lipca 08, 2017

Duszny kraj

Duszny kraj


Dylan jest nieprzetłumaczalny. Przynajmniej na polski. Tak twierdzi jego tłumacz. Nie pozostaje nam więc chyba nic innego, jak uwierzyć. Kto jak kto, ale Łobodziński, który Dylana tłumaczy już prawie 40 lat, musi wiedzieć co mówi. Rzeczywiście, Dylan nie jest zwykłym poetą (o ile w ogóle istnieją poeci zwykli). Obok słów mamy w końcu u niego muzykę.

Jak pisze Łobodziński, aby odtworzyć utwory Dylana w innym języku, należy wskrzesić tradycję, z której czerpie. Odtworzyć muzykę, która współbuduje te utwory. Trzeba wreszcie odzwierciedlić frazę, którą Dylan posługuje się na prawach kolejnego piętra twórczości, akcentując pewne sylaby lub wydłużając znacząco niektóre samogłoski. Pełna postać utworu Dylana to słowo i melodia (…) oraz sposób ich przekazania.

W słowie od tłumacza Łobodziński pisze nieco o warsztacie swojej pracy. Na przykładzie utworu „It’s Alright, Ma (I’m Only Bleeding)” tłumaczy, ile trzeba wiedzieć, by właściwie przełożyć pieśń. Otóż, trzeba zrekonstruować stan umysłu młodego Amerykanina w roku 1964, świadomego opresji, jakiej doświadczają społeczeństwo  ze strony polityki, mediów, rewolucji i kontrrewolucji obyczajowej, a także ze strony własnej, czyli tegoż społeczeństwa. Trzeba wzbudzić echa Arthura Rimbauda, Allena Ginsberga i Thomasa Stearnsa Eliota. A to jeszcze nie wszystko. Według Łobodzińskiego, należy również wywołać duchy pieśni czarnego Południa USA oraz podobną lawinę słów, zdań, skojarzeń i obrazów. Trzeba wreszcie umieć naśladować niemal skandowany styl śpiewu, w którym rytm, nerw i sens współbrzmią w jednym tańcu. Czy to w ogóle możliwe? Łobodziński przyznaje, że tego nie potrafi. Nie jest rdzennym słuchaczem Dylana i zjawisk, do których odwołuje się artysta nie ma we krwi.

A jednak Łobodziński zdecydował się przełożyć ponad sto trzydzieści tekstów piosenek, które Bob Dylan napisał w latach 1962-2012. A przetłumaczył je w sposób absolutnie nieoczywisty, często zaskakujący, brawurowy, a może nawet kontrowersyjny? Już po tytułach utworów widać, że Łobodziński unika kliszy. I tak, "Like a Rolling Stone” przetłumaczone zostało  jako „Jak błądzący łach", a tytułowy „Duszny kraj” to w oryginale po prostu „Mississippi”.

Poza tłumaczeniami tekstów w książce znajdziemy także krótkie komentarze tłumacza. W przypadku piosenki „Mississippi” Łobodziński pisze o tytule „Duszny kraj” jako o opisowej atrapie. Dla polskiego odbiorcy jest ona przydatna, ze względu na niemożliwość stworzenia duchowego ekwiwalentu dla  stanu kojarzonego z „pasem biblijnym”, światem tradycyjnych wartości, bolesną historią społeczną i kopalnią muzycznych skarbów.

Zebranie, przetłumaczenie i opatrzenie komentarzami tak dużej ilości dylanowskich utworów zdecydowanie pozwala lepiej poznać i zrozumieć twórczość noblisty. Choć żaden z tekstów nie poruszył mnie tak bardzo, jak słuchane w oryginale piosenki, dopiero dzięki książce zwróciłam uwagę na niektóre symbole i nawiązania.

Podróż przez teksty Dylana, to podróż przez życie mężczyzny. Mężczyzna ten był kiedyś młody. Kochał, porzucał i był porzucany. Teraz jego życie dobiega końca, a on próbuje się z nim rozliczyć. Rozmyśla o przemijaniu, miłości, samotności, wierze i zwątpieniu.


lipca 07, 2017

FRAGMENT KSIĄŻKI: "Miasteczko kłamców" Megan Miranda

FRAGMENT KSIĄŻKI: "Miasteczko kłamców" Megan Miranda

CZĘŚĆ PIERWSZA
POWRÓT DO DOMU

Zaczęło się od telefonu, z pozoru zwyczajnego i nieistotnego. Buczenie na szafce nocnej Everetta, niebieskawy blask wyświetlacza – za jasny w sypialni, w której Everett chciał mieć najciemniej, jak się da, rolety zaciągał po sam parapet, a przyciemniane szyby stanowiły drugą linię obrony przed światłem słońca i miasta. Zobaczyłam, kto dzwoni, wyłączyłam w telefonie dźwięk i odłożyłam go ekranem do dołu obok zegara.
Potem jednak zaczęłam się zastanawiać, dlaczego mój brat dzwoni o tak wczesnej porze w niedzielę. Przebiegłam w głowie listę najbardziej prawdopodobnych możliwości: tata, dziec­ko, Laura.
Szłam w ciemnościach, po omacku szukając ostrych narożników mebli, aż odnalazłam kontakt w łazience. Opierając bose stopy na zimnych kafelkach, usiadłam na klapie sedesu z telefonem przy uchu, a na nogach zrobiła mi się gęsia skórka.
Wiadomość Daniela rozbrzmiewała echem w ciszy mieszkania: „Pieniądze już prawie się skończyły. Musimy sprzedać dom. Ale tata nie chce podpisać dokumentów. – Chwila przerwy. – On jest w złym stanie, Nico”.
Nie poprosił mnie o pomoc, bo to byłoby za bardzo bezpośrednie. Nie w naszym stylu.

Usunęłam wiadomość i wśliznęłam się z powrotem pod kołdrę, zanim Everett się obudził; na wszelki wypadek sprawdziłam, czy tam jest.
Po powrocie do siebie przejrzałam pocztę z poprzedniego dnia i znalazłam list. „Nico Farrell”, znajomy charakter pisma, niebieski długopis, adres napisany przez kogoś innego ciemniejszym tuszem.
Tata od jakiegoś czasu nie dzwonił. Rozmawiając przez telefon, czuł się jeszcze bardziej zagubiony, jeszcze bardziej odseparowany od osoby, z którą usiłował się skontaktować. Nawet jeżeli pamiętał, czyj numer wykręcił, głosy, które słyszał w słuchawce, z nikim mu się nie kojarzyły.
Rozłożyłam list – liniowana kartka formatu A4, zdanie rozpoczęte już na marginesie po lewej, tak jakby tata spieszył się z przelaniem myśli na papier, zanim mu uciekną.
Na początku listu nie było żadnego powitania.
„Muszę z Tobą porozmawiać. Ta dziewczyna. Widziałem tę dziewczynę”.
Pozdrowień na końcu też nie było.
Zadzwoniłam do Daniela, dalej trzymając list w drżącej dłoni.
 – Odsłuchałam twoją wiadomość – powiedziałam. – Jadę do domu. Powiedz mi, co się dzieje.

DZIEŃ PIERWSZY
Przed włożeniem rzeczy do bagażnika zrobiłam w głowie szybką inwentaryzację mieszkania: walizki czekają przy drzwiach; klucze w kopercie na kuchennym blacie; otwarte pudło do połowy wypełnione rzeczami, które zapakowałam w ostatniej chwili poprzedniego wieczoru. Z aneksu kuchennego widziałam każdy kąt mieszkania – pozbawionego jakichkolwiek zakamarków i pustego – a mimo to dręczyła mnie myśl, że o czymś zapomniałam.
Zbierałam wszystko w pośpiechu, kończąc ostatnie kilka tygodni roku szkolnego, jednocześnie zmagając się z telefonami od Daniela i szukając tymczasowego lokatora do mojego wynajętego mieszkania. Nie miałam czasu na zastanowienie się, na zrozumienie tego, że naprawdę to robię: wracam. Jadę tam. Daniel nie wiedział o liście. Powiedziałam mu, że przyjeżdżam pomóc, że mam dwa miesiące, a potem będę musiała wrócić do mojego życia tutaj.
Mieszkanie było teraz prawie puste. Taśmowy produkt mieszkaniowy, odarty z wszelkiej przytulności, czekał na studenta, który sprawiał wrażenie w miarę odpowiedzialnego i miał tam mieszkać do końca sierpnia. Zostawiłam mu naczynia, bo nie chciało mi się ich pakować. Zostawiłam mu futon, bo mnie o to poprosił i dorzucił za tę przysługę pięćdziesiąt dolarów.
Reszta rzeczy – to znaczy tych, które nie zmieściłyby się w aucie – znajdowała się w przechowalni, kilkaset metrów dalej. Całe moje życie zapieczętowane w prostopadłościanie wypełnionym pomalowanymi przeze mnie własnoręcznie meblami i zimową odzieżą.
Drgnęłam, kiedy w pustych ścianach rozległo się echo czyjegoś pukania. Nowy lokator miał się zjawić dopiero kilka godzin później, długo po moim wyjeździe. Na wszystkich innych potencjalnych gości też było za wcześnie.
Przeszłam przez wąski pokój i otworzyłam drzwi.
        – Niespodzianka – powiedział Everett. – Chciałem cię złapać, zanim wyjedziesz. – Był ubrany do pracy, czysto i schludnie, i z jedną ręką za plecami nachylił się, żeby mnie pocałować. Pachniał kawą i pastą do zębów, krochmalem i skórą, profesjonalizmem i kompetencją. Wyciągnął zza pleców parujący styropianowy kubek. – Przyniosłem ci. Na wzmocnienie przed podróżą.

Głęboko wciągnęłam powietrze.
 – Znasz drogę do mojego serca.
Oparłam się o blat kuchenny i wypiłam duży łyk kawy.
Spojrzał na zegarek i skrzywił się.
 – Strasznie cię przepraszam, ale muszę lecieć. Mam się z kimś widzieć na drugim końcu miasta.
Spotkaliśmy się w połowie drogi na ostatni pocałunek. Chwyciłam go za łokieć, kiedy się prostował.
 – Dziękuję ci – powiedziałam.
Oparł czoło o moją głowę.
 – Ten czas szybko minie. Zobaczysz.
Patrzyłam na niego – energiczny miarowy krok, ciemne włosy ocierające się o kołnierzyk – kiedy szedł do windy na końcu korytarza. Kiedy drzwi się rozsunęły, odwrócił się i uśmiechnął, widząc, że stoję oparta o framugę.
 – Bezpiecznej jazdy, Nicolette.
Puściłam drzwi, które zamknęły się automatycznie, a nastrój dnia nagle spowodował, że moje kończyny stały się ciężkie i poczułam mrowienie w koniuszkach palców.
Czerwone cyfry na zegarze mikrofali przeskoczyły do przodu i wzdrygnęłam się. (…)

Kiedy byłam młodsza, wierzyłam, że znam przyszłość. Prawdopodobnie była to wina mojego ojca, który wypełnił moje dzieciństwo frazesami ze swoich wykładów filozofii i pozwalał mi wierzyć w rzeczy niemożliwe. Zamykałam oczy i siłą woli wywoływałam w głowie piękne obrazki przyszłości. Widziałam Daniela w uniwersyteckiej todze. Moja mama uśmiechała się obok niego w obiektywie mojego aparatu, a ja dawałam im ręką znak, żeby się przybliżyli. „Obejmij ją ramieniem. Udawajcie, że się lubicie! Świetnie”. Wiele lat później widziałam siebie i Tylera, jak wrzucamy torby na pakę jego ubłoconego pikapa i wyjeżdżamy na studia. By już nigdy nie wrócić.

W tamtych czasach nie miałam szans zrozumieć, że ucieczka z Cooley Ridge nie będzie jednorazowym wydarzeniem w pikapie, tylko dziesięcioletnim procesem wycinania miasteczka z mojej tożsamości. Kilometry i lata, mozolne pokonywanie dystansów. Nie wspominając już o tym, że Tyler nigdy nie wyjechał z Cooley Ridge, a Daniel nie skończył studiów. Zresztą mama i tak tego nie dożyła.

Gdyby moje życie było drabiną, to Cooley Ridge stanowiłoby jej najniższy szczebel – wtulona w Góry Dymne niepozorna mieścina, jak z definicji amerykańskiego Małego Miasteczka, ale bez jego uroku. Każde inne miejsce lokowało się o szczebel wyżej i z czasem miałam rozpocząć wspinaczkę. Studia licen­cjackie trzysta kilometrów na wschód, uniwersytet jeden stan na północ, staż w mieście, w którym zapuściłam korzenie i z którego nie chciałam się ruszać. Mieszkanie wynajęte na moje własne nazwisko, tabliczka z nazwiskiem na moim własnym biurku, Cooley Ridge jako coś, od czego coraz bardziej się oddalałam.
Jest jednak pewna rzecz, której się dowiedziałam na temat wyjazdu – tak naprawdę nie można już wrócić. Nie wiem, co mam zrobić z Cooley Ridge, a Cooley Ridge nie wie, co zrobić ze mną. Z upływem lat odległość tylko rośnie.
Kiedy próbowałam zobaczyć je wyraźniej – Everett mówił: „opowiedz mi o swoim domu, opowiedz mi o tym, jak dorastałaś, opowiedz mi o swojej rodzinie” – na ogół pojawiała mi się w głowie karykatura miasta: miniaturowa makieta na stołach hotelowych jadalni podczas wakacji, wszystko zastygłe w czasie. Udzielałam mu więc powierzchownych odpowiedzi, bezpłciowych i ogólnikowych: „Moja mama zmarła, kiedy miałam szesnaście lat; to jest małe miasteczko na skraju lasu; mam starszego brata”.
Nawet mnie samej nic to nie mówiło. Polaroid stopniowo blaknący od krawędzi, kolory wypłukane; zarys wymarłego miasteczka pełnego upiorów.
Ale wystarczył jeden telefon od Daniela – „Musimy sprzedać dom” – abym poczuła, że podłoga zapada mi się pod stopami. „Jadę do domu” – powiedziałam. Krawędzie fotografii się wypełniły, kolory zapłonęły: mama przycisnęła policzek do mojego czoła; Corinne delikatnie kołysała wagonikiem w tył i w przód na górze diabelskie
go koła; Tyler balansował na oddzielającym nas od siebie zwalonym drzewie, które ukośnie spinało brzegi rzeczki.
„Ta dziewczyna” – napisał mój tata i jej śmiech poruszył moje serce.

„Muszę z Tobą porozmawiać. Ta dziewczyna. Widziałem tę dziewczynę”.
Godzinę później, ba, chwilę później, pewnie o tym zapomniał – odłożył zaklejoną kopertę, którą ktoś w końcu znalazł na jego szafce nocnej albo pod poduszką i wygrzebał z jego papierów mój adres. Ale musiał być jakiś bodziec. Wspomnienie. Jakaś idea zabłąkana w synapsach jego mózgu; aktywacja myśli, którą skierował do mnie, bo nie znalazł dla niej żadnego innego zastosowania.
Wyrwana z zeszytu kartka, ukośne pismo, moje nazwisko na kopercie…
I teraz w mojej głowie zerwało się z uwięzi coś ostrego i dzikiego. Jej imię i nazwisko obijały się o moją czaszkę jak echo.
„Corinne Prescott”.

lipca 06, 2017

FRAGMENT KSIĄŻKI: "Jakoś to będzie. Szczęście po polsku"

FRAGMENT KSIĄŻKI: "Jakoś to będzie. Szczęście po polsku"

2
Jeśli ktoś to zrobi,
to Polacy,
czyli
z ułańską
fantazją

Filozofia jakoś to będzie nie może się obejść bez ułańskiej fantazji. To trudne do zdefiniowania, ale typowe dla wielu Polaków połączenie odwagi, nieskrępowanej wyobraźni i umiłowania wolności. Dzięki niej potrafimy wcielać w życie nawet najbardziej szalone pomysły.

Pielęgnujemy ją w sobie od wieków: zarówno w czasach wojen (szczególnie podczas bitew), jak i pokoju (choćby podczas wystawnych szlacheckich zabaw). Słowo „ułan” pochodzi z języka polskich Tatarów i miało określać młodych mężczyzn, którzy tworzyli pułki jazdy tatarskiej i walczyli w obronie Polski. Częścią stroju ułańskiego była tzw. rogatywka, która do dzisiaj pozostaje polską czapką narodową. Ale oprócz nakrycia głowy po dawnych ułanach zostało nam coś jeszcze: energia i gorliwość. Bo ułańska fantazja to młodzieńcza porywczość, która towarzyszy nam bez względu na wiek. To zadziorność oraz chęć do działania i poznawania świata. Jedno z naszych najpopularniejszych powiedzeń – „Polak potrafi” – nie miałoby racji bytu bez iskry zwanej ułańską fantazją.

Mimo że już nie sypiamy jak ułani z szablą pod poduszką, to wciąż wyróżnia nas gotowość do przekraczania granic i odwaga, by w nieszablonowy sposób mierzyć się z przeciwnościami losu. Na przykład Aleksander Doba, kajakarz, podróżnik i odkrywca, w wieku 64 lat jako pierwszy samotnie przepłynął kajakiem Ocean Atlantycki z kontynentu na kontynent wyłącznie dzięki sile mięśni. O towarzyszącej polskim sportowcom ułańskiej fantazji mówi:
Przypominam sobie, że w hiszpańskiej prasie krótko przed Letnimi Igrzyskami Olimpijskimi w Barcelonie w 1992 roku napisano o mnie i o grupie polskich kajakarzy, z którymi płynąłem przez rzekę: „szarża ułańska pod Somosierrą”. Każdy ułan potrzebuje konia – moim ułańskim atrybutem jest kajak. Wydaje mi się, że nieodłącznym składnikiem ułańskiej fantazji jest spontaniczność, która pozwala dążyć do celu, podejmować ryzyko i ciągle podnosić sobie poprzeczkę. Chodzi przede wszystkim o ciekawość świata. Zawsze powtarzam, że rzecz nie w tym, żeby robić coś za wszelką cenę, ale by poznawać swoje możliwości i czuć się wolnym.

Dzięki ułańskiej fantazji życie jest ciekawsze, ponieważ wyklucza ona nadmierną ostrożność – a czasem ostrożność w ogóle. Zachęca do intensywnego przeżywania i wychodzenia ze strefy komfortu. Nasi sportowcy od lat pokazują, że można odnosić spektakularne sukcesy w najtrudniejszych warunkach. Dobrym przykładem są himalaiści, którzy nie tylko zdobywają najwyższe i najbardziej wymagające szczyty, ale też robią to w niepowtarzalnym stylu. Jerzy Kukuczka zdobył Koronę Himalajów i Karakorum jako drugi człowiek na Ziemi i to w niecałe osiem lat (jego poprzednik potrzebował na to ponad dwa razy więcej czasu). Wanda Rutkiewicz jako pierwsza kobieta stanęła na wierzchołku K2 i była pierwszą Europejką na Mount Evereście. Andrzej Bargiel – dziś jeden z najszybszych himalaistów na świecie, rekordzista narciarstwa wysokogórskiego, który w 2015 roku jako pierwszy zjechał na nartach z ośmiotysięcznika Broad Peak –chodzi w Himalaje bez butli tlenowej. To mierzenie się z czymś, co może się wydawać niemożliwe do osiągnięcia, jest kwintesencją ułańskiej fantazji.

Dlatego chociaż naszym ulubionym sportem pozostaje piłka nożna oraz mamy świetną kadrę szczypiornistów i siatkarzy, to największe sukcesy odnosimy w dyscyplinach indywidualnych. Współcześni ułani zamienili broń i lance na atrybuty sportowe i dzięki nim ustanawiają nowe rekordy w lekkoatletyce. Na przykład Władysław Kozakiewicz, tyczkarz i wieloboista, który zasłynął nie tylko ułańskim skokiem, ale i równie ułańskim, buńczucznym gestem sprzeciwu wobec wygwizdującej go radzieckiej publiczności podczas Letnich Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku. Albo Robert Korzeniowski – czterokrotny mistrz olimpijski w chodzie (od Atlanty po Ateny), który dziś uznawany jest za wzór dyscypliny i wytrwałości w dążeniu do celu. Uwspółcześniona wersja ułańskiego wierzchowca – samochód wyścigowy – pozwoliła Robertowi Kubicy zostać rajdowym mistrzem świata. A szybkość, nieograniczona niczym wolność szybowania w powietrzu, i odwaga Adama Małysza pozwoliły uczynić z zawodów skoków narciarskich polskie zimowe święto narodowe, dzięki czemu mistrz dochował się równie nieustraszonych następców.

Choć ułańską fantazję w pierwszym odruchu łączymy z energią, a czasem z porywczością, jest ona równie silnie związana z polską szlachetnością i pomysłowością. Tego ducha pielęgnowali nasi przodkowie, szukając nieszablonowego wyjścia z patowych sytuacji i krzewiąc polskość, gdy naszego kraju nie było na mapach świata. Taką postacią był na przykład XIX-wieczny podróżnik Stefan Szolc-Rogoziński, badacz afrykańskich kultur, który wbrew woli ojca wstąpił do Akademii Morskiej w Kronsztadzie w Zatoce Fińskiej. Jego marzeniem było stworzenie przytułku dla polskich emigrantów w odległym Kamerunie. By zrealizować swój cel, wykupywał ziemię od mieszkańców – do 1884 roku zebrał od ziarnka do ziarnka 30 kilometrów kwadratowych. W jego działaniach wspierali go Bolesław Prus i Henryk Sienkiewicz. Trudno się dziwić, że to właśnie autor Trylogii był gorącym zwolennikiem tej ekspedycji. W swojej prozie nieraz dawał upust literackim wariacjom na temat ułańskiej fantazji. Wystarczy przyjrzeć się jednej z najbarwniejszych postaci stworzonych w polskiej literaturze – Andrzejowi Kmicicowi.

Nie trzeba jednak wypływać na szerokie wody ani zdobywać medali w konkurencjach sportowych, by poczuć, czym jest ułańska fantazja. To cecha, którą każdy z nas może pielęgnować i troszczyć się o nią, bo uaktywnia się ona również w zwyczajnych, codziennych sytuacjach. Olga Drenda, dziennikarka, autorka Duchologii polskiej, wyjaśnia, czym jest dla niej ułańska fantazja dnia powszedniego:
Jako typowa Polka ułańską fantazją wykazuję się zawsze, gdy wieszam pranie lub firanki, ponieważ mam zwyczaj stawania wtedy na krawędzi wanny albo parapetu. Oszczędza mi to wysiłku przynoszenia sobie drabiny i wnosi element adrenaliny w moje spokojne życie, ale że grozi również urazem kręgosłupa, nie jest to zachowanie szczególnie roztropne. Ułańska fantazja to cecha, która czasami każe nam rzucać wyzwania losowi, nieraz na granicy brawury. Każe nam ścigać się z czasem i denerwować na z góry ustalone procedury, nie pozwala się podporządkowywać cudzemu zdaniu. Mam jednak wrażenie, że ten duch to szczepionka przeciwko dyktatorskiemu maszerowaniu w równym rządku.

Felix Ormerod, angielski podróżnik, który odwiedził Polskę w czasie zmian ustrojowych w 1990 roku, stwierdził, że nasz kraj to takie NRD, w którym ludzie chodzą na skróty przez trawnik. W tym zdaniu zamyka się dla mnie istota ułańskiej fantazji – to połączenie zamaszystego gestu, kreatywności i odrobiny anarchii. Oczywiście cecha ta nie wymaga umiejętności jazdy konnej – można być nią obdarzonym niezależnie od wieku, płci czy pochodzenia. Ujawnia się ona w bałaganiarskiej urodzie ogródków działkowych, w jagodowych i pistacjowych elewacjach domów, w remontach zrobionych „na słowo honoru”, ale za to z pomysłem, w pojazdach własnej produkcji, w zamiłowaniu do przygody. To chaos, ale pełen wdzięku.

Ułańskiej fantazji nie da się jednoznacznie zdefiniować, trudno ją także przetłumaczyć na inne języki, ponieważ w pojęciu tym mieści się coś więcej, niż można wyrazić w samych słowach. Duch ułańskiej szarży bulgoce w polskich żyłach, ale niekoniecznie trzeba się z nim urodzić – można go poczuć, nauczyć go innych, jest dostępny na wyciągnięcie ręki. Czasem wystarczy przebiec na czerwonym świetle, iść do pracy dłuższą drogą, pojechać tramwajem jeden przystanek za daleko czy wsiąść do pociągu byle jakiego, by odnaleźć w sobie młodzieńczego ducha, który pozwoli pożegnać się z rutyną i sprawi, że choć będzie odrobinę trudniej, to jakże wyzwalająco!

lipca 01, 2017

FOTORELACJA: Imieniny Jana Kochanowskiego

FOTORELACJA: Imieniny Jana Kochanowskiego

Za nami kolejna edycja literackiego pikniku Biblioteki Narodowej. Pogoda, przynajmniej przez większą część dnia, dopisała. Dopisali również pisarze, poeci, ilustratorzy, literaturoznawcy i aktorzy. Wydawnictwa witały gości specjalnymi ofertami cenowymi. Ogród Krasińskich przywitał zielenią, placami zabaw oraz sprzedawcami lemoniady i lodów. Było naprawdę przyjemnie. Zobaczcie zdjęcia!



























czerwca 30, 2017

Literackie wydarzenie lipca: Imieniny Jana Kochanowskiego

Literackie wydarzenie lipca: Imieniny Jana Kochanowskiego
Już w sobotę 1 lipca, w Ogrodzie Krasińskich odbędzie się kolejna edycja literackiego pikniku Biblioteki Narodowej. Jak na imieniny Kochanowskiego przystało, przybędą pisarze, poeci, ilustratorzy, literaturoznawcy i aktorzy, a także ciekawe polskie wydawnictwa (z książkami w imieninowych cenach!). Gościem specjalnym będzie Joseph Conrad. Wszystko to na czterech scenach, obok plenerowych knajp i kawiarni, w cieniu drzew jednego z najpiękniejszych parków Warszawy.

PROGRAM:

SCENA ZIELONA

12:00-13:00 O wędrujących słowach, czyli skąd się biorą zapożyczenia 
Rozmowa z prof. Jerzym Bralczykiem
Prowadzi Grzegorz Markowski

13:30-14:30 W drodze przez Polskę – o literaturze drogi i lokalnej egzotyce
Panel dyskusyjny z udziałem Michała Książka, Michała Olszewskiego i prof. dr hab. Marii Poprzęckiej 
Prowadzi Zofia Król 

15:00-16:00 Tłumacząc Conrada, czyli o niełatwej sztuce przekładu 
Panel dyskusyjny z udziałem dr hab. Magdaleny Heydel, Michała Kłobukowskiego i dr. Macieja Świerkockiego
Prowadzi Szymon Kloska 

16:30-17:30 Czyj jest Conrad – o najbardziej polskim z angielskich pisarzy
Panel dyskusyjny z udziałem dr. hab. Marka Pacukiewicza i dr. Karola Samsela
Prowadzi Mateusz Matyszkowicz

18:00-20:00 Mecz poetycki – o podróżach nie tylko do jądra ciemności 
Prowadzi Grzegorz Markowski 

20:00-21:00 Pieśń świętojańska o Sobótce 
Muzyka i wykonanie: Mikromusic 
Skład zespołu: Natalia Grosiak – wokal; Dawid Korbaczyński – gitara; Robert Szydło – gitara basowa; Robert Jarmużek – pianino elektroniczne; Adam Lepka – trąbka; Michał Lasota – perkusja 

21:00 Dansing miejsko-wiejski 
Gra Kolektyw do Grania 
Skład zespołu: Paula Kinaszewska – skrzypce, śpiew; Bartłomiej Woźniak – banjolele, baraban, skrzypce, śpiew, gitara elektryczna; Mateusz Wachowiak – harmonia trzyrzędowa; Hipolit Woźniak – kontrabas, gitara basowa; Tomasz Skrętkowski – perkusja, baraban

SCENA ŻÓŁTA

12:00-13:00 Spotkanie z Hanną Krall 
(w ramach cyklu spotkań z laureatami 10. edycji Nagrody Literackiej m.st. Warszawy)
Prowadzi Anna Romaniuk 

13:30-14:30 Od fikcji do faktu, czyli o nieograniczonych możliwościach komiksu
Panel dyskusyjny z udziałem Anny Krztoń, Piotra Nowackiego i Marcina Podolca 
Prowadzi Sebastian Frąckiewicz

15:00-16:30 Slam poetycki

17:00-18:00 Śladami Conrada – polscy reportażyści rozmawiają o Afryce
Panel dyskusyjny z udziałem Izy Klementowskiej, Dariusza Rosiaka i Bartka Sabeli 
Prowadzi Agata Kasprolewicz 

SCENA NIEBIESKA 

11:00-13:00 Nowy Klub Czytelniczy
Najtrudniejszy na świecie quiz literacki (z nagrodami)

13:00-14:00 Klub z kawą nad książką 
Spotkanie z Magdaleną Grochowską

14:00-15:00 O teatrze na Imieninach 
Rozmowa z Tomaszem Mościckim
Prowadzi Joanna Rolińska

15:00-16:00 Warszawa Czyta
O polskich pisarkach i obecności kobiet w kulturze dyskutują Olga Wróbel i Natalia Sarata

17:00-18:00 „Poczytalni” na żywo
Radiowy Klub Książkowy TOK FM m.in. wokół książki Katarzyny Tubylewicz „Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie”
Dyskutują: Agnieszka Lichnerowicz, Adam Ozga, Magdalena Paciorek i Zuzanna Piechowicz

SCENA RÓŻOWA

11:00-12:30 Spotkanie Honorata Koźmińskiego ze Stanisławem Jachowiczem 
Panel dyskusyjny z udziałem br. Grzegorza Filipiuka, dr Agnieszki Kruszyńskiej i prof. zw. dr. hab. Janusza Odziemkowskiego
Prowadzi Marek Zając 

12:30-13:30 Imieninowy przegląd polskich bajek 
Bajki czyta Jolanta Fraszyńska 

13:30-14:30 O książkach i dzieciach oraz zaletach płynących z tego połączenia 
Panel dyskusyjny z udziałem Kamilli Gryll, Justyny Komorowskiej, Iwony Krzemińskiej i Joanny Piekarskiej 
Prowadzi Robert Łuchniak 

Warsztaty dla dzieci

15:00-16:00 Czytamy elementarze z różnych stron świata 
Prowadzą Jolanta Nowaczyk i Daria Solak, autorki „Ala ma kota. A Ali?” 

16:00-17:00 Błądzimy palcem po starej mapie 
Prowadzi Joanna Piekarska

17:00-18:00 Budujemy i wodujemy żaglowce
Prowadzi Michał Jońca

PAŁAC

19.00-20.00 Wieczorynka
Spektakl dla dzieci na podstawie „Baśni cygańskich” Jerzego Ficowskiego przygotowany we współpracy z Teatrem Polskim w Warszawie oraz Fundacją im. Jerzego Ficowskiego
Scenariusz i reżyseria: Tomasz Cyz, scenografia i kostiumy: Natalia Kitamikado, reżyseria światła: Ewa Garniec
Obsada: Marta Alaborska, Adam Biedrzycki, Ewa Domańska, Anna Maria Jarosik, Adrianna Kućmierz, Dominik Łoś, Antoni Ostrouch

11:00-19:00 Zwiedzanie Pałacu, samodzielnie lub z przewodnikiem
Zapisy na zwiedzanie z przewodnikiem:

PONADTO W PROGRAMIE 

od 11:00 Kiermasz książek i indywidualne spotkania z autorami

11:00-19:00 „Zobaczyłem w ogrodzie ogromną książkę”, czyli warsztat abstrakcyjnego myślenia i instalacja Izy Rutkowskiej

13:00-16:30 Academica, czyli skarb dla (nie)piratów – literacka gra terenowa
(rejestracja uczestników od 13:00 do 14:30 na stoisku projektu Academica)

Warszawa Czyta
12:00-19:00 Gra planszowa śladami polskich pisarek oraz literackie rysowanki dla małych i dużych

Kordegarda – Galeria NCK
13:00-14:30 Bukklub – rozmowa wokół książki Łukasza Orbitowskiego „Inna dusza” 
15:00-18:00 Wymienialnia Książek
Copyright © 2016 Projekt: książki , Blogger