No, chyba że mój pobyt w Holandii trwa w danym momencie kilka tygodni, to przestawiam się. Na filologii byłem bardzo słabym studentem, więc dzisiaj zamiast snobować się na wyśmienitego filologa, zadowalam się tym, że jestem jednym z niewielu reporterów piszących po polsku, którzy znają w ogóle niderlandzki – to wystarczy. Na szczęście w reportażu najważniejsze, to zadawać dobre pytania, słuchać, rozumieć, dużo czytać i wyciągać wnioski, a nie paplać godzinami. Poza tym w tym byciu dzieckiem jest pewna tajna broń.


Myślisz, że gdybyś z bohaterami „Wszystkich dzieci Louisa” musiał rozmawiać po angielsku lub przez tłumacza, książka byłaby przez to inna?
Lubię cytować długie wypowiedzi. Cały rozdział z Louisem czy doktorem Karbaatem to monologi. Nie byłoby to możliwe, jeśli rozmawialibyśmy przez tłumacza. Taki rodzaj rozmowy z definicji osłabia materiał i mam nadzieję, że nie będę musiał korzystać z pomocy tłumaczy.
Choć nie musiałem, to z niektórymi bohaterami książki rozmawiałem po angielsku. Wybór języka zostawiałem rozmówcy, bo czasami o czymś trudnym łatwiej porozmawiać z obcym niż z bliskim i łatwiej w obcym języku, niż we własnym. Taka magia. Nie przesadzałbym z rolą języka – kiedyś uważałem, że reporterska rozmowa po angielsku z kimś, dla kogo nie jest to pierwszy język to coś z automatu gorszego, niż rozmawianie w języku tej osoby. Teraz tak nie uważam. I lepszy, i gorszy poziom języka może być atutem, jeśli użyjemy tego faktu na swoją korzyść i o ile nie sprawia to, że wypaczamy sens tego, co ktoś mowi. Przykładowo, doktor Karbaat nigdy by ze mną nie porozmawiał, gdybym miał idealny niderlandzki akcent, bo z holenderskimi dziennikarzami już rozmawiać nie chciał. Chciał porozmawiać z Polakiem z daleka. Inni bohaterowie tłumaczyli mi pewne rzeczy bardzo prosto i mówili wprost, żeby mieć pewność, że zrozumiem. Wierzę, że dzięki temu były to odpowiedzi bardziej szczere i nieowinięte w bawełnę.

Powiedz coś proszę o książce, nad którą teraz pracujesz
„Louis” wyszedł dopiero co w Holandii. To było wiele tygodni konsultacji z tłumaczką i redaktorem, który powiedział, że jeszcze nie miał okazji redagować tłumaczenia książki wraz z jej autorem, który by trzymał rękę na pulsie. Mieliśmy z Charlotte Pothuizen parę zagwozdek – przykładowo, w niderlandzkim nie ma słowa „kilkanaście”. Ciekawe doświadczenie, chociaż dużo dodatkowej roboty, dopisałem nawet jeden rozdział.
Wciąż pracuję nad zbiorem reportaży o współczesnej Holandii, który powstaje od dłuższego czasu, ale zanim wyjdzie, jesienią 2018 ukaże się jeszcze jedna książka, której jestem współautorem. Z Polski, a temat mi bliski, chyba bliższy niż Holandia, już się nim trochę wcześniej zajmowałem. Szczegóły niedługo.

Co planujesz przeczytać w najbliższym czasie?
Swoją umowę z wydawnictwem. Bo mam dziwne przeczucie, że jestem po dedlajnie.

Kamil Bałuk - absolwent socjologii, filologii niderlandzkiej i dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Urodzony w Hannoverze, jest z Wrocławia, mieszka w Warszawie. Reportaże publikował w „Dużym Formacie”, „Przekroju”, „Wysokich Obcasach” oraz w zbiorach książkowych „Grzech jest kobietą” i „Tutaj drzwi trzeba otwierać powoli”. Jego teksty były kilkukrotnie nominowane do Nagrody Newsweeka im. T. Torańskiej w kategorii Młody Talent. Autor książki „Wszystkie dzieci Louisa” (Dowody na Istnienie, 2017). Laureat piątej edycji Konkursu Stypendialnego im. R. Kapuścińskiego za projekt zbioru reportaży o współczesnej Holandii, nad którym obecnie pracuje. www.kamilbaluk.pl.

…..

„5 pytań do reportera/reporterki” to cykl krótkich tekstów, w których reporterzy i reporterki odpowiadają na pytania, dla których punktem wyjścia są książki. Plan jest taki, że teksty będą ukazywać się w każdy wtorek, ale zobaczymy jeszcze jak to się uda ;)

Zdjęcie Kamila: Filip Skrońc

czerwca 05, 2018

5 pytań do reporterki: Karolina Bednarz

5 pytań do reporterki: Karolina Bednarz

Ostatnio przeczytana książka, która uświadomiła Ci coś naprawdę ważnego?
Ostatnio czytam głównie literaturę piękną, bo potrzebuję odpoczynku od reportażu, chwili na oddech. Staram się jednak na bieżąco czytać reportaże, zwłaszcza na temat dyskryminacji kobiet. Dzięki nim zdaję sobie coraz bardziej sprawę, że to, o czym pisałam przez poprzednie lata, nie ma miejsca tylko w Japonii, lecz jest obecne wszędzie. Bez względu na to czy to kolekcja esejów, tak jak „Mężczyźni tłumaczą mi świat” Rebecii Solnit czy „Bad Feminist” Roxane Gay czy też reportaż-potęga o gwałtach w miasteczku uniwersyteckim (Jon Krakauer – „Missoula”), siedzę wtedy z ołówkiem w ręku i zaznaczam czasami całe strony. I dociera do mnie, że albo będziemy o tym mówić i pisać i rozmawiać – z czytelnikami, ale także ze swoimi bliskimi (choć to czasami bywa najtrudniejsze) – albo nic się nie zmieni: w Japonii, w Stanach i w Polsce.

Czego nauczyło Cię pisanie własnej książki?
Przede wszystkim tego, że byłam naiwna. Wydawało mi się, że pisanie książki to sama przyjemność. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo cały proces wysysa z człowieka energię. Że wkręcę się w to tak, że albo będę rozmawiać po kilka godzin po japońsku, a potem spędzać kolejne kilkanaście na spisywaniu notatek, albo będę siedzieć całymi dniami przy biurku, już z powrotem w Polsce, czytając dziesiątki, nie, setki książek. A potem poprawki: merytoryczne, językowe, stylistyczne, sczytywanie kolejnych wersji po korekcie, jednej, drugiej, trzeciej…
Nikt mi nie powiedział, że pisanie książki to najcięższa praca, jaką przyjdzie mi kiedykolwiek wykonać. Wydawało mi się, że moje studia były ciężkie, ale porównując to z pisaniem książki, to był momentami pikuś.
Pisanie książki nauczyło mnie bardzo wiele. Przede wszystkim pokory. Nauczyłam się walczyć ze swoim perfekcjonizmem, choć trochę, bo najchętniej pisałabym i rozszerzała wątki bez końca, aż książka nie miała by trzystu stron, tylko parę tysięcy. Wiem, że to tylko jedno spojrzenie na Japonię, moje, i że nikt nie może mi tego odebrać, nawet jeśli się to spojrzenie komuś nie podoba. I pogodziłam się z faktem, że na pewno popełniłam jakieś błędy – mimo setek godzin, które spędziłam, sprawdzając swoje notatki, bibliografię, przypisy i fakty, a po mnie zrobiła to dwójka redaktorów. Pogodziłam się z tym, że nie da się niczego zrobić w 100% idealnie, nawet jeśli mam wewnątrz siebie głos, który krzyczy: „Sprawdź jeszcze raz! Na pewno da się to zrobić lepiej!”.


Czym jest dla Ciebie Japonia?
Moim drugim domem. Albo jednym z wielu, bo nie przywiązuję się specjalnie do miejsca. Za każdym razem, kiedy wysiadam z samolotu, mówię głośno – „Tadaima!” – tak jak Japończycy, gdy wchodzą do swojego domu – „Wróciłam! Jestem!”. Momentami jej nienawidzę, a czasami jej wycinki fascynują mnie tak, że spędzam miesiące, czytając o jakichś niszowych festiwalach, rękodziele czy wycinkach z lokalnej historii.
Ale Japonia jest moją ogromną miłością. Trudną, bolesną, ale jednak miłością. Byłam nią zmęczona po pisaniu książki, po wyciąganiu na światło dzienne kolejnych bolesnych historii, po słuchaniu ich z ust bohaterek i trawieniu ich potem po swojemu. I choć nie mam w sobie na razie siły, żeby zacząć kolejny tak ogromny projekt, mimochodem w rozmowach podczas podróży pojawiają się tematy, do których chcę za jakiś czas wrócić. A z wakacji w innych krajach przywożę całe walizki książek… o Japonii. Im więcej o niej czytam, tym mniej rozumiem. Ale może to o to właśnie chodzi?

Nad czym teraz pracujesz?
Czerwiec to dla mnie mini-maraton spotkań autorskich: Łódź, Lublin, Wrocław, Poznań i Szczecin. Dlatego, choć w mojej głowie pojawiają się czasami pomysły na inne teksty, trudno mi się na razie oderwać od tematyki „Kwiatów w pudełku”. W wolnych chwilach zachęcam czytelników bloga do dyskusji o japońskiej literaturze pięknej w ramach Tajfunowego Klubu Książkowego – to moja ulubiona odskocznia od ciężkich reporterskich tematów (choć większość książek wcale do lekkich nie należy!). I powoli planuję swój sierpniowy pobyt w Japonii – obiecałam sobie i bliskim, że będę odpoczywać, ale znając mnie, to wyląduję gdzieś z notesem i dyktafonem i dam się porwać kolejnemu tematowi.

Poleć proszę lekturę na wakacje
Bardzo trudno przychodzi mi polecanie książek, bo najczęściej czytam literaturę azjatycką i to po angielsku. Największe prozatorskie zachwyty ostatnich miesięcy to nostalgiczna i epicka powieść „The Gift of Rain” malajskiego pisarza, Tan Twan Enga, szokujące opowiadania z Singapuru „Ministry of Moral Panic” Amandy Lee Koe i melancholijny zbiorek opowiadań o życiu samotnej matki w wielkiej metropolii – „The Territory of Light” Tsushimy Yūko.
Ale z plażą i piaskiem na zawsze będzie mi się kojarzyć głównie „Kobieta z wydm” Kōbō Abe. Przeczytałam ją w liceum i pamiętam, że przez długi czas śniło mi się, że tonę w piasku. Wróciłam do niej kilka lat później i spodobała mi się jeszcze bardziej. Chciałabym przeczytać ją ponownie w niedalekiej przyszłości – może uda się w te wakacje?

Karolina Bednarz (ur. 1991) – autorka książki „Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet”. Absolwentka wydziału japonistyki na Uniwersytecie Oksfordzkim, autorka bloga W krainie tajfunów, gdzie pisze głównie o Azji Wschodniej. Ukończyła Polską Szkołę Reportażu. Publikowała między innymi w „Dużym Formacie”. Finalistka konkursu o stypendium im. Ryszarda Kapuścińskiego w 2016 roku. Mieszkała i uczyła się w Japonii (m.in. na Uniwersytecie Waseda w Tokio) oraz Korei Południowej (na Uniwersytecie Sogang w Seulu).

…..

„5 pytań do reportera/reporterki” to nowy cykl krótkich tekstów, w których reporterzy i reporterki odpowiadają na pytania, dla których punktem wyjścia są książki. Plan jest taki, że teksty będą ukazywać się w każdy wtorek, ale zobaczymy jeszcze jak to się uda ;)

maja 09, 2018

Recenzja: Księga wyjścia

Recenzja: Księga wyjścia


To rzeczywiście nie jest książka a księga. Reporterska biblia marcowych historii.

Mikołaj Grynberg zebrał w „Księdze wyjścia” historie tych, którzy po Marcu opuścili Polskę, ale też tych, którzy w niej zostali. Tych, którzy znaleźli nowy dom, i tych, którzy po wyjeździe z Polski domu już nigdy nie mieli. „Super-Polaków” pochodzenia żydowskiego, którzy przyjęli wszystkie sakramenty i byli ekspertami od polskości i polskiej literatury. Ale także tych, którzy w sukienkę komunijną koleżanki założyli jedynie do zdjęcia, by nim w odpowiednim momencie zamachać. Grynberg zebrał historie różne.

Rozmówcy Grynberga mówią o antysemityzmie, o rodzicach bojących się pogromu, ale czasem także o marcowych, wzruszających aktach solidarności ze strony katolików. „Księga wyjścia”, choć na okładce dwukolorowa, na poziomie faktów zdecydowanie nie czarno-biała. To lektura często mocna i trudna, ale też niezwykle ciekawa.

Historie bohaterów nie zaczynają się w marcu. Zaczynają się dużo wcześniej. Często wraz z dzieciństwem i historią rodziców.

Kobiety i mężczyźni, samotnie i u boku małżonka, anonimowo, jedynie pod imieniem, czy pod imieniem i nazwiskiem, opowiadają o koloniach żydowskich, TSKŻecie i szkole – czasem żydowskiej, czasem nie. Mówią o pozycji jaką zajmowali w domu, w którym się wychowali. Czasem byli niczym ryby, które nie mają  głosu. Ale czasem byli tymi, z którymi liczono się najbardziej.

W końcu, mówią także o Marcu. O decyzjach, zakupach, wielkich skrzyniach, pakowaniu się, likwidacji mieszkań i pożegnaniach. Przyznają, że czasem ich wywożono, ale czasem to oni decydowali o wyjeździe całej rodziny.

„Mnie stąd wywieźli. Ja nie chciałam wyjeżdżać… [Mama] nie mogła pozwolić, żebyśmy się rozdzielili, bo w czasie wojny wysłała do rodziny list, w którym napisała, żeby nie przyjeżdżali. I oni nie przyjechali… już nigdy. Tym razem musiała zabrać ze sobą wszystkich”.

Wielu dzieli się wrażeniami z przyjazdu na nowe. Opowiada o zakładaniu nowych rodzin i budowaniu nowego życia. Kiedy poczuli się u siebie? Nie wszystkim w ogóle się to udało.

„Straciłam kraj, a żaden następny już nigdy nie był moim”

Czym teraz jest dla nich Polska? Ma bardzo różne znaczenie. Pierwszy powrót do kraju bywał bardzo wzruszający, ale  bywał też koszmarem zakończonym ulgą z powodu wyjazdu.

Wśród bohaterów Mikołaja Grynberga jest bohater szczególny. Jego ojciec. Rozmową z nim przeplecione zostały pozostałe historie. Henryk Grynberg jest tym, który został.

marca 16, 2018

Wydarzenie: Ewa Winnicka i Cezary Łazarewicz w Teatrze Powszechnym w Warszawie

Wydarzenie: Ewa Winnicka i Cezary Łazarewicz w Teatrze Powszechnym w Warszawie

We wtorek 20 marca w Teatrze Powszechnym w Warszawie odbędzie się spotkanie z Ewą Winnicką i Cezarym Łazarewiczem - autorami książki "1968. Czasy nadchodzą nowe". Spotkanie poprowadzi Justyna Sobolewska a fragmenty książki przeczyta Marta Wągrocka. Wstęp wolny.

O Książce:

W 1968 roku młodzi ludzie w Europie nie pamiętają wojny na swoim kontynencie. To wyjątkowa sytuacja, bo ich ojcowie, dziadkowie i pradziadkowie ginęli na frontach, w obozach, w bombardowanych miastach.
W 1968 roku świat, w którym dorastali, jest mniej więcej uporządkowany. Nie grozi im głód, chodzą do szkoły, najlepsi trafiają na uniwersytety. Przynajmniej w teorii.
Ale w 1968 roku młodym świat ich rodziców wcale się nie podoba. Niby nic nadzwyczajnego, młodzi zawsze kontestują rzeczywistość dorosłych i chcą ją naprawiać. Ale tym razem nie kończy się na chęciach. W okolicach marca wyrywają z bruku pierwsze kamienie
.
Ewa Winnicka i Cezary Łazarewicz

Jesienią 1968 roku działonowy Stefan Dorna, żołnierz polskich wojsk okupacyjnych strzela do mieszkańców czeskiego miasteczka, które najechał ze swoją armią. Młody człowiek pada od serii z karabinu maszynowego tuż przy budce telefonicznej, starsza kobieta umiera w szlafroku i bamboszach na chodniku. Żołnierz rani też trzynastu ludzi, w tym dwóch kolegów z oddziału.
Andrzej Krakowski nie jest już wtedy Polakiem. Ojczyzna się go wyrzekła, bo ma żydowskie pochodzenie.
Jola i Stefan - amerykańskie rodzeństwo z San Francisco – uczy znajomych z Gliwic czym jest LSD i jak być hipisem.
Janusz Szpotański, lekko sepleniący autor opery narodowej „Cisi i Gęgacze”, w tym samym czasie, gra w szachy pod celą ze współwięźniami.
A szesnastoletni Romain Goupil przygotowuje rewolucję, która ma zmienić Francję.
To wstrząsająca książka o wyjątkowym roku. Ważna i potrzebna jak nigdy dotąd. Ewa Winnicka i Cezary Łazarewicz mówią nam o historiach zaledwie sprzed pół wieku, których nie znaliśmy. Przypominają też sprawy, o których nie pamiętamy. Albo nie chcemy pamiętać.

Magdalena Grzebałkowska, reporterka.

marca 16, 2018

6 książek o Marcu, które zostały wydane przed 2018

6 książek o Marcu, które zostały wydane przed 2018

W tym roku obchodzimy 50. rocznicę wydarzeń marcowych. Okrągły jubileusz sprawił, że część wydawnictw zdecydowała się na wydanie około marcowych pozycji. Kilka z nich ma już na swoim koncie ciekawe i dobre publikacje, wydane sprzed laty. Część to zresztą pozycje wydane dokładnie 10 lat temu. Dziś chciałabym przypomnieć kilka z nich.


"Wygnani do raju. Szwedzki azyl" Krystyna Naszkowska
Wydawnictwo Agora 2017
To najświeższa z polecanych dziś pozycji. Książka jest zbiorem rozmów z ludźmi, którzy zdecydowali się na emigrację do Szwecji. Kiedyś niechciani w Polsce, dziś robią niesamowite kariery zagranicą. Wygnani z polski Żydzi pochodzenia Żydowskiego, to m.in. najbardziej znany szwedzki kryminolog, najbardziej znany wydawca literatury pięknej, architekt i jeden z głównych twórców współczesnego Sztokholmu, czy wielokrotnie nagradzany reporter, autor m.in. książek „Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji” oraz „Higieniści z dziejów eugeniki”. Część z nich wyjechała sama, część z rodziną. Historie ich wszystkich świetnie pokazują, jak wiele Polska straciła.


„My, ludzie z Marca. Autoportret pokolenia ’68” Piotr Osęka
Instytut Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk, Wydawnictwo Czarne 2015
Piotr Osęka jest historykiem, który od lat zajmuje się epoką PRL-u, w tym tematem Marca oraz roku 1968. Portretując pokolenie ’68 przygląda się historiom młodych ludzi, którzy w 1968 roku sprzeciwili się dyktaturze. Bohaterów poznajemy już w ich dzieciństwie i towarzyszymy im do roku 1989. Urodzili się w rodzinach AK-owskich i komunistycznych; zostali legendami KOR-u i Solidarności, ale też mało-znanymi buntownikami z Krakowa, czy Wrocławia. Wszyscy oni byli częścią niesamowitego, ogólnoświatowego buntu młodzieży w 1968 roku.


„Życie przecięte. Opowieści pokolenia Marca” Joanna Wiszniewicz
Wydawnictwo Czarne 2008 (III wydanie w lutym 2018)
Trzydzieści długich, poruszających, ciekawych i pełnych emocji rozmów, które Joanna Wiszniewicz przeprowadziła z polskimi Żydami i Żydówkami, którzy przeżyli Marzec. Część z nich  nadal mieszka w Polsce, część wyemigrowała do Stanów. W książce ciekawi są sami rozmówcy, ale też szeroko rozumiane skomplikowane losy polskich Żydów, w tym historie ich rodziców – Ocaleńców. Niezwykła książka.


„Marzec ‘68” Piotr Osęka
Instytut Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk, Wydawnctwo Znak 2008
Książka wydana w 40. rocznicę Marca, opowiadająca o marcowych wydarzeniach. Piotr Osęka zbiera w niej i porządkuje wiedzę, którą uzupełnia o własne badania. Przywołuje ważne dokumenty i cytaty, a o wszystkim, mimo wagi tematu, pisze lekkim piórem. W środku znajdziemy też trochę archiwalnych zdjęć.


„Dworzec Gdański. Historia niedokończona” Henryk Dasko
Wydawnictwo Literackie 2008
To książka inna niż wszystkie powyższe. Autobiografia jednego człowieka. Historia jego życia od narodzin, z uwzględnieniem historii rodziców i dziadków, aż do śmierci. Henryk Dasko, urodzony w Polsce jako Henryk Daszkiewicz, był jednym z wielu młodych ludzi, którzy opuścili Polskę po Marcu. On kochał jednak Polskę, polski język i polską kulturę w sposób wyjątkowy. Jego opowieść w wielu momentach jest dramatyczna. Był Polakiem, który musiał się zrzec obywatelstwa. Przede wszystkim jednak jest fascynująca. Był niezwykle inteligentnym człowiekiem, który miłość do literatury łączył z przedsiębiorczością i po prostu umiłowaniem życia – w tym kobiet, zabaw i samochodów.


„Jesteśmy. Rozstania ‘68” Teresa Torańska
Świat książki 2008
Kolejna książka wydana na 40. Rocznicę Marca. Pozycja już klasyczna i najlepiej znana w niniejszym zestawieniu. Wyróżniająca się także bogactwem zdjęć. Zgodnie z resztą z zamieszczoną we wstępie propozycją samej autorki, książkę najpierw najlepiej jest po prostu obejrzeć. Obok zdjęć na książkę składają się z rozmowy i relacje Torańskiej – historie ludzi, którzy przeżyli Marzec w Polsce, a potem często ją opuszczali.  

marca 09, 2018

Nowości wydawnicze marca

Nowości wydawnicze marca


Jeśli planujecie lekturę nowości, to w marcu będziecie mieć w czym wybierać. Znane nazwiska, mocne tytuły i ciekawe tematy. Ja wybrałam dla siebie 5 pozycji. Oto one:

1. „1968 Czasy nadchodzą nowe”, Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz
Wydawnictwo Agora
Opis wydawcy: Wielka reporterska opowieść o kluczowych wydarzeniach 1968 roku pary czołowych polskich reporterów, Ewy Winnickiej i Cezarego Łazarewicza. Dziesięć reporterskich historii opowiedzianych z perspektywy ludzi, na których życiu odcisnęły piętno wydarzenia ’68. Niekonwencjonalna opowieść idąca pod prąd stereotypowych narracji ukazana poprzez filtr oryginalnych ludzkich historii i zdarzeń z Polski i świata.
Będzie między innymi o początkach ruchu hippisowkiego w Polsce (Desant z Ameryki. Para nastolatków przyjeżdża z okolic San Francisco do Gliwic. Gliwicki dziadek chce, żeby rodzeństwo ucywilizowało się z dala od demoralizującego ruchu hippisowskiego. Niestety, mieszkanie dziadka staje się centrum wolnościowej rewolty obserwowanej z przerażeniem przez milicję.), historii morderstwo w Jicinie podczas operacji Dunaj, dziennikarzach i reżimie (jak Gomułka podzielił środowisko dziennikarzy. Jak powstawały teksty na zamówienie. Kto się oparł kłamstwu, kto uwierzył, o operze „Cisi i gęgacze”, która zmieniła Polskę i wielu innych tematów mistrzowsko potraktowanych przez pierwszoligowych reporterów. Reportażom będą towarzyszyły dokumenty epoki, materiały prasowe, raporty, oficjalne wypowiedzi polityków i ważnych postaci tamtego czasu.



2. „Księga wyjścia”, Mikołaj Grynberg
Wydawnictwo Czarne
Autor o książce: Wydarzenia, o których opowiadają moi bohaterowie, rozegrały się, gdy miałem dwa, trzy lata. Nie ominęły również mojego rodzinnego domu. Dzisiaj umiem nazwać emocje, które już na zawsze zostaną powiązane z liczbą sześćdziesiąt osiem. To poczucie odrzucenia, żal i samotność.
Postanowiłem zrozumieć, dlaczego tak wielu Żydów wyjechało z Polski po wydarzeniach Marca sześćdziesiątego ósmego i dlaczego tylu zostało. Na przełomie 2016 i 2017 roku odbyłem prawie osiemdziesiąt spotkań z tymi, którzy po wojnie sześciodniowej w Izraelu oraz po Marcu podejmowali decyzje o pozostaniu w Polsce lub jej opuszczeniu. Zadawałem im pytania w swoim imieniu oraz, mam wielką nadzieję, że i w Twoim – Drogi Czytelniku.
Dzisiaj wiem więcej, ale dalej nie rozumiem wielu rzeczy. Jedno z pytań, z którym pewnie pozostanę na zawsze, brzmi: dlaczego opuszczający Polskę Żydzi widzieli tak mało rąk wyciągniętych do nich w geście pożegnania?
To są wydarzenia, które miały miejsce pięćdziesiąt lat temu, dwadzieścia trzy lata po II wojnie światowej”.

3. „Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej”, Cezary Łazarewicz
Wydawnictwo Czarne
Opis wydawcy: Ta kobieta nigdy nie miała imienia. Gorgonowa – tak mówiła o niej cała Polska, która z zapartym tchem śledziła przebieg najgłośniejszego procesu dwudziestolecia międzywojennego i jednego z najgłośniejszych w historii polskiego sądownictwa. Oskarżonej zarzucano brutalny mord na siedemnastoletniej Lusi, którego miała dokonać ostatniej grudniowej nocy 1931 roku. Od tego momentu Gorgonowa stała się najczarniejszym z czarnych charakterów II Rzeczpospolitej.
O matkę upomniała się córka Ewa. Była dzieckiem wyczekiwanym. Jej przyjścia na świat z niecierpliwością wyglądali najwięksi wydawcy gazet w całym kraju. Urodziła się 20 września 1932 roku. Z jej narodzin cieszyło się całe więzienie przy Kazimierzowskiej. Tylko matka powtarzała: „Dziecko urodzone za kratami będzie napiętnowane na całe życie”.
Po latach życia jako „córka morderczyni” osiemdziesięciopięcioletnia Ewa podjęła walkę o uniewinnienie matki. O nocy z 30 na 31 grudnia 1931 roku i zamordowaniu Lusi Zarembianki opowiadała tak, jakby widziała wszystko na własne oczy. Wierzyła w niewinność matki, ale nie potrafiła jej dowieść. Podrzucała nowe tropy i teorie, a w mediach kolejny raz pojawiło się pytanie, czy to Gorgonowa zabiła Lusię.
4. „Przemytnicy książek z Timbuktu”, Charlie English
Wydawnictwo Poznańskie
Opis wydawcy: Mogło się wydawać, że zagrożeniem dla manuskryptów z Timbuktu są jedynie klimat i termity, ale gdy miasto zajęli dżihadyści, stało się jasne, że wspaniałe skarby wiekowej cywilizacji zostaną zniszczone. Abdel Kader Haïdara wraz z innymi bibliotekarzami podjął się niezwykłej operacji godnej kart powieści Johna Le Carré. Udało im się potajemnie wywieźć niemal cały zbiór składający się z ponad pół miliona dokumentów – w praktyce ocalili przed zapomnieniem całą cywilizację.
Równolegle Charlie English przywołuje pasjonującą historię europejskich i amerykańskich odkrywców, którzy wyruszali do Timbuktu, by spróbować odkryć mityczną stolicę odległego i bogatego afrykańskiego królestwa.
Obydwie te historie splatają się w bogatą i pełną napięć opowieść o współczesnym i dawnym Timbuktu, pomagając pełniej zrozumieć świat, który przypadł nam w spadku.

5. Wyspa Węży, „Małgorzata Szejnert”
Wydawnictwo Znak
Opis wydawcy: 
Porządkując stare listy, Małgorzata Szejnert trafia na rodzinną zagadkę. W maju 1943 roku wuj Ignacy Raczkowski został pochowany na cmentarzu w Rothesay na wyspie Bute. Dlaczego w domu o tym nie mówiono? Czy jego obecność na wyspie mogła być czymś wstydliwym?
Szukając odpowiedzi, reporterka rusza w podróż śladami wuja – do londyńskich archiwów i do Szkocji. Stopniowo odkrywa kłopotliwy epizod II wojny światowej: obóz odosobnienia dla polskich oficerów prowadzony przez polskie władze wojskowe.
Oficerowie mogli grać w brydża, chodzić na potańcówki i uczyć się angielskiego. Bomby nie spadały na Bute. Czasami widmowe wraki storpedowanych okrętów wpływające do zatoki przypominały, że nie tak daleko świat płonie. Ale przymusowy pobyt na wyspie Polacy przeżywali jako okrutną karę.
"Wyspa Węży" to przełamująca schematy opowieść o wojnie, która częściej niż walką bywa wyczekiwaniem. Skrupulatnie odtwarzając wydarzenia sprzed ponad siedemdziesięciu lat, Małgorzata Szejnert opowiada o naszej sile i bezsilności, o honorze i skazach na nim. A także o pamięci i niepamięci: osobistej, rodzinnej, zbiorowej. Przede wszystkim jednak kreśli nasz poruszająco aktualny, niepokojący portret własny.


Copyright © 2016 Projekt: książki , Blogger