czerwca 13, 2018

Audiobook: Kolekcja nietypowych zdarzeń

Audiobook: Kolekcja nietypowych zdarzeń


Opowiadania nie są najłatwiejszą formą literacką. Ilość słów i wątków jakie możemy w nich zmieścić jest mocno ograniczona. Krótko opowiedzieć historię, która będzie ciekawa/poruszająca/zabawna/mądra… i która zostanie z nami na dłużej, to prawdziwa sztuka.

Lubię opowiadania refleksyjne i takie właśnie są te Toma Hanksa. Akcja płynie w nich dość niespiesznie. Może miejscami rzeczywiście są nieco przegadane, ale przez to przypominają mi teatr (a teatr uwielbiam). Mamy scenę, bohaterów i historię, o której bohaterowie bardziej mówią niż w niej uczestniczą (choć są oczywiście wyjątki).

Opowiadania Hanksa są też tęskne. A tęsknota ta odnosi się do dawnych czasów. Dawną Amerykę symbolizuje w nich maszyna do pisania – element pojawiający się w kilku historiach. Maszyna do pisania jest przeciwieństwem nowoczesności z jej smartfonami, mediami społecznościowymi i chwilowością. Maszyna do pisania symbolizuje stałość.

Poziom opowiadań Hanksa nie jest jednak stały.  Teksty są po prostu nierówne. Kilka historii naprawdę mi się spodobało, ale o większości z nich zapomniałam na drugi dzień po lekturze.
Nie zapomniałam historii nastolatka, który spędza dzień surfując z ojcem, a ich wspólny czas odsłania pewne fakty dotyczące ich życia i rzuca nowe światło na wspólną relację. Podobała mi się opowieść o matce kilkuletniego chłopca, która po rozwodzie układa sobie życie z nowym mężczyzną. I na koniec, podobało się mi się opowiadanie pierwsze – o superaktywnej Annie, organizatorce życia nie zważającej na potrzeby i ograniczenia partnera. Choć to opowiadanie czytałam z dystansem i wierzę, że zostało napisane z przymrużeniem oka, jako wyostrzone i humorystyczne. Inaczej, za sposób w jaki Hanks przedstawił Annę, chyba przestałabym czytać dalej.

Generalnie, Hanks ma problem z kobietami. I o ile całą książkę uważam za ciekawą i doceniam różne zabiegi, np. powracanie na jej łamach niektórych bohaterów (powraca m.in. właśnie Anna, ale też Hank Fiset ze swoimi „Felietonami”), o tyle nieciekawe, płytkie i konwencjonalne przedstawienia kobiecych bohaterek, były dla mnie zaskoczeniem i moim największym rozczarowaniem zbiorem. Pewnie łatwiej wyrobić sobie warsztat literacki niż pozbyć się stereotypowego spojrzenia na płeć.

Tom Hanks, „Kolekcja nietypowych zdarzeń”,  czyta Jacek Rozenek, Wielka Litera 2017

czerwca 11, 2018

5 pytań do reportera: Kamil Bałuk

5 pytań do reportera: Kamil Bałuk


W jakich językach czytasz książki?
Po polsku, angielsku i niderlandzku. W tych dwóch obcych językach podobnie często, zależy, jak wypadnie. Jeśli książka jest dostępna we wszystkich trzech, to raczej w oryginalnym. Oprócz tego jakieś dziesięć lat temu przeczytałem jedną książkę po szwedzku, po półrocznej intensywnej nauce w Uppsali. Dzisiaj już bym nie dał rady i nie widzę też potrzeby, szwedzki etap zakończony i dzięki temu, że średnio mi się podobał, zaczął się ten holenderski. Co do języków, to kiedyś wydawało mi się, że ich znajomość jest kluczem do wszystkiego. Wydaje mi się, że uczyłem się trochę snobistycznie. Teraz przychylam się bardziej do zdania, że to umiejętność, jak każda inna.
Najbardziej lubię czytać po polsku, bo w literaturze i w pisaniu najciekawszy jest dla mnie styl, a w swoim własnym języku wyczuwasz go najlepiej.

Czy to, w jakim języku mówisz, ma wpływ na to, o czym mówisz lub jak się zachowujesz?
Oczywiście! Historyjka: kiedy byłem młodszy, miałem idiotyczną ambicję opanowania akcentu po angielsku na poziomie native speakera i nauczenia się nowych języków do perfekcji. Chyba była w tym potrzeba wyróżniania się na tle innych, bardzo głupia i niedojrzała. Szczęśliwie, już na początku studiów pojechałem na semestr do Szwecji i poznałem ludzi ze wszystkich anglojęzycznych krajów, na czele z Australijczykami, których w tamtym czasie ledwie byłem w stanie zrozumieć. Spokorniałem. W moim akademiku pokój obok miała pewna Węgierka na Erasmusie, która od kilkunastu lat mieszkała w Anglii i nawet nie używała swojego prawdziwego imienia, zmieniła na brytyjskie. Ja po akcencie nie byłem w stanie poznać, że nie jest Brytyjką, moim zdaniem mówiła idealnie, ale wszyscy Brytyjczycy czy Amerykanie to rozpoznawali. Bardzo ją to złościło. Nauczyłem się wtedy, że nie ma sensu męczyć się przesadnie z akcentem. Lepiej pogodzić się z tym, skąd jesteśmy, znaleźć jakieś zalety. Widziałem kilkukrotnie, jak Holendrzy z Amsterdamu rozmawiając z Flamandami i rozpoznając ich akcent, przechodzili złośliwie na angielski. A przecież i ci, i ci są nejtiwami i doskonale się nawzajem mogą porozumieć, chodziło o durny manifest. To tak, jakbyśmy my przechodzili na angielski z Poznaniakami, bo mówią „tej”. To wszystko takie umowne.
Wracając do meritum, to język polski jest moim żywiołem, jedynie w nim jestem w pełni sobą. Po angielsku jestem sobą już tylko na 90%, czuję się obcięty o parę gier słownych i żartów, mniej bystro odpowiadam. Z drugiej strony bywam mniej radykalny i dłużej zastanawiam się nad tym, co mówię, co nie jest złe. Jest to jednak na dłuższą metę męczące. Mam też tak, że trudno mi naraz mówić w obcym języku i prowadzić samochód, dlatego staram się nie łączyć tych czynności. Mój mózg się wtedy przegrzewa.
Z kolei kiedy mówię po niderlandzku, jestem czasem jak małe dziecko, w dodatku sztywne i spięte. No, chyba że mój pobyt w Holandii trwa w danym momencie kilka tygodni, to przestawiam się. Na filologii byłem bardzo słabym studentem, więc dzisiaj zamiast snobować się na wyśmienitego filologa, zadowalam się tym, że jestem jednym z niewielu reporterów piszących po polsku, którzy znają w ogóle niderlandzki – to wystarczy. Na szczęście w reportażu najważniejsze, to zadawać dobre pytania, słuchać, rozumieć, dużo czytać i wyciągać wnioski, a nie paplać godzinami. Poza tym w tym byciu dzieckiem jest pewna tajna broń.


Myślisz, że gdybyś z bohaterami „Wszystkich dzieci Louisa” musiał rozmawiać po angielsku lub przez tłumacza, książka byłaby przez to inna?
Lubię cytować długie wypowiedzi. Cały rozdział z Louisem czy doktorem Karbaatem to monologi. Nie byłoby to możliwe, jeśli rozmawialibyśmy przez tłumacza. Taki rodzaj rozmowy z definicji osłabia materiał i mam nadzieję, że nie będę musiał korzystać z pomocy tłumaczy.
Choć nie musiałem, to z niektórymi bohaterami książki rozmawiałem po angielsku. Wybór języka zostawiałem rozmówcy, bo czasami o czymś trudnym łatwiej porozmawiać z obcym niż z bliskim i łatwiej w obcym języku, niż we własnym. Taka magia. Nie przesadzałbym z rolą języka – kiedyś uważałem, że reporterska rozmowa po angielsku z kimś, dla kogo nie jest to pierwszy język to coś z automatu gorszego, niż rozmawianie w języku tej osoby. Teraz tak nie uważam. I lepszy, i gorszy poziom języka może być atutem, jeśli użyjemy tego faktu na swoją korzyść i o ile nie sprawia to, że wypaczamy sens tego, co ktoś mowi. Przykładowo, doktor Karbaat nigdy by ze mną nie porozmawiał, gdybym miał idealny niderlandzki akcent, bo z holenderskimi dziennikarzami już rozmawiać nie chciał. Chciał porozmawiać z Polakiem z daleka. Inni bohaterowie tłumaczyli mi pewne rzeczy bardzo prosto i mówili wprost, żeby mieć pewność, że zrozumiem. Wierzę, że dzięki temu były to odpowiedzi bardziej szczere i nieowinięte w bawełnę.

Powiedz coś proszę o książce, nad którą teraz pracujesz
„Louis” wyszedł dopiero co w Holandii. To było wiele tygodni konsultacji z tłumaczką i redaktorem, który powiedział, że jeszcze nie miał okazji redagować tłumaczenia książki wraz z jej autorem, który by trzymał rękę na pulsie. Mieliśmy z Charlotte Pothuizen parę zagwozdek – przykładowo, w niderlandzkim nie ma słowa „kilkanaście”. Ciekawe doświadczenie, chociaż dużo dodatkowej roboty, dopisałem nawet jeden rozdział.
Wciąż pracuję nad zbiorem reportaży o współczesnej Holandii, który powstaje od dłuższego czasu, ale zanim wyjdzie, jesienią 2018 ukaże się jeszcze jedna książka, której jestem współautorem. Z Polski, a temat mi bliski, chyba bliższy niż Holandia, już się nim trochę wcześniej zajmowałem. Szczegóły niedługo.

Co planujesz przeczytać w najbliższym czasie?
Swoją umowę z wydawnictwem. Bo mam dziwne przeczucie, że jestem po dedlajnie.

Kamil Bałuk - absolwent socjologii, filologii niderlandzkiej i dziennikarstwa na Uniwersytecie Wrocławskim oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Urodzony w Hannoverze, jest z Wrocławia, mieszka w Warszawie. Reportaże publikował w „Dużym Formacie”, „Przekroju”, „Wysokich Obcasach” oraz w zbiorach książkowych „Grzech jest kobietą” i „Tutaj drzwi trzeba otwierać powoli”. Jego teksty były kilkukrotnie nominowane do Nagrody Newsweeka im. T. Torańskiej w kategorii Młody Talent. Autor książki „Wszystkie dzieci Louisa” (Dowody na Istnienie, 2017). Laureat piątej edycji Konkursu Stypendialnego im. R. Kapuścińskiego za projekt zbioru reportaży o współczesnej Holandii, nad którym obecnie pracuje. www.kamilbaluk.pl.

…..

„5 pytań do reportera/reporterki” to cykl krótkich tekstów, w których reporterzy i reporterki odpowiadają na pytania, dla których punktem wyjścia są książki. Plan jest taki, że teksty będą ukazywać się w każdy wtorek, ale zobaczymy jeszcze jak to się uda ;)

Zdjęcie Kamila: Filip Skrońc

czerwca 10, 2018

A ja żem jej powiedziała

A ja żem jej powiedziała


Pozornie wszystko zaczęło się śmiechu. Od śmiesznych filmików, które Katarzyna Nosowska zaczęła wrzucać na Instagrama. O celebrytach, nadwadze, związkach. Tak naprawdę zaczęło się jednak od rzeczy trudnych i od potrzeby rozweselenia samej siebie. Później okazało się, że Nosowska rozwesela także innych. Przynajmniej na Instagramie.

Krótkie teksty, które znamy ze wspomnianych filmików, w książce „A ja żem jej powiedziała” są jedynie punktem wyjścia do większych historii, refleksji, a często także porad. Niestety, Nosowska postanowiła wczuć się w mentorkę. Do tego opowiedziała o sobie znacznie więcej, niż wielbiciele i wielbicielki śmiesznych anegdot mogliby się spodziewać. I pokazała znacznie więcej, niż fani i fanki mogą udźwignąć. Całość, niestety, wcale nie jest powodem do śmiechu.

W książce znajdziemy informacje o tym, jak w ogóle doszło do tego, że Nosowska zaczęła śpiewać. I tu jest nawet dość ironicznie i kpiarsko.  Ale są też historie bardzo osobiste i dotyczące rzeczy naprawdę ważnych. Nosowska porusza temat zaniżonej samooceny i braku poczucia własnej wartości. Wpływu, jaki miał na ten stan jej tata. Pisze o przemocy fizycznej ze strony partnera. O lęku przed zdradą i o zdradzie. O braku zaufania i miłości do samej siebie. To ważne kwestie, ale postawa Nosowskiej i jej poglądy są w wielu miejscach zwyczajnie nie do zaakceptowania. Wystarczy chyba przywołać powtarzające się stwierdzenie "Jak suka nie da to pies nie weźmie". Trudno po czymś takim ponownie spojrzeć na Nosowską przychylnym okiem. A szkoda.







Pisząc o tej akurat książce trudno chociaż nie wspomnieć jej trony wizualnej. „A ja żem jej powiedziała” wręcz kipi od rozmaitych ilustracji. Trudno oprzeć się wrażeniu, że z maleńkiej książeczki została w ten sposób po prostu sztucznie nadmuchana do rozmiaru pełnoprawnej książki.

Katarzyna Nosowska, „A ja żem jej powiedziała”, Wydawnictwo Wielka Litera 2018

czerwca 08, 2018

Literacki przegląd tygodnia. Booknet (54)

Literacki przegląd tygodnia. Booknet (54)


1. Nie żyje Barbara Wachowicz. Radni Warszawy na sesji pożegnali pisarkę minutą ciszy
- To jest jak grom z jasnego nieba, jeszcze niedawno się z nią widziałam - mówiła wzruszona Ewa Malinowska-Grupińska, przewodnicząca Rady Warszawy. Minutą ciszy radni pożegnali pisarkę, która była honorową obywatelką Warszawy.

2. Życie warte kilo cukru. Wstrząsająca książka o Zagładzie
W powiecie biłgorajskim Zagładę przeżyło zaledwie dwa procent mieszkających tam Żydów, w łukowskim nie był to nawet jeden procent. Spośród tych, którym udało się schronić na wsi lub w lasach, przeżył zaledwie co czwarty. W dwóch na trzy przypadkach w ich zamordowaniu uczestniczyli Polacy.

3. Znamy laureatów Nagrody Literackiej miasta stołecznego Warszawy
Warszawskim twórcą został poeta i tekściarz Ernest Bryll. Wśród wyróżnionych znaleźli się poetka Maria Bigoszewska, Jakub Żulczyk, Magdalena Tulli oraz Anna Bikont.

4. Film na podstawie książki Grażyny Jagielskiej o życiu z korespondentem wojennym w konkursie w Karlowych Warach
Film "53 wojny" w reżyserii Ewy Bukowskiej, na podstawie książki "Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym" autorstwa Grażyny Jagielskiej, żony byłego korespondenta wojennego Wojciecha Jagielskiego, znalazł się w konkursie Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Karlowych Warach.

5. Fotografie filipińskiej artystki Katriny Yu obrazują znaczenie książek w naszym życiu
Filipińska artystka Katrina Yu tworzy obrobione cyfrowo fotografie, by zobrazować znaczenie książek w naszym codziennym życiu. „Wierzę, że książki są jedynymi w swoim rodzaju wehikułami czasu. Mają moc, by przenieść nas do przeszłości i pozwolić doświadczyć, jak żyło się w tamtych czasach, ale także do przyszłości z jej wyobrażeniami, a nawet do alternatywnego świata, w którym nasza wyobraźnia ożywa” – twierdzi autorka zdjęć.

6. Naukowcy twierdzą, że inaczej traktujemy posiadanie książek fizycznych i elektronicznych
Z najnowszego badania przeprowadzonego przez naukowców z Uniwersytetu Arizony wynika, że konsumenci inaczej postrzegają fakt bycia właścicielem e-booków niż tradycyjnych książek.

7. Jak czytać pewniaki?
Moi znajomi często pytają mnie, na jakiej zasadzie wybieram swoje lektury, jednocześnie skarżąc się na wysyp tytułów w księgarniach i trudność w znalezieniu Książki wśród produktów książkopodobnych. Bo chociaż na pytanie Co czytasz?popadam w skraje skonfundowanie, biegam oczami na prawo i lewo w nadziei, że mój rozmówca nagle zajmie się czymś innym, a ja będę mogła uniknąć tej żenującej odpowiedzi jaką jest Trudno powiedzieć, to jednak jakby się nad tym pochylić, czynników wpływających na mój wybór książek jest cały arsenał.

8. Spektakl „Mam na imię kobieta” na podstawie tekstów m.in. Simone de Beauvoir, Virginii Woolf i Anaïs Nin na otwarcie Big Book Festival 2018
Organizatorzy Big Book Festival szykują mocne otwarcie tegorocznej edycji imprezy. Duży Festiwal Czytania rozpocznie się w piątek, 22 czerwca, spektaklem „Mam na imię kobieta”, w którym aktorki przemówią słowami m.in. Virginii Woolf, Amelii Earhart czy Madonny. Apodyktyczna, bezczelna, histeryczka, wredna baba, mściwa, zarozumiała, zimna suka! Ile razy kobiety słyszą te określenia na swój temat? A jak same widzą siebie? I co to znaczy dziś – 100 lat po przyznaniu im praw do głosowania?

9. "Zło zaczyna się od języka, od dehumanizowania przeciwnika". Wojciech Tochman w Radiu Książki
To dla mnie zupełnie nowa sytuacja. Mam już tytuł nowej książki, a jej tekst wciąż powstaje - mówi Tochman. Tym razem to będzie opowieść z Kambodży, o ludziach chorych psychicznie, których rodziny uwięziły w domowych obejściach i chowają przed światem.

10. Przedpremierowy fragment nowej powieści Stephena Kinga „Outsider”
Nowa książka Stephena Kinga intryguje. Od zagadkowej okładki począwszy, a na fabule skończywszy. Kryminał to czy horror? Odpowiedź poznacie już 5 czerwca, kiedy „Outsider” trafi do polskich księgarń, a tymczasem już dziś polecamy lekturę przedpremierowego fragmentu powieści.

*****************

Przez cały tydzień śledzę około literackie wydarzenia. Przeglądam prasę i internet. Wyszukuję ciekawe informacje, inspirujące filmiki i ważne rozmowy. Część na bieżąco publikuję je na facebookowym fanpage’u. W piątek, zebrane i uzupełnione o dodatkowe materiały, lądują w postaci „Booknetu” na blogu.

Chcesz być na bieżąco? Polub bloga na Facebooku!

Zdjęcie: Unsplash

czerwca 05, 2018

5 pytań do reporterki: Karolina Bednarz

5 pytań do reporterki: Karolina Bednarz

Ostatnio przeczytana książka, która uświadomiła Ci coś naprawdę ważnego?
Ostatnio czytam głównie literaturę piękną, bo potrzebuję odpoczynku od reportażu, chwili na oddech. Staram się jednak na bieżąco czytać reportaże, zwłaszcza na temat dyskryminacji kobiet. Dzięki nim zdaję sobie coraz bardziej sprawę, że to, o czym pisałam przez poprzednie lata, nie ma miejsca tylko w Japonii, lecz jest obecne wszędzie. Bez względu na to czy to kolekcja esejów, tak jak „Mężczyźni tłumaczą mi świat” Rebecii Solnit czy „Bad Feminist” Roxane Gay czy też reportaż-potęga o gwałtach w miasteczku uniwersyteckim (Jon Krakauer – „Missoula”), siedzę wtedy z ołówkiem w ręku i zaznaczam czasami całe strony. I dociera do mnie, że albo będziemy o tym mówić i pisać i rozmawiać – z czytelnikami, ale także ze swoimi bliskimi (choć to czasami bywa najtrudniejsze) – albo nic się nie zmieni: w Japonii, w Stanach i w Polsce.

Czego nauczyło Cię pisanie własnej książki?
Przede wszystkim tego, że byłam naiwna. Wydawało mi się, że pisanie książki to sama przyjemność. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo cały proces wysysa z człowieka energię. Że wkręcę się w to tak, że albo będę rozmawiać po kilka godzin po japońsku, a potem spędzać kolejne kilkanaście na spisywaniu notatek, albo będę siedzieć całymi dniami przy biurku, już z powrotem w Polsce, czytając dziesiątki, nie, setki książek. A potem poprawki: merytoryczne, językowe, stylistyczne, sczytywanie kolejnych wersji po korekcie, jednej, drugiej, trzeciej…
Nikt mi nie powiedział, że pisanie książki to najcięższa praca, jaką przyjdzie mi kiedykolwiek wykonać. Wydawało mi się, że moje studia były ciężkie, ale porównując to z pisaniem książki, to był momentami pikuś.
Pisanie książki nauczyło mnie bardzo wiele. Przede wszystkim pokory. Nauczyłam się walczyć ze swoim perfekcjonizmem, choć trochę, bo najchętniej pisałabym i rozszerzała wątki bez końca, aż książka nie miała by trzystu stron, tylko parę tysięcy. Wiem, że to tylko jedno spojrzenie na Japonię, moje, i że nikt nie może mi tego odebrać, nawet jeśli się to spojrzenie komuś nie podoba. I pogodziłam się z faktem, że na pewno popełniłam jakieś błędy – mimo setek godzin, które spędziłam, sprawdzając swoje notatki, bibliografię, przypisy i fakty, a po mnie zrobiła to dwójka redaktorów. Pogodziłam się z tym, że nie da się niczego zrobić w 100% idealnie, nawet jeśli mam wewnątrz siebie głos, który krzyczy: „Sprawdź jeszcze raz! Na pewno da się to zrobić lepiej!”.


Czym jest dla Ciebie Japonia?
Moim drugim domem. Albo jednym z wielu, bo nie przywiązuję się specjalnie do miejsca. Za każdym razem, kiedy wysiadam z samolotu, mówię głośno – „Tadaima!” – tak jak Japończycy, gdy wchodzą do swojego domu – „Wróciłam! Jestem!”. Momentami jej nienawidzę, a czasami jej wycinki fascynują mnie tak, że spędzam miesiące, czytając o jakichś niszowych festiwalach, rękodziele czy wycinkach z lokalnej historii.
Ale Japonia jest moją ogromną miłością. Trudną, bolesną, ale jednak miłością. Byłam nią zmęczona po pisaniu książki, po wyciąganiu na światło dzienne kolejnych bolesnych historii, po słuchaniu ich z ust bohaterek i trawieniu ich potem po swojemu. I choć nie mam w sobie na razie siły, żeby zacząć kolejny tak ogromny projekt, mimochodem w rozmowach podczas podróży pojawiają się tematy, do których chcę za jakiś czas wrócić. A z wakacji w innych krajach przywożę całe walizki książek… o Japonii. Im więcej o niej czytam, tym mniej rozumiem. Ale może to o to właśnie chodzi?

Nad czym teraz pracujesz?
Czerwiec to dla mnie mini-maraton spotkań autorskich: Łódź, Lublin, Wrocław, Poznań i Szczecin. Dlatego, choć w mojej głowie pojawiają się czasami pomysły na inne teksty, trudno mi się na razie oderwać od tematyki „Kwiatów w pudełku”. W wolnych chwilach zachęcam czytelników bloga do dyskusji o japońskiej literaturze pięknej w ramach Tajfunowego Klubu Książkowego – to moja ulubiona odskocznia od ciężkich reporterskich tematów (choć większość książek wcale do lekkich nie należy!). I powoli planuję swój sierpniowy pobyt w Japonii – obiecałam sobie i bliskim, że będę odpoczywać, ale znając mnie, to wyląduję gdzieś z notesem i dyktafonem i dam się porwać kolejnemu tematowi.

Poleć proszę lekturę na wakacje
Bardzo trudno przychodzi mi polecanie książek, bo najczęściej czytam literaturę azjatycką i to po angielsku. Największe prozatorskie zachwyty ostatnich miesięcy to nostalgiczna i epicka powieść „The Gift of Rain” malajskiego pisarza, Tan Twan Enga, szokujące opowiadania z Singapuru „Ministry of Moral Panic” Amandy Lee Koe i melancholijny zbiorek opowiadań o życiu samotnej matki w wielkiej metropolii – „The Territory of Light” Tsushimy Yūko.
Ale z plażą i piaskiem na zawsze będzie mi się kojarzyć głównie „Kobieta z wydm” Kōbō Abe. Przeczytałam ją w liceum i pamiętam, że przez długi czas śniło mi się, że tonę w piasku. Wróciłam do niej kilka lat później i spodobała mi się jeszcze bardziej. Chciałabym przeczytać ją ponownie w niedalekiej przyszłości – może uda się w te wakacje?

Karolina Bednarz (ur. 1991) – autorka książki „Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet”. Absolwentka wydziału japonistyki na Uniwersytecie Oksfordzkim, autorka bloga W krainie tajfunów, gdzie pisze głównie o Azji Wschodniej. Ukończyła Polską Szkołę Reportażu. Publikowała między innymi w „Dużym Formacie”. Finalistka konkursu o stypendium im. Ryszarda Kapuścińskiego w 2016 roku. Mieszkała i uczyła się w Japonii (m.in. na Uniwersytecie Waseda w Tokio) oraz Korei Południowej (na Uniwersytecie Sogang w Seulu).

…..

„5 pytań do reportera/reporterki” to nowy cykl krótkich tekstów, w których reporterzy i reporterki odpowiadają na pytania, dla których punktem wyjścia są książki. Plan jest taki, że teksty będą ukazywać się w każdy wtorek, ale zobaczymy jeszcze jak to się uda ;)

czerwca 04, 2018

Nowości wydawnicze czerwca

Nowości wydawnicze czerwca


Po majowych Targach Książki w Warszawie oraz wysypie nowości wydawniczych, w czerwcu szaleństwa nie ma. Co nie znaczy, że nie ma w czym poprzebierać.

Ja wybrałam dla siebie 6 pozycji - poezja, antologie feministycznych tekstów, komiks, kuchnia i reportaż. Powieść może Wy mi polecicie :)

Oto moje typy czerwca:

1. Aneta Górnicka-Boratyńska, „Chcemy całego życia Antologia polskich tekstów feministycznych z lat 1870-1939”, Wydawnictwo czarna Owca
Opis wydawcy: Wspólnym doświadczeniem większości cytowanych w niniejszej antologii autorek jest zapomnienie. O wielu z nich niemalże nikt nie słyszał. W przypadku innych, bardziej znanych pisarek - jak Nałkowska czy Orzeszkowa - przywołuję z kolei ich mało znane teksty. Moim zadaniem jest zatem przekonanie czytelników, że warto wydobyć te dzieła i ich autorki z niepamięci.
Temat, który łączy drukowane tu teksty to emancypacja. Pojęcie emancypacji rozumiem szeroko - jako synonim różnych strategii działania, których celem było prawne, ekonomiczne, zawodowe, edukacyjne i obyczajowe równouprawnienie kobiety. Antologia ta (pierwsza tego typu publikacja na polskim rynku wydawniczym), z założenia miała być wyborem tekstów reprezentatywnych dla kształtowania się idei emancypacji kobiet w kulturze polskiej. Stanowi próbę zrekonstruowania tej tradycji myśli o kobiecie i jej miejscu w świecie, która w kulturze polskiej istniała wyraziście i ciekawie, ale uległa swoistemu wyparciu z powszechnej świadomości.

2. Wisława Szymborska, „Sól”, Wydawnictwo Znak
Opis wydawcy: Sól, czwarty tom Wisławy Szymborskiej, ukazał się w 1962 roku. Swoją uwagę kieruje poetka w stronę relacji międzyludzkich, zwłaszcza miłości. Mimo żartobliwego tonu snuje refleksję uniwersalną. Znajdziemy tutaj wiersze mniej znane, ale i te, które stanowią kanon polskiej poezji: Konkurs piękności męskiej, Wieczór autorski czy Nagrobek.
Sól jest siódmym tomem ukazującym się w prestiżowej kolekcji poezji Wisławy Szymborskiej. Edycja wzbogacona jest o maszynopisy Noblistki.

3. Fanny Britt i Isabelle Arsenault, „Jane, lis i ja”, Wydawnictwo Kultura Gniewu
Opis wydawcy: Przepięknie narysowana powieść graficzna o Helenie, zwyczajnej jedenastolatce, której wciąż dokuczają rówieśniczki ze szkoły. Ucieczką od nieprzyjemnej codzienności jest dla Heleny świat powieści „Jane Eyre” Charlotte Brontë. Jej bohaterka jest dla dziewczyny zarówno pokrewną duszą, jak i wzorem. To postać jednocześnie delikatna i pełna siły. Jej cech charakteru potrzebuje Helena, by przetrwać szkolne upokorzenia, dać sobie radę z dojrzewającym i nabierającym kobiecych kształtów ciałem, a w końcu z przytłaczającym poczuciem samotności i niezaspokojoną potrzebą akceptacji.
Scenarzystka Fanny Britt i rysowniczka Isabelle Arsenault w niebanalny sposób opowiadają o powszechnym problemie. Ich historia jest emocjonalnie wiarygodna, psychologicznie skomplikowana, a także olśniewająca graficznie. Niezwykle ważny temat, jak i mistrzowskie wykonanie sprawiły, że „Jane, lis i ja” była wielokrotnie nagradzana, trafiła też na listy rekomendowanych książek dla młodzieży w wielu amerykańskich bibliotekach.
4. Sarah Britton, „Naturalnie i zdrowo”, Marginesy
Opis wydawcy: Po prostu. Bez spinania się. Sto przepisów na inspirujące wegetariańskie potrawy, których składniki znajdziesz w każdym spożywczaku.
Sarah Britton wprowadza kuchnię wegetariańską na nowy tor: oto książka kucharska dopasowana do każdego budżetu i na każdy dzień tygodnia. Dania główne, dodatki, zupy, sałatki i przekąski nie wymagają skomplikowanych technik gotowania, a składniki można znaleźć w sklepie na rogu. Każdą z potraw można zmienić na wersję wegańską i bezglutenową. Każda pozwala na niekończące się wariacje kulinarne – ponieważ nadwyżkę tego, co zostało z poprzedniego dnia, z powodzeniem można wykorzystać w nowej, oszałamiającej potrawie. Na przykład jeśli z zupy imbirowo-grochowej zostało wam trochę imbiru, możecie zrobić marchew macerowaną w imbirze. Albo jeśli zostanie wam sałatki ze szmaragdowego ogrodu, możecie ją wykorzystać w tęczowym hummusie. Albo jeśli z polenty z buraczanymi wstążkami i pesto z rukoli zostanie wam pesto, możecie położyć je na kanapki z chleba razowego i przykryć jajkiem sadzonym.
Ta piękna książka – pełna smacznych zdjęć – udowadnia, że gotować można z radością, a nie w pocie czoła. Że nie jest to droga przez mękę.

5. Piotr Kłodkowski, „Imperium boga Hanumana. Indie w trzech odsłonach”, Wydawnictwo Znak
Opis wydawcy: Reportaż byłego ambasadora RP w Indiach pokazuje ten kraj od nieznanej dotąd strony.
Indie są miejscem, które fascynuje, intryguje i poraża skrajnościami. To tu premier, niczym dawni monarchowie, paraduje w marynarce, na której złotą nicią kazał wyszyć swoje inicjały, podczas gdy na ulicach miliony nadal żyją w nędzy. To nad Gangesem mimo archaicznego systemu kastowego rozwijają się najnowsze na świecie technologie. To w Indiach – mimo że dominuje tu hinduizm – za kilkanaście lat będzie mieszkać największa na świecie społeczność muzułmanów.
Dzięki pełnionej funkcji autor tej książki mógł wejść za zamknięte drzwi. Spotykał się z mężami stanu, potężnymi biznesmenami, wpływowymi dziennikarzami, a nawet artystami z Bollywood – jak choćby z Amitabhem Bachchanem, który czczony jest w jednej z hinduistycznych świątyń. Nie unikał rozmów ze zwykłymi ludźmi: taksówkarzami, sklepikarzami czy służącymi z Bombaju, Delhi czy Kalkuty. Szukał też w Indiach wątków polskich. Próbując dowieść, jak wiele łączy nasze kraje, opisał historie nie tylko Stefana Norblina, nadwornego malarza bajecznie bogatych maharadżów, czy arcybiskupa Zaleskiego, watykańskiego dyplomaty i budowniczego pierwszego na subkontynencie seminarium duchownego, ale także Dobrego Maharadży, który podczas drugiej wojny światowej dał schronienie polskim dzieciom.
Kompletny portret Indii, targanych tęsknotą za dawną świetnością i marzeniami o jeszcze większej potędze.

6. Aneta Górnicka-Boratyńska, „Stańmy się sobą. Cztery projekty emancypacji (1863-1939)”, Wydawnictwo Czarna Owca
Opis wydawcy: Kolejne projekty emancypacji kobiet, które przedstawia książka na szerokim tle epoki, są niczym ślady pozostawione przez kamienie rzucone w wodę: rozchodzą się coraz dalej. W opisywanym tu okresie pomiędzy powstaniem styczniowym a wybuchem drugiej wojny światowej „sprawa kobieca” zataczała coraz szersze kręgi – nie tylko zdobywała nowe sojuszniczki, ale przede wszystkim obejmowała i definiowała na nowo, z perspektywy kobiecej, kolejne sfery życia. Praca i edukacja, o które walczyła Eliza Orzeszkowa, prawa wyborcze ważne dla Pauliny Kuczalskiej-Reinschmit, wreszcie prawo do wolności emocjonalnej i seksualnej, którym zajmowały się w swojej twórczości i działalności Zofia Nałkowska i Irena Krzywicka tworzą wielogłos postulatów. Ich cel jest wspólny i wyraża się w pełni w zawołaniu Nałkowskiej – aktualnym i wówczas, i dziś – „Chcemy całego życia”!

Fot. unsplash i mat. wydawnicze

czerwca 03, 2018

Powieść: Moja najdroższa

Powieść: Moja najdroższa


„Moja najdroższa”, „kruszynko” – tak zwraca się do swojej córki Martin, ojciec, który rano smaży jej naleśniki i odprowadza na autobus do szkoły. Ten sam, który ją gwałci.

Wątek przemocy seksualnej sprawił, że o debiutanckiej powieści Gabriela Tallenta mówiło się wiele, w wielu miejscach. W samej „wyborczej” ukazało się kilka materiałów, w tym wywiad z autorem przeprowadzony przez Sylwię Chutnik. Zwłaszcza detaliczne opisy poszczególnych aktów przemocy wywołały sporo kontrowersji. Bo ta książka jest kontrowersyjna. Mężczyzna szczegółowo opisuje w niej okrucieństwo wyrządzane młodej dziewczynie przez innego mężczyznę. Jakby czerpał z tego przyjemność. Po rozmowie Chutnik mamy pewność, że nie o przyjemność autora w tym wszystkim chodziło.

„Literatura pełna jest trupów kobiet, bo nasza kultura lepiej toleruje martwe dziewczyny niż te, które przeżyły przemoc czy traumę. Dlatego maltretowałem Turtle z premedytacją. (…) Owszem, cierpienia w literaturze jest dość, ale za to w życiu codziennym chętnie o nim zapominamy. Dlatego kiedy zerwiesz kurtynę niedomówień, zaczynasz czuć ból. Chciałem, żeby moi czytelnicy go poczuli. Poczuli, że młoda dziewczyna, której ciało i umysł poddawane są torturom, przeżywa coś, co jest na krawędzi wytrzymałości, nie do zniesienia. Jeśli poświęcimy moment na to, aby się zastanowić nad jej przeżyciem, zaczniemy jej współczuć. To pierwszy krok. Potem, mam nadzieję, zrobimy wszystko, aby nikt nigdy nie czuł tego co Turtle. Dlatego włożyłem palec w ranę. W naszą wspólną ranę” – mówił Tallent.

Autor książki rzeczywiście zrobił coś więcej niż tylko opisał cierpienia jednej osoby. Swoją bohaterkę, czternastoletnią Turtle Alveston, z rozmysłem umiejscowił w północnej Kalifornii. Tam, gdzie ludzie pilnują własnych interesów. „Moja najdroższa” jest bowiem nie tylko drastycznym opisem toksycznej relacji panującej w jednym domu, ale rozprawieniem się z pewnym rodzajem mentalności ludzi niewierzących w pomoc instytucjonalną, lamentujących na to co, dzieje się w około nich i głęboko przekonanych, że jedynym normalnym miejscem na tym świecie jest już tylko ich własny dom.

Wiele w tej książce dwuznaczności, czy wręcz sprzeczności. Już sama Turtle jest bohaterką, którą nie sposób jednoznacznie określić. Z jednej strony wydaje się być niezwykle silna i samodzielna. Niezależnie czy pośrodku lasu czy wyrzucona przez fale na wyspę, będzie w stanie przetrwać. Wie jak oprawić królika i jak używać broni. Nie wie jednak co zrobić ze swoją relacją z ojcem, któremu jest totalnie podległa. Kocha go i nienawidzi. Boi się i pożąda.

Poza ojcem w życiu Turtle ważne miejsce zajmuje dziadek. Kochany przez nią i znienawidzony przez jej ojca. Dobry dla niej, ale dawniej przemocowy wobec własnego dziecka.

Na szczęście trzeci, najmłodszy mężczyzna, który pojawi się w życiu Turtle, zapoczątkuje powolny proces przemiany dziewczyny. Co prawda pełnej wahań, zwątpień i rezygnacji, ale jednak przemiany postępującej.

Choć opowieść Tallenta jest kontrowersyjna i ze względu na opisy przemocy często trudna w lekturze, jest też bardzo ciekawa ze względu na swoją wielopoziomowość. Wspomnianą już krytykę społeczeństwa amerykańskiego, ale także warstwę czysto językową. Pozbawioną zbędnych słownych ozdobników, a jednocześnie szokującą i poprzez skonstruowane postacie wręcz fascynującą.


„Moja najdroższa”, Gabriel Tallent, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2018
Copyright © 2016 Projekt: książki , Blogger