lipca 16, 2017

Rodziny są skomplikowaną bestią. Rozmowa z Wandą Hagedorn

Rodziny są skomplikowaną bestią. Rozmowa z Wandą Hagedorn
Grażyna Latos: Muszę przyznać, że jestem zaskoczona, że nie jest Pani ubrana na czarno. W komiksie, w scenach współczesnych, nosi Pani niemal wyłącznie czarne ubrania. A tymczasem w rzeczywistości jest Pani taka kolorowa!

Wanda Hagedorn: W czasie, kiedy pracowałam nad komiksem, nosiło się czarne jeansy. W ogóle czerń była wtedy na topie, a  ja zawsze lubiłam iść z duchem czasu. Zależało mi, żeby komiks oddawał rzeczywistość, także to, jak wyglądałam. Przysyłałam więc Jackowi zdjęcia. Np. jak jadę do pracy na rowerze.

Jak poznała Pani Jacka Frąsia?

Szukałam rysownika do zilustrowania komiksu. Najpierw chciałam, żeby to była książka stworzona w 100% przez kobiety. Myślałam, że będzie dobre porozumienie i o wielu rzeczach będzie nam łatwiej rozmawiać. Szukałam na akademiach plastycznych. W Gdańsku poszłam na kilka wystaw. Oglądałam też prace dyplomowe. Myślałam, że może będzie fajnie współpracować z o wiele młodszą artystką, żeby wniosła nową perspektywę, to, co się teraz dzieje. Zrobiłyśmy razem ok. 26 stron, ale to nam nie wyszło. Potem były dwie dziewczyny i też z różnych względów nam się nie udało. Poszerzyłam obszar poszukiwań i szukałam nawet w Melbourne, ale to była pomyłka. Współpraca z osobą z Australii oznaczałaby objaśnianie masy rzeczy komuś, kto kompletnie nie zna rzeczywistości Polski lat 60 i 70. Myślę, że nie moglibyśmy stworzyć tego razem. W końcu zaczęłam googlować  i trafiłam na Łukasza Godlewskiego, który polecił mi różne osoby. I tak znalazłam na Jacka.

Czy trudna była współpraca z Jackiem Frąsiem? Jest to w końcu artysta, który posiada własny styl i wizję, a Pani poprosiła go o zilustrowanie swoich wspomnień.

Gdy Jacek chciał zaproponował coś innego, ja bardzo okrutnie mu przypominałam, że to jest mój memuar i wizja , którą proponuje musi się choć trochę zgadzać z moim wyobrażeniem. Początki były też trudne dla mnie. Gdy narysował wszystko to, co wcześniej znajdowało się w mojej głowie, przeżyłam szok. Jego rysunki bardzo różniły się od moich wspomnień. Musiałam się przyzwyczaić do jego sposobu rysowania. Dlatego m.in. zależało mi na dużej ilości detali. To właśnie one stwarzały atmosferę i odtwarzały wspominane czasy; pomagały mi zbliżyć się do graficznej warstwy mojego memuaru. Poza tym, czuwałam nad osiągnięciem zintegrowanego przekazu – nie mogłam pozwolić, żeby nasze wizje były zupełnie inne. Nie chciałam żeby mój memuar był interpretacją Jacka, więc filtrowałam wszystkie kadry i rysunki przez moją retrospektywną i współczesną percepcję. To była bardzo trudna sytuacja dla nas obojga, ale w końcu się udało.

A jak Pani myśli o Wandzie z komiksu - Wanda, czy ja?

Myślę i jako o sobie i jako o stworzonej postaci - to wszystko działo się dość dawno i daleko, więc pisanie tej opowieści musiało polegać nie tylko na odtwarzaniu Wandy, jak i na stworzeniu postaci małej i nastoletniej Wandy z mojej dzisiejszej perspektywy, stąd dystans. A jednocześnie, ponieważ wiele sytuacji i emocji, które opisuję wywarły na mojej psychice piętno, postać Wandy jest mi bardzo bliska – to definitywnie ja, identyfikuję się z nią w stu procentach.

Zastanawiam się Ile lat nosiła Pani w sobie swój memuar, zanim zaczęła przelewać na papier?

Ja nie wiem, czy go w ogóle nosiłam. Może gdzieś we mnie tkwił, ale bardziej niż memuar nosiłam w sobie wielką ochotę na to, żeby coś stworzyć. W Polsce w latach osiemdziesiątych studiowałam reżyserię filmową i w ogóle zawsze chciałam robić filmy, albo pracować w teatrze, pisać, malować.  Potem wszystko potoczyło się inaczej, ale potrzeba tworzenia pozostała i hibernowała. Czyli, memuar rozumiany jako przekaz artystyczny nosiłam w sobie całe życie; natomiast rozumiany jako opowieść o moim dzieciństwie przyszedł mi do głowy pięć lat temu, kiedy przeczytałam memuar graficzny Alison Bechdel „Jesteś moją matką?” i nagle wszystko było dla mnie jasne – ja też taki napiszę! Ja też mam materiał, który nadaje się na komiks! Pytano mnie często w wywiadach, czy ten komiks to  terapia, oczyszczenie i czy ja tego potrzebowałam. Zanim go napisałam,  bardzo dużo rozmawiałyśmy z moimi siostrami. Analizowałyśmy nasze dzieciństwo, przypisane nam wtedy role, i w dużej mierze uwolniłyśmy się od traumatycznych wspomnień, zneutralizowaliśmy je. Także „Totalnie nie nostalgia” nie wynikła z bólu , który musiałam po sześćdziesięciu latach życia w końcu wyrazić. Wręcz przeciwnie. Wynikła z potrzeby i radości tworzenia.

I od początku Pani wiedziała, że to będzie komiks?

Tak. To pod wpływem Bechdel. W czasie kiedy na nią natrafiłam, byłam na etapie analizowania moich relacji z mamą. Memuar graficzny Bechdel jest właśnie na ten temat – relacji matki i córki. Jest to trudna, często pełna bólu opowieść, ale dzięki formie komiksu i stylowi Bechdel jest również czarno-humorystyczna. Jej komiks jest bogaty w różne nietradycyjnie komiksowe zabiegi literackie - aluzje, paralele, wielowątkowość, zapożyczenia, niechronologiczną narrację, fragmenty jej pamiętników z dzieciństwa, starych gazet, cytaty z wystąpień feministycznych, oraz z literatury. Przedtem nigdy nie kojarzyłam tego z komiksem. Bardzo mnie to zainspirowało do stworzenia „Totalnie nie nostalgii”. Nie powstrzymał mnie nawet fakt, że nie potrafię rysować!  Wręcz przeciwnie, pomyślałam, że znalezienie rysowniczki albo rysownika będzie ciekawym projektem samym w sobie, i że będzie fajnie pracować w zespole. Komiks zmusza do lapidarnego, skrótowego i jasnego wyrażania myśli ponieważ ilość miejsca na teksty jest ograniczona, jest to więc  językowe wyzwanie. Ja mam tendencję do wielosłowności, gromadzenia przymiotników i emfazy, więc restrykcja komiksowa jest dla mnie dobrym ćwiczeniem. Mimo to, Jacek często skarżył się, że nie będzie widać jego rysunku spod mojego teksu (śmiech). Komiks ma wielki potencjał literacko-graficzny. Jestem zafascynowana możliwościami tego gatunku.

To jest rzeczywiście niesamowite, ile treści niesie każda strona tego komiksu. Jak to się udało? Czy może Pani opowiedzieć o procesie tworzenia książki?

Bardzo dokładnie planowałam każdy kadr i stronę. Starałam się wypełnić je wieloma warstwami. Nazywałam ten efekt polifonicznością. Na przykład – sama sytuacja w kadrze przenosiła swoją treść i śpiewała swoim głosem. Piosenki albo komunikaty radiowe dodawały następny głos i znaczenie. Detale z czasów PRL-u przekazywały ówczesny klimat. Cytaty tekstowe i rysunkowe z książek tworzyły jeszcze jeden wymiar.  Chciałam w ten sposób uautentycznić i wzbogacić trzy główne konteksty tej opowieści – rodziny, PRL-u i ‘szerszego’ świata. Szukałam dodatkowych materiałów w internecie i wiem, że Jacek również robił własny research. Tworzenie książki zabrało mi cztery lata, w tym współpraca z Jackiem dwa.

A jak stworzenie memuaru było możliwe w sensie psychologicznym? Jak to się stało, że dziecko-bohater, wizytówka rodziców, zdecydowało się odsłonić tę bardziej mroczną stronę rodziny?

Rola wizytówki rodziców była narzucona - grałam ją, ale jednocześnie podświadomie, a potem świadomie, nie godziłam się z tym, co się działo w naszej rodzinie. Opowiedziałam naszą historię po wielu latach z całą świadomością, że nie jest ona ani unikalna, ani najmroczniejsza zarówno w polskim, jak i światowym kontekście. Stwierdzenie ‘odsłonić mroczną stronę rodziny’ sugeruje, że mamy wybór – albo ujawnić przemoc i dysfunkcjonalność w naszej rodzinie, albo nie. Otóż, nie mamy wyboru. Jeśli nie będziemy jej odsłaniać, nigdy nie pociągniemy jej sprawców do odpowiedzialności. Nigdy nie wyzwolimy kobiet i dzieci doświadczających przemocy. Koncept ‘świętości rodziny’ jest propagowany i narzucany społeczeństwu przez kościół, którego ortodoksyjna polityka preferuje utrzymywanie fasady nad uwolnienie kobiety spod opresji. Tymczasem nie jest to sprawa kościoła. Decyzja o ujawnianiu przemocy w rodzinie należy do kobiet i dzieci.

A jednak większość osób decyduje się na utrzymywanie tej fasady

Tak. Myślę, że to zależy od społeczeństwa i kultury. Wydaje mi się, że w Polsce w dalszym ciągu wartości moralne i poglądy na temat rodziny są kształtowane przez etykę katolicką. Feministyczna interpretacja rodziny albo perspektywa genderowa są traktowane z podejrzliwością. W wielu zachodnich społeczeństwach mówienie w otwarty sposób o rodzinie, małżeństwie, seksie, czy dojrzewaniu z osobistej perspektywy jest normą. Przypuszczam, m.in. na podstawie reakcji na moją książkę, że Polska nie należy do takich krajów. Chcę również dodać, że od trzydziestu lat mieszkam za granicą, i nie wiem czy moja interpretacja współczesnej polskiej dulszczyzny jest prawidłowa.

No właśnie chciałam Panią zapytać o ten dystans geograficzny. Zastanawiałam się, czy pomagał on nie odczuwać lęku przed krytycznym odbiorem książki?

Absolutnie nie, bo ja nie boję się niczego (śmiech). Byłam przygotowana na krytyczny odbiór wynikający z tego, iż podejrzewałam, że Polska nie lubi spoglądać na siebie w ten sposób i woli podtrzymywać historyczne mity i fałszować rzeczywistość. Na przykład - jak długo zajęło Polakom przyznanie się do antysemityzmu, który był i jest częścią naszego profilu narodowego? Tymczasem, odbiór „Totalnie nie nostalgii” okazał się na ogół bardzo pozytywny. Oczywiście, były również głosy krytyczne – na przykład dotyczące  nadmiernej dydaktyczności niektórych sekcji komiksu. Myślę, że się z tą krytyką zgadzam. Jeśli chodzi o dystans geograficzny – niezmiernie żałowałam, że nie mogłam być w Polsce w momencie publikacji komiksu i byłam wyłączona z objeżdżania z nim kraju razem z Jackiem. Bardzo chętnie angażowałabym się w tamtym momencie w dyskusje i konstruktywne konfrontacje!


Jest kilka takich scen, które głęboko zapadły mi w pamięć. Jedna z nich, to scena wymiany listów z babcią. Babcia Helena była z bardzo ważną osobą w Pani życiu, ale listy, które wymieniałyście były powierzchowne.

Te listy odzwierciedlały narzucone role, które wszyscy w naszej rodzinie jak i w społeczeństwie grali. Były osobne zasady i przepisy zachowania dla dzieci i osobne dla dorosłych. Scena wymiany listów z babcią miała – między innymi – to pokazać.  Mimo, że wzajemnie się z babcią adorowałyśmy, i że istniały między nami porozumienie i bliskość, wpojona nam fasadowość nie pozwalała na całkowitą szczerość. Jako grzeczna dziewczynka pisałam do niej o piątkach w szkole i o przeczytanych książkach. Moje listy z dzieciństwa, które przechowuję do tej pory, są doskonałym, jeśli nie przerażającym świadectwem do jakiego stopnia nie mogłam być sobą. Żyliśmy wszyscy w atmosferze fałszu rodzinnego, społecznego, politycznego, wielo-fasadowości. Nikt nie mówił głośno prawdy.

Nie miała Pani pokusy, żeby o sytuacji w domu porozmawiać z babcią?

Nie, nie przyszło mi to nigdy na myśl. Miałam wtłoczone w głowę, żeby o tym co się dzieje w domu, nie mówić broń boże na zewnątrz i widocznie babcia była uważana za zewnętrze. Poza tym, kiedy wyjechaliśmy do Kołobrzegu, zaczęłam być bardzo zaabsorbowana swoim nowym etapem życia. Może chciałam utrzymać moją przyjaźń z babcią w wyidealizowanej niszy, ochronić ją? Kiedy dojrzałam wreszcie do tego, żeby zagrozić ojcu milicją, babcia miała już Alzheimera  i niestety przestała być dla mnie autorytetem i przyjaciółką, na którą mogłabym liczyć.  Nie wiem, czy babcia zdawała sobie sprawę z ogromu dysfunkcji naszej rodziny. Nie wiem nawet, czy rozmawiały z mamą na ten temat. Ich stosunki były – oceniając je z dzisiejszej perspektywy – skomplikowane, a ‘organiczny’ feminizm babci wydaje mi się dzisiaj selektywny. Wszyscy, w mniejszym albo większym stopniu byliśmy produktami okoliczności i otoczenia, w którym żyliśmy. Siłą rzeczy, w memuarze poruszyłam tylko wybrane tematy, które odnosiły się do mnie, w wyniku czego postacie mamy i babci są niepełnymi portretami. Musiałam wybierać.

A co było najważniejszym czynnikiem wyboru?

Kiedy zaczęłam pisać, zaskoczyło mnie to, jak ten proces prowadzi mnie w swoim nieoczekiwanym, ale bardzo logicznym kierunku. Wiele opisywanych sytuacji wyzwalało i odkrywało zapomniane wydarzenia i rzeczy zaczynały same dziać się na stronach. A więc moja poruszona podświadomość sama robiła wybory. A kiedy byłam jeszcze na etapie planowania, myślałam o książce o 3 kobietach, trzech generacjach – babcia, mama i ja z siostrami. Ale im bardziej zagłębiałam się w przeszłość, będąc jednocześnie otoczona współczesnym kontekstem wzrastającej przemocy przeciwko kobietom i dzieciom, tym bardziej oczywisty stał się wybór tematów podyktowany przez pierwsze traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa. Punktem wyjścia był motyw wyobcowania. Szczecin w memuarze jest metaforą i symbolem poczucia wyobcowania, którego niejednokrotnie w życiu doświadczam. Motyw obcości był jeszcze jednym czynnikiem wyboru.

A jeśli chodzi o ojca, on jest jednoznacznie negatywną postacią. Domyślam się, że tak jak pozostałe postaci także on nie jest postacią kompletną. Nie chciała Pani pokazać także czegoś pozytywnego w nim, czy nic dobrego w nim Pani nie widzi?

Chciałam użyć go jako negatywnego symbolu opresji patriarchatu. Zdaję sobie sprawę, że mogłabym, gdybym bardzo chciała, odnaleźć w ojcu jakieś pozytywne cechy, bo oczywiście nikt nie jest totalnie zły. Pokazanie jego najgorszych stron było jednak moim świadomym wyborem. Skupiłam się na destrukcyjnej roli, jaką odegrał w naszym życiu. Oczywiście, on również był i jest ofiarą historii, okoliczności i warunków socjo-ekonomicznych. Jest to ironia, ale jako sprawca przemocy sam był i jest ofiarą patriarchatu. Ale to nie znaczy, że miał prawo używać żony i dzieci do odgrywania się na historii. Nic go nie może usprawiedliwić. Jestem feministką radykalną, wynika to z moich doświadczeń i obserwacji, i nie akceptuję komentarzy, że ‘skrzywdziłam ojca portretując go płasko i jednostronnie’. Czemu miałoby służyć pokazywanie jego pozytywnych stron? Uzyskaniu dla niego sympatii czytelniczek? Pokazaniu ‘ludzkiego’ wymiaru mężczyzn wyżywających się na dzieciach i kobietach?

Rozumiem, że nie utrzymuje już pani z nim kontaktu?

Nie, nie utrzymuję.

Jest pani czasem ciekawa co u niego słychać?

Moja siostra Iza opowiada mi czasami co się u niego dzieje, ale aktywnie nie szukam tych informacji. Ten związek już dla mnie nie istnieje.

Czy pani doświadczenie, to, że wyszła z takiego a nie innego domu, zaowocowało jakimiś postanowieniami na przyszłość. Np. nigdy nie wyjdę za mąż za mężczyznę, który…

Oczywiście. Przypuszczam, że większość z nas, zwłaszcza w okresie nastolactwa i wczesnej młodości przysięga sobie nigdy nie być taka, jak nasi rodzice i neguje prawie wszystko, co oni reprezentują, niezależnie od tego czy pochodzimy z rodzin dobrze funkcjonujących czy dysfunkcjonalnych. Jednocześnie, nasza rodzina, przede wszystkim mama, wpoiła mi wiele pozytywnych wartości. Rodziny są skomplikowaną bestią. Nie miałam nigdy konkretnie sprecyzowanych postanowień co do wyboru życiowego partnera; raczej ufałam swojemu instynktowi i mojej przemożnej potrzebie wolności i niezależności.

Czy przekonanie sióstr i mamy do pomysłu komiksu, to rzeczywiście była jedna sesja na Skypie?

W komiksie musiałam ten proces skompresować, ale rzeczywiście poszło bardzo łatwo. Mama - pokazałam to na przedostatniej stronie ‘Post Scriptum 1’ w komiksie - była najbardziej sceptyczna i defensywna; konsekwentnie, do tej pory nie przeczytała komiksu. Proponowała mi kompromisy: ‘Może zmienisz nasze nazwisko? Nie wymienisz naszego adresu?’. Natomiast moje siostry nie miały żadnych obiekcji ani nie stawiały warunków. Wręcz przeciwnie, aktywnie współuczestniczyły w tworzeniu memuaru - pomagały znajdować archiwalne gazety, zdobywały stare wydania książek, opowiadały o swojej perspektywie na wiele sytuacji z dzieciństwa. Nigdy nie interpretowały mojego memuaru jako ‘zdrady rodzinnych sekretów’. Zauważyłam, że wielu krytyków i czytelników wyraża pogląd, że „Totalnie nie nostalgia” jest ‘odważną’ książką, sugerując, że outing jako rodzina dysfunkcyjna jest odważną decyzją. Wskazuje to tylko na to, jak wiele jeszcze trzeba zrobić w Polsce w kwestii feminizmu, genderu i wskazywania palcem sprawców przemocy przeciwko kobietom i dzieciom.

Ja też pomyślałam, że to odważne. Byłam pod wrażeniem Pani szczerości. Miałam poczucie, że mówi Pani o tym jak było, niezależnie od tego, jak to Pani teraz ocenia, i jak ocenia pani swoje zachowanie. Podjęła Pani różne tematy, bo jest przemoc ze strony ojca, ale są też np. pierwsze doświadczenia seksualne z siostrami. Zastanawiam się czy coś z tego było trudne?

Zdaję sobie sprawę, że inne tematy, które poruszyłam nazywane są często w recenzjach tematami ‘tabu’ – molestacja seksualna w kościele katolickim, seksualność i eksperymentacja seksualna dzieci, pedofilia. Przypuszczam, że uważanie tych tematów za ‘tabu’ w Polsce wynika z ograniczeń społeczno-historyczno-kulturowych. Większość zachodnich społeczeństw, o wiele bogatszych w doświadczenie myśli feministycznej i w progresywne podejście do rozwoju społecznego, jest bardzo otwarta na ‘trudne tematy’ i stanowią one część publicznej debaty i programów szkolnych. Dlatego, poruszanie ich w memuarze nie było dla mnie trudne. Żałowałam, że nie mogę ich bardziej rozwinąć z braku miejsca! Jest jeszcze sprawa podejścia do memuaru jako gatunku i do stopnia szczerości, który publiczność jest przygotowana zaakceptować. W Polsce, podobnie jak się niedawno okazało w wypadku autobiograficznej powieści Knausgaarda w Norwegii, szczere memuary nie są częścią tradycji literackiej ani społecznej, w przeciwieństwie do, na przykład, Stanów, Francji, Belgii. A wszystko to się dzieje w uber-narcystycznej dobie selfie.

Selfie jest pozowane.

Oczywiście,  w selfie chodzi o kontrolę własnego obrazu, również o emulację idoli. Ja nigdy nie robię selfies, choć zdaję sobie sprawę, że w „Totalnie nie nostalgii”  nie sportretowałam siebie jako baddie tylko jako goodie!

Czy miała Pani cel, w jakim stworzyła memuar?

Tak. Od początku zdawałam sobie sprawę, że w Polsce, tak jak w wielu innych miejscach na świecie, wciąż trwa walka z patriarchatem, z przemocą, z dyktaturą religii, z uzurpowaniem władzy przez kościół, z opresją kobiet. Chciałam dołączyć mój głos do chóru kobiecych głosów poprzez pokazanie mojej własnej ewidencji i mojej perspektywy na ten stan rzeczy. Miałam nadzieję, że trafię do mojej ‘idealnej’ publiczności – młodych jak i dojrzałych kobiet o podobnych doświadczeniach, które już coś na ten temat robią, albo jeszcze  nie odważyły się i „Totalnie nie nostalgia” im pomoże. Nigdy nie zmienimy systemu na lepszy, jeśli będziemy chronić sprawców tak zwanej ‘przemocy domowej’. Patriarchat zaczyna się od rodziny. Co nie znaczy, że sugeruję, że walka z opresją jest odpowiedzialnością kobiet.

Czy może Pani zdradzić nad czym teraz pracuje?

Pracuję nad następną powieścią graficzną, w której mam nadzieję sportretować się częściowo jako baddie!  Nie będzie to chronologicznie następna część memuaru; przeskakuję przez cały środek mojego życia i jestem już teraz i tu, w Melbourne. Próbuję spojrzeć na siebie krytycznie i analizuję moje trzy kobiece role – nie narzucone mi, ale wybrane przez mnie. Nie obędzie się bez retrospekcji i powrotów do PRL-u. 


lipca 08, 2017

Duszny kraj

Duszny kraj


Dylan jest nieprzetłumaczalny. Przynajmniej na polski. Tak twierdzi jego tłumacz. Nie pozostaje nam więc chyba nic innego, jak uwierzyć. Kto jak kto, ale Łobodziński, który Dylana tłumaczy już prawie 40 lat, musi wiedzieć co mówi. Rzeczywiście, Dylan nie jest zwykłym poetą (o ile w ogóle istnieją poeci zwykli). Obok słów mamy w końcu u niego muzykę.

Jak pisze Łobodziński, aby odtworzyć utwory Dylana w innym języku, należy wskrzesić tradycję, z której czerpie. Odtworzyć muzykę, która współbuduje te utwory. Trzeba wreszcie odzwierciedlić frazę, którą Dylan posługuje się na prawach kolejnego piętra twórczości, akcentując pewne sylaby lub wydłużając znacząco niektóre samogłoski. Pełna postać utworu Dylana to słowo i melodia (…) oraz sposób ich przekazania.

W słowie od tłumacza Łobodziński pisze nieco o warsztacie swojej pracy. Na przykładzie utworu „It’s Alright, Ma (I’m Only Bleeding)” tłumaczy, ile trzeba wiedzieć, by właściwie przełożyć pieśń. Otóż, trzeba zrekonstruować stan umysłu młodego Amerykanina w roku 1964, świadomego opresji, jakiej doświadczają społeczeństwo  ze strony polityki, mediów, rewolucji i kontrrewolucji obyczajowej, a także ze strony własnej, czyli tegoż społeczeństwa. Trzeba wzbudzić echa Arthura Rimbauda, Allena Ginsberga i Thomasa Stearnsa Eliota. A to jeszcze nie wszystko. Według Łobodzińskiego, należy również wywołać duchy pieśni czarnego Południa USA oraz podobną lawinę słów, zdań, skojarzeń i obrazów. Trzeba wreszcie umieć naśladować niemal skandowany styl śpiewu, w którym rytm, nerw i sens współbrzmią w jednym tańcu. Czy to w ogóle możliwe? Łobodziński przyznaje, że tego nie potrafi. Nie jest rdzennym słuchaczem Dylana i zjawisk, do których odwołuje się artysta nie ma we krwi.

A jednak Łobodziński zdecydował się przełożyć ponad sto trzydzieści tekstów piosenek, które Bob Dylan napisał w latach 1962-2012. A przetłumaczył je w sposób absolutnie nieoczywisty, często zaskakujący, brawurowy, a może nawet kontrowersyjny? Już po tytułach utworów widać, że Łobodziński unika kliszy. I tak, "Like a Rolling Stone” przetłumaczone zostało  jako „Jak błądzący łach", a tytułowy „Duszny kraj” to w oryginale po prostu „Mississippi”.

Poza tłumaczeniami tekstów w książce znajdziemy także krótkie komentarze tłumacza. W przypadku piosenki „Mississippi” Łobodziński pisze o tytule „Duszny kraj” jako o opisowej atrapie. Dla polskiego odbiorcy jest ona przydatna, ze względu na niemożliwość stworzenia duchowego ekwiwalentu dla  stanu kojarzonego z „pasem biblijnym”, światem tradycyjnych wartości, bolesną historią społeczną i kopalnią muzycznych skarbów.

Zebranie, przetłumaczenie i opatrzenie komentarzami tak dużej ilości dylanowskich utworów zdecydowanie pozwala lepiej poznać i zrozumieć twórczość noblisty. Choć żaden z tekstów nie poruszył mnie tak bardzo, jak słuchane w oryginale piosenki, dopiero dzięki książce zwróciłam uwagę na niektóre symbole i nawiązania.

Podróż przez teksty Dylana, to podróż przez życie mężczyzny. Mężczyzna ten był kiedyś młody. Kochał, porzucał i był porzucany. Teraz jego życie dobiega końca, a on próbuje się z nim rozliczyć. Rozmyśla o przemijaniu, miłości, samotności, wierze i zwątpieniu.


lipca 07, 2017

FRAGMENT KSIĄŻKI: "Miasteczko kłamców" Megan Miranda

FRAGMENT KSIĄŻKI: "Miasteczko kłamców" Megan Miranda

CZĘŚĆ PIERWSZA
POWRÓT DO DOMU

Zaczęło się od telefonu, z pozoru zwyczajnego i nieistotnego. Buczenie na szafce nocnej Everetta, niebieskawy blask wyświetlacza – za jasny w sypialni, w której Everett chciał mieć najciemniej, jak się da, rolety zaciągał po sam parapet, a przyciemniane szyby stanowiły drugą linię obrony przed światłem słońca i miasta. Zobaczyłam, kto dzwoni, wyłączyłam w telefonie dźwięk i odłożyłam go ekranem do dołu obok zegara.
Potem jednak zaczęłam się zastanawiać, dlaczego mój brat dzwoni o tak wczesnej porze w niedzielę. Przebiegłam w głowie listę najbardziej prawdopodobnych możliwości: tata, dziec­ko, Laura.
Szłam w ciemnościach, po omacku szukając ostrych narożników mebli, aż odnalazłam kontakt w łazience. Opierając bose stopy na zimnych kafelkach, usiadłam na klapie sedesu z telefonem przy uchu, a na nogach zrobiła mi się gęsia skórka.
Wiadomość Daniela rozbrzmiewała echem w ciszy mieszkania: „Pieniądze już prawie się skończyły. Musimy sprzedać dom. Ale tata nie chce podpisać dokumentów. – Chwila przerwy. – On jest w złym stanie, Nico”.
Nie poprosił mnie o pomoc, bo to byłoby za bardzo bezpośrednie. Nie w naszym stylu.

Usunęłam wiadomość i wśliznęłam się z powrotem pod kołdrę, zanim Everett się obudził; na wszelki wypadek sprawdziłam, czy tam jest.
Po powrocie do siebie przejrzałam pocztę z poprzedniego dnia i znalazłam list. „Nico Farrell”, znajomy charakter pisma, niebieski długopis, adres napisany przez kogoś innego ciemniejszym tuszem.
Tata od jakiegoś czasu nie dzwonił. Rozmawiając przez telefon, czuł się jeszcze bardziej zagubiony, jeszcze bardziej odseparowany od osoby, z którą usiłował się skontaktować. Nawet jeżeli pamiętał, czyj numer wykręcił, głosy, które słyszał w słuchawce, z nikim mu się nie kojarzyły.
Rozłożyłam list – liniowana kartka formatu A4, zdanie rozpoczęte już na marginesie po lewej, tak jakby tata spieszył się z przelaniem myśli na papier, zanim mu uciekną.
Na początku listu nie było żadnego powitania.
„Muszę z Tobą porozmawiać. Ta dziewczyna. Widziałem tę dziewczynę”.
Pozdrowień na końcu też nie było.
Zadzwoniłam do Daniela, dalej trzymając list w drżącej dłoni.
 – Odsłuchałam twoją wiadomość – powiedziałam. – Jadę do domu. Powiedz mi, co się dzieje.

DZIEŃ PIERWSZY
Przed włożeniem rzeczy do bagażnika zrobiłam w głowie szybką inwentaryzację mieszkania: walizki czekają przy drzwiach; klucze w kopercie na kuchennym blacie; otwarte pudło do połowy wypełnione rzeczami, które zapakowałam w ostatniej chwili poprzedniego wieczoru. Z aneksu kuchennego widziałam każdy kąt mieszkania – pozbawionego jakichkolwiek zakamarków i pustego – a mimo to dręczyła mnie myśl, że o czymś zapomniałam.
Zbierałam wszystko w pośpiechu, kończąc ostatnie kilka tygodni roku szkolnego, jednocześnie zmagając się z telefonami od Daniela i szukając tymczasowego lokatora do mojego wynajętego mieszkania. Nie miałam czasu na zastanowienie się, na zrozumienie tego, że naprawdę to robię: wracam. Jadę tam. Daniel nie wiedział o liście. Powiedziałam mu, że przyjeżdżam pomóc, że mam dwa miesiące, a potem będę musiała wrócić do mojego życia tutaj.
Mieszkanie było teraz prawie puste. Taśmowy produkt mieszkaniowy, odarty z wszelkiej przytulności, czekał na studenta, który sprawiał wrażenie w miarę odpowiedzialnego i miał tam mieszkać do końca sierpnia. Zostawiłam mu naczynia, bo nie chciało mi się ich pakować. Zostawiłam mu futon, bo mnie o to poprosił i dorzucił za tę przysługę pięćdziesiąt dolarów.
Reszta rzeczy – to znaczy tych, które nie zmieściłyby się w aucie – znajdowała się w przechowalni, kilkaset metrów dalej. Całe moje życie zapieczętowane w prostopadłościanie wypełnionym pomalowanymi przeze mnie własnoręcznie meblami i zimową odzieżą.
Drgnęłam, kiedy w pustych ścianach rozległo się echo czyjegoś pukania. Nowy lokator miał się zjawić dopiero kilka godzin później, długo po moim wyjeździe. Na wszystkich innych potencjalnych gości też było za wcześnie.
Przeszłam przez wąski pokój i otworzyłam drzwi.
        – Niespodzianka – powiedział Everett. – Chciałem cię złapać, zanim wyjedziesz. – Był ubrany do pracy, czysto i schludnie, i z jedną ręką za plecami nachylił się, żeby mnie pocałować. Pachniał kawą i pastą do zębów, krochmalem i skórą, profesjonalizmem i kompetencją. Wyciągnął zza pleców parujący styropianowy kubek. – Przyniosłem ci. Na wzmocnienie przed podróżą.

Głęboko wciągnęłam powietrze.
 – Znasz drogę do mojego serca.
Oparłam się o blat kuchenny i wypiłam duży łyk kawy.
Spojrzał na zegarek i skrzywił się.
 – Strasznie cię przepraszam, ale muszę lecieć. Mam się z kimś widzieć na drugim końcu miasta.
Spotkaliśmy się w połowie drogi na ostatni pocałunek. Chwyciłam go za łokieć, kiedy się prostował.
 – Dziękuję ci – powiedziałam.
Oparł czoło o moją głowę.
 – Ten czas szybko minie. Zobaczysz.
Patrzyłam na niego – energiczny miarowy krok, ciemne włosy ocierające się o kołnierzyk – kiedy szedł do windy na końcu korytarza. Kiedy drzwi się rozsunęły, odwrócił się i uśmiechnął, widząc, że stoję oparta o framugę.
 – Bezpiecznej jazdy, Nicolette.
Puściłam drzwi, które zamknęły się automatycznie, a nastrój dnia nagle spowodował, że moje kończyny stały się ciężkie i poczułam mrowienie w koniuszkach palców.
Czerwone cyfry na zegarze mikrofali przeskoczyły do przodu i wzdrygnęłam się. (…)

Kiedy byłam młodsza, wierzyłam, że znam przyszłość. Prawdopodobnie była to wina mojego ojca, który wypełnił moje dzieciństwo frazesami ze swoich wykładów filozofii i pozwalał mi wierzyć w rzeczy niemożliwe. Zamykałam oczy i siłą woli wywoływałam w głowie piękne obrazki przyszłości. Widziałam Daniela w uniwersyteckiej todze. Moja mama uśmiechała się obok niego w obiektywie mojego aparatu, a ja dawałam im ręką znak, żeby się przybliżyli. „Obejmij ją ramieniem. Udawajcie, że się lubicie! Świetnie”. Wiele lat później widziałam siebie i Tylera, jak wrzucamy torby na pakę jego ubłoconego pikapa i wyjeżdżamy na studia. By już nigdy nie wrócić.

W tamtych czasach nie miałam szans zrozumieć, że ucieczka z Cooley Ridge nie będzie jednorazowym wydarzeniem w pikapie, tylko dziesięcioletnim procesem wycinania miasteczka z mojej tożsamości. Kilometry i lata, mozolne pokonywanie dystansów. Nie wspominając już o tym, że Tyler nigdy nie wyjechał z Cooley Ridge, a Daniel nie skończył studiów. Zresztą mama i tak tego nie dożyła.

Gdyby moje życie było drabiną, to Cooley Ridge stanowiłoby jej najniższy szczebel – wtulona w Góry Dymne niepozorna mieścina, jak z definicji amerykańskiego Małego Miasteczka, ale bez jego uroku. Każde inne miejsce lokowało się o szczebel wyżej i z czasem miałam rozpocząć wspinaczkę. Studia licen­cjackie trzysta kilometrów na wschód, uniwersytet jeden stan na północ, staż w mieście, w którym zapuściłam korzenie i z którego nie chciałam się ruszać. Mieszkanie wynajęte na moje własne nazwisko, tabliczka z nazwiskiem na moim własnym biurku, Cooley Ridge jako coś, od czego coraz bardziej się oddalałam.
Jest jednak pewna rzecz, której się dowiedziałam na temat wyjazdu – tak naprawdę nie można już wrócić. Nie wiem, co mam zrobić z Cooley Ridge, a Cooley Ridge nie wie, co zrobić ze mną. Z upływem lat odległość tylko rośnie.
Kiedy próbowałam zobaczyć je wyraźniej – Everett mówił: „opowiedz mi o swoim domu, opowiedz mi o tym, jak dorastałaś, opowiedz mi o swojej rodzinie” – na ogół pojawiała mi się w głowie karykatura miasta: miniaturowa makieta na stołach hotelowych jadalni podczas wakacji, wszystko zastygłe w czasie. Udzielałam mu więc powierzchownych odpowiedzi, bezpłciowych i ogólnikowych: „Moja mama zmarła, kiedy miałam szesnaście lat; to jest małe miasteczko na skraju lasu; mam starszego brata”.
Nawet mnie samej nic to nie mówiło. Polaroid stopniowo blaknący od krawędzi, kolory wypłukane; zarys wymarłego miasteczka pełnego upiorów.
Ale wystarczył jeden telefon od Daniela – „Musimy sprzedać dom” – abym poczuła, że podłoga zapada mi się pod stopami. „Jadę do domu” – powiedziałam. Krawędzie fotografii się wypełniły, kolory zapłonęły: mama przycisnęła policzek do mojego czoła; Corinne delikatnie kołysała wagonikiem w tył i w przód na górze diabelskie
go koła; Tyler balansował na oddzielającym nas od siebie zwalonym drzewie, które ukośnie spinało brzegi rzeczki.
„Ta dziewczyna” – napisał mój tata i jej śmiech poruszył moje serce.

„Muszę z Tobą porozmawiać. Ta dziewczyna. Widziałem tę dziewczynę”.
Godzinę później, ba, chwilę później, pewnie o tym zapomniał – odłożył zaklejoną kopertę, którą ktoś w końcu znalazł na jego szafce nocnej albo pod poduszką i wygrzebał z jego papierów mój adres. Ale musiał być jakiś bodziec. Wspomnienie. Jakaś idea zabłąkana w synapsach jego mózgu; aktywacja myśli, którą skierował do mnie, bo nie znalazł dla niej żadnego innego zastosowania.
Wyrwana z zeszytu kartka, ukośne pismo, moje nazwisko na kopercie…
I teraz w mojej głowie zerwało się z uwięzi coś ostrego i dzikiego. Jej imię i nazwisko obijały się o moją czaszkę jak echo.
„Corinne Prescott”.

lipca 06, 2017

FRAGMENT KSIĄŻKI: "Jakoś to będzie. Szczęście po polsku"

FRAGMENT KSIĄŻKI: "Jakoś to będzie. Szczęście po polsku"

2
Jeśli ktoś to zrobi,
to Polacy,
czyli
z ułańską
fantazją

Filozofia jakoś to będzie nie może się obejść bez ułańskiej fantazji. To trudne do zdefiniowania, ale typowe dla wielu Polaków połączenie odwagi, nieskrępowanej wyobraźni i umiłowania wolności. Dzięki niej potrafimy wcielać w życie nawet najbardziej szalone pomysły.

Pielęgnujemy ją w sobie od wieków: zarówno w czasach wojen (szczególnie podczas bitew), jak i pokoju (choćby podczas wystawnych szlacheckich zabaw). Słowo „ułan” pochodzi z języka polskich Tatarów i miało określać młodych mężczyzn, którzy tworzyli pułki jazdy tatarskiej i walczyli w obronie Polski. Częścią stroju ułańskiego była tzw. rogatywka, która do dzisiaj pozostaje polską czapką narodową. Ale oprócz nakrycia głowy po dawnych ułanach zostało nam coś jeszcze: energia i gorliwość. Bo ułańska fantazja to młodzieńcza porywczość, która towarzyszy nam bez względu na wiek. To zadziorność oraz chęć do działania i poznawania świata. Jedno z naszych najpopularniejszych powiedzeń – „Polak potrafi” – nie miałoby racji bytu bez iskry zwanej ułańską fantazją.

Mimo że już nie sypiamy jak ułani z szablą pod poduszką, to wciąż wyróżnia nas gotowość do przekraczania granic i odwaga, by w nieszablonowy sposób mierzyć się z przeciwnościami losu. Na przykład Aleksander Doba, kajakarz, podróżnik i odkrywca, w wieku 64 lat jako pierwszy samotnie przepłynął kajakiem Ocean Atlantycki z kontynentu na kontynent wyłącznie dzięki sile mięśni. O towarzyszącej polskim sportowcom ułańskiej fantazji mówi:
Przypominam sobie, że w hiszpańskiej prasie krótko przed Letnimi Igrzyskami Olimpijskimi w Barcelonie w 1992 roku napisano o mnie i o grupie polskich kajakarzy, z którymi płynąłem przez rzekę: „szarża ułańska pod Somosierrą”. Każdy ułan potrzebuje konia – moim ułańskim atrybutem jest kajak. Wydaje mi się, że nieodłącznym składnikiem ułańskiej fantazji jest spontaniczność, która pozwala dążyć do celu, podejmować ryzyko i ciągle podnosić sobie poprzeczkę. Chodzi przede wszystkim o ciekawość świata. Zawsze powtarzam, że rzecz nie w tym, żeby robić coś za wszelką cenę, ale by poznawać swoje możliwości i czuć się wolnym.

Dzięki ułańskiej fantazji życie jest ciekawsze, ponieważ wyklucza ona nadmierną ostrożność – a czasem ostrożność w ogóle. Zachęca do intensywnego przeżywania i wychodzenia ze strefy komfortu. Nasi sportowcy od lat pokazują, że można odnosić spektakularne sukcesy w najtrudniejszych warunkach. Dobrym przykładem są himalaiści, którzy nie tylko zdobywają najwyższe i najbardziej wymagające szczyty, ale też robią to w niepowtarzalnym stylu. Jerzy Kukuczka zdobył Koronę Himalajów i Karakorum jako drugi człowiek na Ziemi i to w niecałe osiem lat (jego poprzednik potrzebował na to ponad dwa razy więcej czasu). Wanda Rutkiewicz jako pierwsza kobieta stanęła na wierzchołku K2 i była pierwszą Europejką na Mount Evereście. Andrzej Bargiel – dziś jeden z najszybszych himalaistów na świecie, rekordzista narciarstwa wysokogórskiego, który w 2015 roku jako pierwszy zjechał na nartach z ośmiotysięcznika Broad Peak –chodzi w Himalaje bez butli tlenowej. To mierzenie się z czymś, co może się wydawać niemożliwe do osiągnięcia, jest kwintesencją ułańskiej fantazji.

Dlatego chociaż naszym ulubionym sportem pozostaje piłka nożna oraz mamy świetną kadrę szczypiornistów i siatkarzy, to największe sukcesy odnosimy w dyscyplinach indywidualnych. Współcześni ułani zamienili broń i lance na atrybuty sportowe i dzięki nim ustanawiają nowe rekordy w lekkoatletyce. Na przykład Władysław Kozakiewicz, tyczkarz i wieloboista, który zasłynął nie tylko ułańskim skokiem, ale i równie ułańskim, buńczucznym gestem sprzeciwu wobec wygwizdującej go radzieckiej publiczności podczas Letnich Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku. Albo Robert Korzeniowski – czterokrotny mistrz olimpijski w chodzie (od Atlanty po Ateny), który dziś uznawany jest za wzór dyscypliny i wytrwałości w dążeniu do celu. Uwspółcześniona wersja ułańskiego wierzchowca – samochód wyścigowy – pozwoliła Robertowi Kubicy zostać rajdowym mistrzem świata. A szybkość, nieograniczona niczym wolność szybowania w powietrzu, i odwaga Adama Małysza pozwoliły uczynić z zawodów skoków narciarskich polskie zimowe święto narodowe, dzięki czemu mistrz dochował się równie nieustraszonych następców.

Choć ułańską fantazję w pierwszym odruchu łączymy z energią, a czasem z porywczością, jest ona równie silnie związana z polską szlachetnością i pomysłowością. Tego ducha pielęgnowali nasi przodkowie, szukając nieszablonowego wyjścia z patowych sytuacji i krzewiąc polskość, gdy naszego kraju nie było na mapach świata. Taką postacią był na przykład XIX-wieczny podróżnik Stefan Szolc-Rogoziński, badacz afrykańskich kultur, który wbrew woli ojca wstąpił do Akademii Morskiej w Kronsztadzie w Zatoce Fińskiej. Jego marzeniem było stworzenie przytułku dla polskich emigrantów w odległym Kamerunie. By zrealizować swój cel, wykupywał ziemię od mieszkańców – do 1884 roku zebrał od ziarnka do ziarnka 30 kilometrów kwadratowych. W jego działaniach wspierali go Bolesław Prus i Henryk Sienkiewicz. Trudno się dziwić, że to właśnie autor Trylogii był gorącym zwolennikiem tej ekspedycji. W swojej prozie nieraz dawał upust literackim wariacjom na temat ułańskiej fantazji. Wystarczy przyjrzeć się jednej z najbarwniejszych postaci stworzonych w polskiej literaturze – Andrzejowi Kmicicowi.

Nie trzeba jednak wypływać na szerokie wody ani zdobywać medali w konkurencjach sportowych, by poczuć, czym jest ułańska fantazja. To cecha, którą każdy z nas może pielęgnować i troszczyć się o nią, bo uaktywnia się ona również w zwyczajnych, codziennych sytuacjach. Olga Drenda, dziennikarka, autorka Duchologii polskiej, wyjaśnia, czym jest dla niej ułańska fantazja dnia powszedniego:
Jako typowa Polka ułańską fantazją wykazuję się zawsze, gdy wieszam pranie lub firanki, ponieważ mam zwyczaj stawania wtedy na krawędzi wanny albo parapetu. Oszczędza mi to wysiłku przynoszenia sobie drabiny i wnosi element adrenaliny w moje spokojne życie, ale że grozi również urazem kręgosłupa, nie jest to zachowanie szczególnie roztropne. Ułańska fantazja to cecha, która czasami każe nam rzucać wyzwania losowi, nieraz na granicy brawury. Każe nam ścigać się z czasem i denerwować na z góry ustalone procedury, nie pozwala się podporządkowywać cudzemu zdaniu. Mam jednak wrażenie, że ten duch to szczepionka przeciwko dyktatorskiemu maszerowaniu w równym rządku.

Felix Ormerod, angielski podróżnik, który odwiedził Polskę w czasie zmian ustrojowych w 1990 roku, stwierdził, że nasz kraj to takie NRD, w którym ludzie chodzą na skróty przez trawnik. W tym zdaniu zamyka się dla mnie istota ułańskiej fantazji – to połączenie zamaszystego gestu, kreatywności i odrobiny anarchii. Oczywiście cecha ta nie wymaga umiejętności jazdy konnej – można być nią obdarzonym niezależnie od wieku, płci czy pochodzenia. Ujawnia się ona w bałaganiarskiej urodzie ogródków działkowych, w jagodowych i pistacjowych elewacjach domów, w remontach zrobionych „na słowo honoru”, ale za to z pomysłem, w pojazdach własnej produkcji, w zamiłowaniu do przygody. To chaos, ale pełen wdzięku.

Ułańskiej fantazji nie da się jednoznacznie zdefiniować, trudno ją także przetłumaczyć na inne języki, ponieważ w pojęciu tym mieści się coś więcej, niż można wyrazić w samych słowach. Duch ułańskiej szarży bulgoce w polskich żyłach, ale niekoniecznie trzeba się z nim urodzić – można go poczuć, nauczyć go innych, jest dostępny na wyciągnięcie ręki. Czasem wystarczy przebiec na czerwonym świetle, iść do pracy dłuższą drogą, pojechać tramwajem jeden przystanek za daleko czy wsiąść do pociągu byle jakiego, by odnaleźć w sobie młodzieńczego ducha, który pozwoli pożegnać się z rutyną i sprawi, że choć będzie odrobinę trudniej, to jakże wyzwalająco!

lipca 01, 2017

FOTORELACJA: Imieniny Jana Kochanowskiego

FOTORELACJA: Imieniny Jana Kochanowskiego

Za nami kolejna edycja literackiego pikniku Biblioteki Narodowej. Pogoda, przynajmniej przez większą część dnia, dopisała. Dopisali również pisarze, poeci, ilustratorzy, literaturoznawcy i aktorzy. Wydawnictwa witały gości specjalnymi ofertami cenowymi. Ogród Krasińskich przywitał zielenią, placami zabaw oraz sprzedawcami lemoniady i lodów. Było naprawdę przyjemnie. Zobaczcie zdjęcia!



























Copyright © 2016 Projekt: książki , Blogger