lipca 10, 2017
lipca 08, 2017
Duszny kraj

Dylan jest nieprzetłumaczalny. Przynajmniej na polski. Tak twierdzi
jego tłumacz. Nie pozostaje nam więc chyba nic innego, jak uwierzyć. Kto jak
kto, ale Łobodziński, który Dylana tłumaczy już prawie 40 lat, musi wiedzieć co
mówi. Rzeczywiście, Dylan nie jest zwykłym poetą (o ile w ogóle istnieją poeci
zwykli). Obok słów mamy w końcu u niego muzykę.
Jak pisze Łobodziński, aby odtworzyć utwory Dylana w innym
języku, należy wskrzesić tradycję, z której czerpie. Odtworzyć muzykę, która współbuduje te utwory. Trzeba wreszcie odzwierciedlić
frazę, którą Dylan posługuje się na prawach kolejnego piętra twórczości,
akcentując pewne sylaby lub wydłużając znacząco niektóre samogłoski. Pełna postać
utworu Dylana to słowo i melodia (…) oraz sposób ich przekazania.
W słowie od tłumacza Łobodziński pisze nieco o warsztacie
swojej pracy. Na przykładzie utworu „It’s Alright, Ma (I’m Only Bleeding)” tłumaczy,
ile trzeba wiedzieć, by właściwie przełożyć pieśń. Otóż, trzeba zrekonstruować stan umysłu młodego Amerykanina w roku 1964,
świadomego opresji, jakiej doświadczają społeczeństwo ze strony polityki, mediów, rewolucji i kontrrewolucji
obyczajowej, a także ze strony własnej, czyli tegoż społeczeństwa. Trzeba
wzbudzić echa Arthura Rimbauda, Allena Ginsberga i Thomasa Stearnsa Eliota. A
to jeszcze nie wszystko. Według Łobodzińskiego, należy również wywołać duchy
pieśni czarnego Południa USA oraz podobną lawinę słów, zdań, skojarzeń i
obrazów. Trzeba wreszcie umieć naśladować
niemal skandowany styl śpiewu, w którym rytm, nerw i sens współbrzmią w jednym
tańcu. Czy to w ogóle możliwe? Łobodziński przyznaje, że tego nie potrafi.
Nie jest rdzennym słuchaczem Dylana i zjawisk, do których odwołuje się artysta
nie ma we krwi.
A jednak Łobodziński zdecydował się przełożyć ponad sto
trzydzieści tekstów piosenek, które Bob Dylan napisał w latach 1962-2012. A przetłumaczył
je w sposób absolutnie nieoczywisty, często zaskakujący, brawurowy, a może
nawet kontrowersyjny? Już po tytułach utworów widać, że Łobodziński unika
kliszy. I tak, "Like a Rolling
Stone” przetłumaczone zostało jako „Jak
błądzący łach", a tytułowy „Duszny kraj” to w oryginale po prostu „Mississippi”.
Poza
tłumaczeniami tekstów w książce znajdziemy także krótkie komentarze tłumacza. W
przypadku piosenki „Mississippi” Łobodziński pisze o tytule „Duszny kraj” jako o
opisowej atrapie. Dla polskiego odbiorcy jest ona przydatna, ze względu na niemożliwość
stworzenia duchowego ekwiwalentu dla stanu
kojarzonego z „pasem biblijnym”, światem tradycyjnych wartości, bolesną
historią społeczną i kopalnią muzycznych skarbów.
Zebranie,
przetłumaczenie i opatrzenie komentarzami tak dużej ilości dylanowskich utworów
zdecydowanie pozwala lepiej poznać i zrozumieć twórczość noblisty. Choć żaden z
tekstów nie poruszył mnie tak bardzo, jak słuchane w oryginale piosenki,
dopiero dzięki książce zwróciłam uwagę na niektóre symbole i nawiązania.
Podróż przez teksty Dylana, to podróż przez życie mężczyzny.
Mężczyzna ten był kiedyś młody. Kochał, porzucał i był porzucany. Teraz jego życie
dobiega końca, a on próbuje się z nim rozliczyć. Rozmyśla o przemijaniu, miłości,
samotności, wierze i zwątpieniu.
lipca 07, 2017
FRAGMENT KSIĄŻKI: "Miasteczko kłamców" Megan Miranda
CZĘŚĆ
PIERWSZA
POWRÓT
DO DOMU
Zaczęło się od telefonu,
z pozoru zwyczajnego i nieistotnego. Buczenie na szafce nocnej
Everetta, niebieskawy blask wyświetlacza – za jasny w sypialni,
w której Everett chciał mieć najciemniej, jak się da, rolety zaciągał po
sam parapet, a przyciemniane szyby stanowiły drugą linię obrony przed
światłem słońca i miasta. Zobaczyłam, kto dzwoni, wyłączyłam
w telefonie dźwięk i odłożyłam go ekranem do dołu obok zegara.
Potem jednak zaczęłam się zastanawiać, dlaczego mój brat
dzwoni o tak wczesnej porze w niedzielę. Przebiegłam w głowie
listę najbardziej prawdopodobnych możliwości: tata, dziecko, Laura.
Szłam w ciemnościach, po omacku szukając ostrych narożników
mebli, aż odnalazłam kontakt w łazience. Opierając bose stopy na zimnych
kafelkach, usiadłam na klapie sedesu z telefonem przy uchu, a na
nogach zrobiła mi się gęsia skórka.
Wiadomość Daniela rozbrzmiewała echem w ciszy
mieszkania: „Pieniądze już prawie się skończyły. Musimy sprzedać dom. Ale tata
nie chce podpisać dokumentów. – Chwila przerwy. – On jest w złym
stanie, Nico”.
Nie poprosił mnie o pomoc, bo to byłoby za bardzo
bezpośrednie. Nie w naszym stylu.
Usunęłam wiadomość i wśliznęłam się z powrotem pod
kołdrę, zanim Everett się obudził; na wszelki wypadek sprawdziłam, czy tam
jest.
Po powrocie do siebie przejrzałam pocztę z poprzedniego
dnia i znalazłam list. „Nico Farrell”, znajomy charakter pisma, niebieski
długopis, adres napisany przez kogoś innego ciemniejszym tuszem.
Tata od jakiegoś czasu nie dzwonił. Rozmawiając przez
telefon, czuł się jeszcze bardziej zagubiony, jeszcze bardziej odseparowany od
osoby, z którą usiłował się skontaktować. Nawet jeżeli pamiętał, czyj
numer wykręcił, głosy, które słyszał w słuchawce, z nikim mu się nie
kojarzyły.
Rozłożyłam list – liniowana kartka formatu A4, zdanie
rozpoczęte już na marginesie po lewej, tak jakby tata spieszył się
z przelaniem myśli na papier, zanim mu uciekną.
Na początku listu nie było żadnego powitania.
„Muszę z Tobą porozmawiać. Ta dziewczyna. Widziałem tę
dziewczynę”.
Pozdrowień na końcu też nie było.
Zadzwoniłam do Daniela, dalej trzymając
list w drżącej dłoni.
– Odsłuchałam twoją wiadomość – powiedziałam. –
Jadę do domu. Powiedz mi, co się dzieje.
DZIEŃ PIERWSZY
Przed włożeniem rzeczy do bagażnika
zrobiłam w głowie szybką inwentaryzację mieszkania: walizki czekają przy
drzwiach; klucze w kopercie na kuchennym blacie; otwarte pudło do połowy
wypełnione rzeczami, które zapakowałam w ostatniej chwili poprzedniego
wieczoru. Z aneksu kuchennego widziałam każdy kąt mieszkania – pozbawionego
jakichkolwiek zakamarków i pustego – a mimo to dręczyła mnie myśl, że
o czymś zapomniałam.
Zbierałam wszystko w pośpiechu, kończąc ostatnie kilka
tygodni roku szkolnego, jednocześnie zmagając się z telefonami od Daniela
i szukając tymczasowego lokatora do mojego wynajętego mieszkania. Nie
miałam czasu na zastanowienie się, na zrozumienie tego, że naprawdę to robię:
wracam. Jadę tam.
Daniel nie wiedział o liście. Powiedziałam mu, że przyjeżdżam pomóc, że
mam dwa miesiące, a potem będę musiała wrócić do mojego życia tutaj.
Mieszkanie było teraz prawie puste. Taśmowy produkt
mieszkaniowy, odarty z wszelkiej przytulności, czekał na studenta, który
sprawiał wrażenie w miarę odpowiedzialnego i miał tam mieszkać do
końca sierpnia. Zostawiłam mu naczynia, bo nie chciało mi się ich pakować.
Zostawiłam mu futon, bo mnie o to poprosił i dorzucił za tę przysługę
pięćdziesiąt dolarów.
Reszta rzeczy – to znaczy tych, które nie zmieściłyby
się w aucie – znajdowała się w przechowalni, kilkaset metrów
dalej. Całe moje życie zapieczętowane w prostopadłościanie wypełnionym
pomalowanymi przeze mnie własnoręcznie meblami i zimową odzieżą.
Drgnęłam, kiedy w pustych ścianach rozległo się echo
czyjegoś pukania. Nowy lokator miał się zjawić dopiero kilka godzin później,
długo po moim wyjeździe. Na wszystkich innych potencjalnych gości też było za
wcześnie.
Przeszłam przez wąski pokój i otworzyłam drzwi.
– Niespodzianka – powiedział
Everett. – Chciałem cię złapać, zanim wyjedziesz. – Był ubrany do
pracy, czysto i schludnie, i z jedną ręką za plecami nachylił się,
żeby mnie pocałować. Pachniał kawą i pastą do zębów, krochmalem
i skórą, profesjonalizmem i kompetencją. Wyciągnął zza pleców
parujący styropianowy kubek. – Przyniosłem ci. Na wzmocnienie przed
podróżą.
Głęboko
wciągnęłam powietrze.
– Znasz
drogę do mojego serca.
Oparłam
się o blat kuchenny i wypiłam duży łyk kawy.
Spojrzał
na zegarek i skrzywił się.
– Strasznie
cię przepraszam, ale muszę lecieć. Mam się z kimś widzieć na drugim końcu
miasta.
Spotkaliśmy
się w połowie drogi na ostatni pocałunek. Chwyciłam go za łokieć, kiedy
się prostował.
– Dziękuję
ci – powiedziałam.
Oparł
czoło o moją głowę.
– Ten
czas szybko minie. Zobaczysz.
Patrzyłam
na niego – energiczny miarowy krok, ciemne włosy ocierające się
o kołnierzyk – kiedy szedł do windy na końcu korytarza. Kiedy drzwi
się rozsunęły, odwrócił się i uśmiechnął, widząc, że stoję oparta
o framugę.
– Bezpiecznej
jazdy, Nicolette.
Puściłam
drzwi, które zamknęły się automatycznie, a nastrój dnia nagle spowodował,
że moje kończyny stały się ciężkie i poczułam mrowienie w koniuszkach
palców.
Czerwone
cyfry na zegarze mikrofali przeskoczyły do przodu i wzdrygnęłam się. (…)
Kiedy byłam młodsza, wierzyłam, że znam przyszłość.
Prawdopodobnie była to wina mojego ojca, który wypełnił moje dzieciństwo
frazesami ze swoich wykładów filozofii i pozwalał mi wierzyć w rzeczy
niemożliwe. Zamykałam oczy i siłą woli wywoływałam w głowie piękne
obrazki przyszłości. Widziałam Daniela w uniwersyteckiej todze. Moja mama
uśmiechała się obok niego w obiektywie mojego aparatu, a ja dawałam
im ręką znak, żeby się przybliżyli. „Obejmij ją ramieniem. Udawajcie, że się
lubicie! Świetnie”. Wiele lat później widziałam siebie i Tylera, jak
wrzucamy torby na pakę jego ubłoconego pikapa i wyjeżdżamy na studia. By
już nigdy nie wrócić.
W
tamtych czasach nie miałam szans zrozumieć, że ucieczka z Cooley Ridge nie
będzie jednorazowym wydarzeniem w pikapie, tylko dziesięcioletnim procesem
wycinania miasteczka z mojej tożsamości. Kilometry i lata, mozolne
pokonywanie dystansów. Nie wspominając już o tym, że Tyler nigdy nie
wyjechał z Cooley Ridge, a Daniel nie skończył studiów. Zresztą mama
i tak tego nie dożyła.
Gdyby
moje życie było drabiną, to Cooley Ridge stanowiłoby jej najniższy
szczebel – wtulona w Góry Dymne niepozorna mieścina, jak z definicji
amerykańskiego Małego Miasteczka, ale bez jego uroku. Każde inne miejsce
lokowało się o szczebel wyżej i z czasem miałam rozpocząć
wspinaczkę. Studia licencjackie trzysta kilometrów na wschód, uniwersytet
jeden stan na północ, staż w mieście, w którym zapuściłam korzenie
i z którego nie chciałam się ruszać. Mieszkanie wynajęte na moje własne
nazwisko, tabliczka z nazwiskiem na moim własnym biurku, Cooley Ridge jako
coś, od czego coraz bardziej się oddalałam.
Jest
jednak pewna rzecz, której się dowiedziałam na temat wyjazdu – tak
naprawdę nie można już wrócić. Nie wiem, co mam zrobić z Cooley Ridge,
a Cooley Ridge nie wie, co zrobić ze mną. Z upływem lat odległość
tylko rośnie.
Kiedy
próbowałam zobaczyć je wyraźniej – Everett mówił: „opowiedz mi
o swoim domu, opowiedz mi o tym, jak dorastałaś, opowiedz mi
o swojej rodzinie” – na ogół pojawiała mi się w głowie karykatura
miasta: miniaturowa makieta na stołach hotelowych jadalni podczas wakacji,
wszystko zastygłe w czasie. Udzielałam mu więc powierzchownych odpowiedzi,
bezpłciowych i ogólnikowych: „Moja mama zmarła, kiedy miałam szesnaście
lat; to jest małe miasteczko na skraju lasu; mam starszego brata”.
Nawet
mnie samej nic to nie mówiło. Polaroid stopniowo blaknący od krawędzi, kolory
wypłukane; zarys wymarłego miasteczka pełnego upiorów.
Ale
wystarczył jeden telefon od Daniela – „Musimy sprzedać dom” – abym
poczuła, że podłoga zapada mi się pod stopami. „Jadę do domu” –
powiedziałam. Krawędzie fotografii się wypełniły, kolory zapłonęły: mama
przycisnęła policzek do mojego czoła; Corinne delikatnie kołysała wagonikiem
w tył i w przód na górze diabelskie
go
koła; Tyler balansował na oddzielającym nas od siebie zwalonym drzewie, które
ukośnie spinało brzegi rzeczki.
„Ta
dziewczyna” – napisał mój tata i jej śmiech poruszył moje serce.
„Muszę z Tobą porozmawiać. Ta dziewczyna.
Widziałem tę dziewczynę”.
Godzinę
później, ba, chwilę później, pewnie o tym zapomniał – odłożył
zaklejoną kopertę, którą ktoś w końcu znalazł na jego szafce nocnej albo
pod poduszką i wygrzebał z jego papierów mój adres. Ale musiał być
jakiś bodziec. Wspomnienie. Jakaś idea zabłąkana w synapsach jego mózgu;
aktywacja myśli, którą skierował do mnie, bo nie znalazł dla niej żadnego
innego zastosowania.
Wyrwana
z zeszytu kartka, ukośne pismo, moje nazwisko na kopercie…
I
teraz w mojej głowie zerwało się z uwięzi coś ostrego
i dzikiego. Jej imię i nazwisko obijały się o moją czaszkę jak
echo.
„Corinne
Prescott”.
lipca 06, 2017
FRAGMENT KSIĄŻKI: "Jakoś to będzie. Szczęście po polsku"
2
Jeśli ktoś to zrobi,
to Polacy,
czyli
to Polacy,
czyli
z ułańską
fantazją
fantazją
Filozofia jakoś to
będzie nie może się obejść bez ułańskiej fantazji. To trudne do
zdefiniowania, ale typowe dla wielu Polaków połączenie odwagi, nieskrępowanej
wyobraźni i umiłowania wolności. Dzięki niej potrafimy wcielać
w życie nawet najbardziej szalone pomysły.
Pielęgnujemy
ją w sobie od wieków: zarówno w czasach wojen (szczególnie podczas
bitew), jak i pokoju (choćby podczas wystawnych szlacheckich zabaw). Słowo
„ułan” pochodzi z języka polskich Tatarów i miało określać młodych
mężczyzn, którzy tworzyli pułki jazdy tatarskiej i walczyli w obronie
Polski. Częścią stroju ułańskiego była tzw. rogatywka, która do dzisiaj
pozostaje polską czapką narodową. Ale oprócz nakrycia głowy po dawnych ułanach
zostało nam coś jeszcze: energia i gorliwość. Bo ułańska fantazja to
młodzieńcza porywczość, która towarzyszy nam bez względu na wiek. To
zadziorność oraz chęć do działania i poznawania świata. Jedno
z naszych najpopularniejszych powiedzeń – „Polak potrafi” – nie miałoby
racji bytu bez iskry zwanej ułańską fantazją.
Mimo że już nie sypiamy
jak ułani z szablą pod poduszką, to wciąż wyróżnia nas gotowość do
przekraczania granic i odwaga, by w nieszablonowy sposób mierzyć się
z przeciwnościami losu. Na przykład Aleksander Doba, kajakarz, podróżnik
i odkrywca, w wieku 64 lat jako pierwszy samotnie przepłynął kajakiem
Ocean Atlantycki z kontynentu na kontynent wyłącznie dzięki sile mięśni.
O towarzyszącej polskim sportowcom ułańskiej fantazji mówi:
Przypominam
sobie, że w hiszpańskiej prasie krótko przed Letnimi Igrzyskami
Olimpijskimi w Barcelonie w 1992 roku napisano o mnie
i o grupie polskich kajakarzy, z którymi płynąłem przez rzekę:
„szarża ułańska pod Somosierrą”. Każdy ułan potrzebuje konia – moim ułańskim
atrybutem jest kajak. Wydaje mi się, że nieodłącznym składnikiem ułańskiej
fantazji jest spontaniczność, która pozwala dążyć do celu, podejmować ryzyko
i ciągle podnosić sobie poprzeczkę. Chodzi przede wszystkim
o ciekawość świata. Zawsze powtarzam, że rzecz nie w tym, żeby robić
coś za wszelką cenę, ale by poznawać swoje możliwości i czuć się wolnym.
Dzięki
ułańskiej fantazji życie jest ciekawsze, ponieważ wyklucza ona nadmierną
ostrożność – a czasem ostrożność w ogóle. Zachęca do intensywnego
przeżywania i wychodzenia ze strefy komfortu. Nasi sportowcy od lat
pokazują, że można odnosić spektakularne sukcesy w najtrudniejszych
warunkach. Dobrym przykładem są himalaiści, którzy nie tylko zdobywają
najwyższe i najbardziej wymagające szczyty, ale też robią to
w niepowtarzalnym stylu. Jerzy Kukuczka zdobył Koronę Himalajów
i Karakorum jako drugi człowiek na Ziemi i to w niecałe osiem
lat (jego poprzednik potrzebował na to ponad dwa razy
więcej czasu). Wanda Rutkiewicz jako pierwsza kobieta stanęła na wierzchołku K2
i była pierwszą Europejką na Mount Evereście. Andrzej Bargiel – dziś jeden
z najszybszych himalaistów na świecie, rekordzista narciarstwa
wysokogórskiego, który w 2015 roku jako pierwszy zjechał na nartach
z ośmiotysięcznika Broad Peak –chodzi w Himalaje bez butli tlenowej.
To mierzenie się z czymś, co może się wydawać niemożliwe do osiągnięcia, jest
kwintesencją ułańskiej fantazji.
Dlatego chociaż naszym
ulubionym sportem pozostaje piłka nożna oraz mamy świetną kadrę szczypiornistów
i siatkarzy, to największe sukcesy odnosimy w dyscyplinach
indywidualnych. Współcześni ułani zamienili broń i lance na atrybuty sportowe
i dzięki nim ustanawiają nowe rekordy w lekkoatletyce. Na przykład
Władysław Kozakiewicz, tyczkarz i wieloboista, który zasłynął nie tylko
ułańskim skokiem, ale i równie ułańskim, buńczucznym gestem sprzeciwu
wobec wygwizdującej go radzieckiej publiczności podczas Letnich Igrzysk
Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku. Albo Robert Korzeniowski –
czterokrotny mistrz olimpijski w chodzie (od Atlanty po Ateny), który dziś
uznawany jest za wzór dyscypliny i wytrwałości w dążeniu do celu.
Uwspółcześniona wersja ułańskiego wierzchowca – samochód wyścigowy –
pozwoliła Robertowi Kubicy zostać rajdowym mistrzem świata. A szybkość,
nieograniczona niczym wolność szybowania w powietrzu, i odwaga Adama
Małysza pozwoliły uczynić z zawodów skoków narciarskich polskie zimowe
święto narodowe, dzięki czemu mistrz dochował się równie nieustraszonych
następców.
Choć
ułańską fantazję w pierwszym odruchu łączymy z energią, a czasem
z porywczością, jest ona równie silnie związana z polską
szlachetnością i pomysłowością. Tego ducha pielęgnowali nasi przodkowie,
szukając nieszablonowego wyjścia z patowych sytuacji i krzewiąc
polskość, gdy naszego kraju nie było na mapach świata. Taką postacią był na
przykład XIX-wieczny podróżnik Stefan Szolc-Rogoziński, badacz afrykańskich
kultur, który wbrew woli ojca wstąpił do Akademii Morskiej w Kronsztadzie
w Zatoce Fińskiej. Jego marzeniem było stworzenie przytułku dla polskich
emigrantów w odległym Kamerunie. By zrealizować swój cel, wykupywał ziemię
od mieszkańców – do 1884 roku zebrał od ziarnka do ziarnka 30 kilometrów kwadratowych.
W jego działaniach wspierali go Bolesław Prus i Henryk Sienkiewicz.
Trudno się dziwić, że to właśnie autor Trylogii był gorącym zwolennikiem
tej ekspedycji. W swojej prozie nieraz dawał upust literackim wariacjom na
temat ułańskiej fantazji. Wystarczy przyjrzeć się jednej
z najbarwniejszych postaci stworzonych w polskiej literaturze –
Andrzejowi Kmicicowi.
Nie trzeba jednak
wypływać na szerokie wody ani zdobywać medali w konkurencjach sportowych,
by poczuć, czym jest ułańska fantazja. To cecha, którą każdy z nas może
pielęgnować i troszczyć się o nią, bo uaktywnia się ona również
w zwyczajnych, codziennych sytuacjach. Olga Drenda, dziennikarka, autorka Duchologii
polskiej, wyjaśnia, czym jest dla niej ułańska fantazja dnia
powszedniego:
Jako
typowa Polka ułańską fantazją wykazuję się zawsze, gdy wieszam pranie lub
firanki, ponieważ mam zwyczaj stawania wtedy na krawędzi wanny albo parapetu.
Oszczędza mi to wysiłku przynoszenia sobie drabiny i wnosi element adrenaliny
w moje spokojne życie, ale że grozi również urazem kręgosłupa, nie jest to
zachowanie szczególnie roztropne. Ułańska fantazja to cecha, która czasami każe
nam rzucać wyzwania losowi, nieraz na granicy brawury. Każe nam ścigać się
z czasem i denerwować na z góry ustalone procedury, nie pozwala
się podporządkowywać cudzemu zdaniu. Mam jednak wrażenie, że ten duch to
szczepionka przeciwko dyktatorskiemu maszerowaniu w równym rządku.
Felix Ormerod, angielski podróżnik, który odwiedził Polskę
w czasie zmian ustrojowych w 1990 roku, stwierdził, że nasz kraj to
takie NRD, w którym ludzie chodzą na skróty przez trawnik. W tym
zdaniu zamyka się dla mnie istota ułańskiej fantazji – to połączenie zamaszystego
gestu, kreatywności i odrobiny anarchii. Oczywiście
cecha ta nie wymaga umiejętności jazdy konnej – można być nią obdarzonym niezależnie
od wieku, płci czy pochodzenia. Ujawnia się ona w bałaganiarskiej urodzie
ogródków działkowych, w jagodowych i pistacjowych elewacjach domów,
w remontach zrobionych „na słowo honoru”, ale za to z pomysłem,
w pojazdach własnej produkcji, w zamiłowaniu do przygody. To chaos,
ale pełen wdzięku.
Ułańskiej fantazji nie
da się jednoznacznie zdefiniować, trudno ją także przetłumaczyć na inne języki,
ponieważ w pojęciu tym mieści się coś więcej, niż można wyrazić
w samych słowach. Duch ułańskiej szarży bulgoce w polskich żyłach,
ale niekoniecznie trzeba się z nim urodzić – można go poczuć, nauczyć go
innych, jest dostępny na wyciągnięcie ręki. Czasem wystarczy przebiec na czerwonym
świetle, iść do pracy dłuższą drogą, pojechać tramwajem jeden przystanek za
daleko czy wsiąść do pociągu byle jakiego, by odnaleźć w sobie
młodzieńczego ducha, który pozwoli pożegnać się z rutyną i sprawi, że
choć będzie odrobinę trudniej, to jakże wyzwalająco!
lipca 02, 2017
Booknet (5)
Najciekawsze okołoksiążkowe materiały z sieci
7. Sześć ulubionych książek Paula Theroux>>
8. Sześć książek dla tych, którzy mają apetyt na literaturę afrykańską>>
9. Katarzyna Boni laureatką Nagrody Literackiej "Gryfia" dla najlepszej autorki>>
8. Sześć książek dla tych, którzy mają apetyt na literaturę afrykańską>>
9. Katarzyna Boni laureatką Nagrody Literackiej "Gryfia" dla najlepszej autorki>>
Materiały opublikowane na fb w dniach 26.06.2017 – 02.07.2017
Rysunek: Jarek Kozłowski ostatnia-strona.blogspot.com
Chcesz być na bieżąco? Polub bloga na Facebooku!
lipca 01, 2017
FOTORELACJA: Imieniny Jana Kochanowskiego
Za nami kolejna edycja literackiego pikniku Biblioteki
Narodowej. Pogoda, przynajmniej przez większą część dnia, dopisała. Dopisali
również pisarze, poeci, ilustratorzy, literaturoznawcy i aktorzy. Wydawnictwa
witały gości specjalnymi ofertami cenowymi. Ogród Krasińskich przywitał
zielenią, placami zabaw oraz sprzedawcami lemoniady i lodów. Było naprawdę
przyjemnie. Zobaczcie zdjęcia!
czerwca 30, 2017
Literackie wydarzenie lipca: Imieniny Jana Kochanowskiego
Już w sobotę 1 lipca, w Ogrodzie Krasińskich odbędzie się
kolejna edycja literackiego pikniku Biblioteki Narodowej. Jak na imieniny
Kochanowskiego przystało, przybędą pisarze, poeci, ilustratorzy,
literaturoznawcy i aktorzy, a także ciekawe polskie wydawnictwa (z książkami w
imieninowych cenach!). Gościem specjalnym będzie Joseph Conrad. Wszystko to na
czterech scenach, obok plenerowych knajp i kawiarni, w cieniu drzew jednego z
najpiękniejszych parków Warszawy.
PROGRAM:
SCENA ZIELONA
12:00-13:00 O wędrujących słowach, czyli skąd się biorą zapożyczenia
Rozmowa z prof. Jerzym Bralczykiem
Prowadzi Grzegorz Markowski
13:30-14:30 W drodze przez Polskę – o literaturze drogi i lokalnej egzotyce
Panel dyskusyjny z udziałem Michała Książka, Michała Olszewskiego i prof. dr
hab. Marii Poprzęckiej
Prowadzi Zofia Król
15:00-16:00 Tłumacząc Conrada, czyli o niełatwej sztuce przekładu
Panel dyskusyjny z udziałem dr hab. Magdaleny Heydel, Michała Kłobukowskiego i
dr. Macieja Świerkockiego
Prowadzi Szymon Kloska
16:30-17:30 Czyj jest Conrad – o najbardziej polskim z angielskich pisarzy
Panel dyskusyjny z udziałem dr. hab. Marka Pacukiewicza i dr. Karola Samsela
Prowadzi Mateusz Matyszkowicz
18:00-20:00 Mecz poetycki – o podróżach nie tylko do jądra ciemności
Prowadzi Grzegorz Markowski
20:00-21:00 Pieśń świętojańska o Sobótce
Muzyka i wykonanie: Mikromusic
Skład zespołu: Natalia Grosiak – wokal; Dawid Korbaczyński – gitara; Robert
Szydło – gitara basowa; Robert Jarmużek – pianino elektroniczne; Adam Lepka –
trąbka; Michał Lasota – perkusja
21:00 Dansing miejsko-wiejski
Gra Kolektyw do Grania
Skład zespołu: Paula Kinaszewska – skrzypce, śpiew; Bartłomiej Woźniak –
banjolele, baraban, skrzypce, śpiew, gitara elektryczna; Mateusz Wachowiak –
harmonia trzyrzędowa; Hipolit Woźniak – kontrabas, gitara basowa; Tomasz
Skrętkowski – perkusja, baraban
SCENA ŻÓŁTA
12:00-13:00 Spotkanie z Hanną Krall
(w ramach cyklu spotkań z laureatami 10. edycji Nagrody Literackiej m.st.
Warszawy)
Prowadzi Anna Romaniuk
13:30-14:30 Od fikcji do faktu, czyli o nieograniczonych możliwościach komiksu
Panel dyskusyjny z udziałem Anny Krztoń, Piotra Nowackiego i Marcina Podolca
Prowadzi Sebastian Frąckiewicz
15:00-16:30 Slam poetycki
17:00-18:00 Śladami Conrada – polscy reportażyści rozmawiają o Afryce
Panel dyskusyjny z udziałem Izy Klementowskiej, Dariusza Rosiaka i Bartka
Sabeli
Prowadzi Agata Kasprolewicz
SCENA NIEBIESKA
11:00-13:00 Nowy Klub Czytelniczy
Najtrudniejszy na świecie quiz literacki (z nagrodami)
13:00-14:00 Klub z kawą nad książką
Spotkanie z Magdaleną Grochowską
14:00-15:00 O teatrze na Imieninach
Rozmowa z Tomaszem Mościckim
Prowadzi Joanna Rolińska
15:00-16:00 Warszawa Czyta
O polskich pisarkach i obecności kobiet w kulturze dyskutują Olga Wróbel i
Natalia Sarata
17:00-18:00 „Poczytalni” na żywo
Radiowy Klub Książkowy TOK FM m.in. wokół książki Katarzyny Tubylewicz
„Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie”
Dyskutują: Agnieszka Lichnerowicz, Adam Ozga, Magdalena Paciorek i Zuzanna
Piechowicz
SCENA RÓŻOWA
11:00-12:30 Spotkanie Honorata Koźmińskiego ze Stanisławem Jachowiczem
Panel dyskusyjny z udziałem br. Grzegorza Filipiuka, dr Agnieszki Kruszyńskiej
i prof. zw. dr. hab. Janusza Odziemkowskiego
Prowadzi Marek Zając
12:30-13:30 Imieninowy przegląd polskich bajek
Bajki czyta Jolanta Fraszyńska
13:30-14:30 O książkach i dzieciach oraz zaletach płynących z tego połączenia
Panel dyskusyjny z udziałem Kamilli Gryll, Justyny Komorowskiej, Iwony
Krzemińskiej i Joanny Piekarskiej
Prowadzi Robert Łuchniak
Warsztaty dla dzieci
15:00-16:00 Czytamy elementarze z różnych stron świata
Prowadzą Jolanta Nowaczyk i Daria Solak, autorki „Ala ma kota. A Ali?”
16:00-17:00 Błądzimy palcem po starej mapie
Prowadzi Joanna Piekarska
17:00-18:00 Budujemy i wodujemy żaglowce
Prowadzi Michał Jońca
PAŁAC
19.00-20.00 Wieczorynka
Spektakl dla dzieci na podstawie „Baśni cygańskich” Jerzego Ficowskiego
przygotowany we współpracy z Teatrem Polskim w Warszawie oraz Fundacją im.
Jerzego Ficowskiego
Scenariusz i reżyseria: Tomasz Cyz, scenografia i kostiumy: Natalia Kitamikado,
reżyseria światła: Ewa Garniec
Obsada: Marta Alaborska, Adam Biedrzycki, Ewa Domańska, Anna Maria Jarosik,
Adrianna Kućmierz, Dominik Łoś, Antoni Ostrouch
11:00-19:00 Zwiedzanie Pałacu, samodzielnie lub z przewodnikiem
Zapisy na zwiedzanie z przewodnikiem:
PONADTO W PROGRAMIE
od 11:00 Kiermasz książek i indywidualne spotkania z autorami
11:00-19:00 „Zobaczyłem w ogrodzie ogromną książkę”, czyli warsztat
abstrakcyjnego myślenia i instalacja Izy Rutkowskiej
13:00-16:30 Academica, czyli skarb dla (nie)piratów – literacka gra terenowa
(rejestracja uczestników od 13:00 do 14:30 na stoisku projektu Academica)
Warszawa Czyta
12:00-19:00 Gra planszowa śladami polskich pisarek oraz literackie rysowanki
dla małych i dużych
Kordegarda – Galeria NCK
13:00-14:30 Bukklub – rozmowa wokół książki Łukasza Orbitowskiego „Inna dusza”
15:00-18:00 Wymienialnia Książek


























